Zmien skórke
Logo Polygamii

Recenzje„Han Solo: Gwiezdne wojny – historie” – recenzja filmu. Szelest w Mocy

Pamiętacie tę durną finałową scenę ze zwiastuna, która sugeruje, że Chewie zginie roztrzaskany o skałę?

Facebook Twitter Google Wykop

Spoiler alert: nie zginie. Wszyscy wiedzieliśmy przecież doskonale, że nie zginie. Dlatego oglądając tę scenę na YouTube’ie, mogliśmy usłyszeć pewien dziwny szelest na granicy słyszalności. Wtedy nie wiedziałem jeszcze co to.

Mam wrażenie, że cały film jest w pewien sposób tą finałową sceną ze zwiastuna. Wiemy, jak skończy i Han, i Chewie, i Lando. Wiemy, że nic im się nie stanie. Wiemy, że w romantycznej relacji Hana i Qi’ry (Emilia Clarke) c o ś pójdzie nie tak. Że Sokół Millennium, że życie przemytnika, i tak dalej. Wiemy to wszystko. O ile najciekawszym elementem takich prequeli jest sposób, w jaki postać dojdzie do miejsca, w którym ją poznaliśmy (świeżym i fantastycznym przykładem choćby “Better Call Saul”), o tyle tutaj to tak nie działa, bo Han… jest już Hanem.

Po prostu. Trochę nieopierzonym, mniej cynicznym i jeszcze pełnym szczeniackiego wigoru, ale to ten sam gość. Prędzej ten prequel potrzebowałby prequela, w tak późnym momencie zaczynamy historię. Jest to oczywiście problem scenariusza, bo sam Alden Ehrenreich ma w sobie odpowiednio awanturniczną charyzmę i spokojnie kupuje się jego interpretację młodego Solo.

Najnowszy spin-off robi jednak coś, na czym osobiście zależało mi najbardziej w kinowej odsłonie “Gwiezdnych wojen” – odchodzi od wielkiej skali. To nie jest film o Imperium czy Rebelii, o Skywalkerach i równowadze w potężnej, wspaniałej Mocy; to jest rzeczywiście film o młodym chłopaku, który wpycha się między szemrane towarzystwo i próbuje zarobić kasę na statek. Tylko tyle i dzięki temu aż tyle.

Han… jest już Hanem

Uniwersum na gwałt potrzebuje tej skromniejszej perspektywy, a “Han Solo” – w przeciwieństwie do irytująco konserwatywnego “Ostatniego Jedi” – stawia całkiem śmiały krok w tym kierunku. Są nawet momenty, kiedy film może zaskoczyć fabularnie. Gdybyśmy jeszcze tylko otrzymali bohatera, którego losem możemy się zmartwić…

Ale nie można mieć wszystkiego, prawda? Nie zawsze. Oglądamy więc, jak rekwizyty i przyjaciele Hana Solo po kolei wskakują na swoje miejsce w fabule, jednocześnie zastanawiając się, co stanie się z nowymi twarzami. Woody Harrelson wypada świetnie w roli mentora Hana, tylko że gra, no, Woody’ego Harrelsona. Z kolei Paul Bettany – znany ostatnio jako dobroduszny Vision – zaskakująco przekonująco udaje zimnego mafioso. Emilia Clarke jest… no, jest sobie.

Błyszczy, oczywiście, Donald Glover w roli Lando, bo tym ostatnio zajmuje się Donald Glover – błyszczeniem wszędzie gdziekolwiek się pojawi. Trudno po seansie wyobrazić sobie lepszy wybór castingowy. Jego Calrissian jest idealnym miksem dandysa i cwaniaka, kradnącym niekiedy Hanowi światła reflektorów.

Było po prostu w porządku

Przygotujcie się też na wielu świetnych kostiumowych kosmitów. “Han Solo” odwala solidną robotę w różnicowaniu Galaktyki pod kątem zamieszkujących ją ras. Gorzej wypadają za to same planety – wiecie, znowu mamy Tę Ze Śniegiem, Tę Pustynną, Tę Fabryczną, Tę Ze Slumsami. Żadna nie zapada w pamięci, choć dziejące się na nich sceny akcji już tak. Fantastycznie zrealizowano strzelaninę na pędzącym między górami pociągu, odpowiednią dynamikę ma samochodowy pościg, a zawierusze w kopalni nie brakuje nawet pewnego dramatyzmu. Znajdzie się też jeszcze kilka nowych zwodów dla Sokoła. Podobnie jak w “Łotrze Jeden” wcale nie tęskni się za mieczami świetlnymi.

Co innego humor. Za nim się tęskni. Ja wiem, że nie wszystko musi być Marvelem, ale spin-off o młodym Hanie Solo aż prosił się o więcej żartów. Tymczasem ten aspekt filmu dźwiga głównie fenomenalny wątek droidki L3. I czasami Lando.

Mam też wrażenie, że film marnuje trochę potencjał na rozpisanie relacji Hana i Chewiego. Zaczyna się zaskakująco i z polotem, między bohaterami iskrzy aż miło. Kiedy film skupia się na tym bromance’ie, to on naprawdę działa. Niestety robi to rzadko, bardziej koncentrując się na innych relacjach w życiu Solo. Chewie dosyć szybko przyjmuje bowiem rolę zbyt podobną do tej, jaką ma we wszystkich pozostałych filmach – postaci mocno drugoplanowej, która głównie łazi za Hanem.

A teraz dobra wiadomość: “Solo” zachowuje odpowiedni umiar w kwestii zadowalania fanów – dostajemy tyle nawiązań do innych “Gwiezdnych wojen”, by nie poczuć przesytu. Cieszy też ścieżka dźwiękowa, w której pojawiło się trochę nowych motywów. Niektóre przelatują niezauważone przez uszy, inne zręcznie podbijają rozmach scen.

Ostatecznie jednak kiedy pojawiły się napisy końcowe, zdziwiłem się, jak mało emocji poczułem w trakcie seansu. Nie dowiedziałem się praktycznie niczego nowego o tym świecie. W żadnym momencie nie drżałem o los postaci. Było po prostu w porządku. Wychodząc z sali kinowej, znowu usłyszałem ten dziwny szelest; szelest, jakby miliony istnień wzruszyło ramionami.

Patryk Fijałkowski

  1. 04:36 19.05.2018
    pear

    “Ostatecznie jednak kiedy pojawiły się napisy końcowe, zdziwiłem się, jak mało emocji poczułem w trakcie seansu. Nie dowiedziałem się praktycznie niczego nowego o tym świecie. W żadnym momencie nie drżałem o los postaci.”

    Czyli jak w przypadku Rogue 1. Identiko. Tam też nie drżało się o los postaci, bo film w ciągu pierwszych 15min przyzwyczaił nas do tego, że w przypadku każdej opresji ratuje ich (debilna) Deus Ex Machina. Oczywiście do czasu końcowych scen, gdzie wszyscy popadali jak mrówki, bo fabuła tego wymagała.

    Coś czuję, że recenzenci w trakcie posiłku, robią się coraz bardziej wymagający i zaczyna im przeszkadzać rozwodniona kasza manna, z którą mieli przecież do czynienia wcześniej.

    Póki co jedynym zjadliwym filmem z uniwersum GW ze stajni Disneya jest Ostatni Jedi. Cała reszta mogłaby nie istnieć.

    Ukryj odpowiedzi()
    • 11:02 20.05.2018
      dabro90

      Czyli ludzie którym się podobał Last Jedi istnieją naprawde…

      Ukryj odpowiedzi()
      • 14:11 20.05.2018
        pear

        Tak. W porównaniu z Przebudzeniem mocy, który cały był beznadziejnym filmem i nie miał nawet jednego dobrego, interesującego wątku, Ostatni Jedi miło mnie zaskoczył. Owszem, wątki w kosmicznym kasynie czy z buntem wśród Rebeliantów były słabe, ale to gdzie film nareszcie błyszczał jakąś ambicją (w przeciwieństwie do poprzednich filmów SW ze stajni Disneya) to wątek Rey i Kylo Rena (nota bene, ten drugi z najgorszej postaci- płaczącego, tuptającego ze złości nóżką emo, w Przebudzeniu mocy, tu stał się najciekawszą, a to nie lada wyczyn).

        W końcu trochę odeszli od jednowymiarowego postrzegania dobro-zło, Jedi-Sith, mocy służącej za deus ex machinę ratującą tych dobrych z każdej opresji, etc. W Ostatnim Jedi w końcu postanowiono nieco zerwać z tymi mdłymi schematami i poruszyć nieco kwestii filozoficznych (nie tak dobrze jak KOTOR2, ale wciąż wyszło to całkiem nieźle, wciąż to najambitniejsza rzecz jaką dostałem w nowych filmach od Disneya).

        Oczywiście nie wątpię, że z powodu “fanów”, którzy płaczą, że “co oni zrobili z tym filmem, odeszli od bajki o magicznych wojownikach, dobrych dżedajach i złych sithach! jak mogli wymyślić coś nowego, zamiast opowiadać tę samą mdłą bajkę po raz 10?! ;___;” Ostatni Jedi może okazać się jedynym takim skokiem w bok, a ósemka wróci na “właściwe” tory głupkowatej bajeczki. Zresztą, za sterami znowu zasiadł Jar Jar Abrams, a to bardzo źle zwiastuje zwieńczeniu trylogii. Szkoda.

  2. 16:44 19.05.2018
    sadiker

    A duże jest scen obrażających inteligencje widza, takich jak ta w “Łotrze jednym” gdzie ten niewidomy gostek zaczął powtarzać w kółko coś w stylu”moc jest ze mną” i nagle wszystkie pociski zaczęły go omijać?