Zmien skórke
Logo Polygamii

PublicystykaGTA V po 5 latach

Czas na małą spowiedź dziennikarską: potrzebowałem prawie 5 lat, by odpalić GTA V.

GTA V
Facebook Twitter Google Wykop

Pomimo odkupienia win (z tego miejsca serdeczne podziękowania dla Valve za ostatnią steamową wyprzedaż), nie daje mi spokoju jedna kwestia: czy pisząc na co dzień o grach, wypada w ogóle zwlekać tyle czasu z ograniem tak istotnej dla branży gry… chyba nie, prawda?

Istotnej, podkreślmy, dla branży, bo już nie aż tak bardzo dla mnie. Wiadomo, Vice City  – „3” i „<” (niekoniecznie w tej kolejności), San Andreas czy Chinatown Wars takoż, ale… Na premierę „piątki” nie czekałem jakoś specjalnie niecierpliwie, bo, szczerze mówiąc, o ile doceniam w pełni ogólną jakość gier Rockstara, wybitnie nienawidzę kampanii marketingowych w wykonaniu tej firmy. Tego obrzydliwego gwiazdorzenia Houserów, przypominających (nomen omen) Gwiazdy Rocka. Czasy upalonych trawą hippisów pocinających na gitarach za piwko i chleb minęły bezpowrotnie. Teraz liczy się wielka scena i blichtr…

Teasery zapowiadające zwiastun, ogłaszanie z wielką pompą godziny publikacji nowych filmików, miesiące podsuwania graczom pojedynczych screenów jak okruszków bułki biegającym po rynku gołębiom… i później smętne opisywanie krok po kroku w Game Informerze na 17 stronach, w jaki sposób i w której sekundzie materiału poruszał poszczególnymi kośćmi bohater. Tu wykręcił nadgarstek w lewo, żeby lepiej wycelować w głowę pana, który w pozycji takiej i takiej przysiadł przed drzwiami prowadzącymi do pomieszczenia administracyjnego w banku obrabianym pewnego zimowego wieczora przez bohaterów… Nie, totalnie tego nienawidzę!

Chciałem więc poczekać aż gra się ukaże, a cały ten kosmiczny hype wokół niej opadnie niczym pył po wybuchu wulkanu. Prawie 5 lat później złamałem się jednak, wreszcie sięgając po hit Rockstara na wyprzedaży. Przeceniony swoją drogą o połowę, ale wciąż była to połowa z 200 złotych, jakie za grę liczy sobie wydawca. No i w sumie nic dziwnego, skoro próg 100 milionów kopii już niedługo zostanie przekroczony… I niby można mówić, że Rockstar oszukuje, bo wydawał kolejne edycje co kilka miesięcy, żeby tylko mocniej napompować balonik. Tylko podobnie w walce o serce klienta postępowało już wielu. I tylko braciom Houser się wszystko wybacza, łącznie z tym paskudnym marketingiem. A już w 10 sekundzie prologu, który…

… odpaliłem po tych pięciu latach, było to dla mnie jednak nieco inne GTA. Niby definicja wolności, ale jednak tym razem nie mogłem po prostu wsiąść na rower i jechać do klubu na billarda. Musiałem zderzyć się z perypetiami Michaela i Trevora, organizujących wspólny… ale stop, dajcie na razie znać w komentarzach, czy zawiązanie historii GTA V to jeszcze spoiler czy już informacja równie powszechna co dane osobowe autora cytatu „No. I am your father”. Do tematu (nie)wrócę później.

W każdym razie ów prolog sprawił jednak, że postanowiłem, iż będzie to pierwsze GTA, które rzeczywiście ukończę od deski do deski. W takim San Andreas – jeżeli już przykładałem się do fabuły – „ten cholerny pociąg” próbowałem gonić plecakiem odrzutowym, a misję z Ryderem w dokach położyłem kilkadziesiąt razy i to grając na kodach. W ogóle nie wpadłem wtedy na to, że sposobem na jej przejście jest odstrzelenie atakujących go gangsterów przed ruszeniem po kolejne skrzynie z towarem. Nim dowiedziałem się o tym od kuzyna, miałem już za sobą udane podejście. Wpisałem „aiwprton” dwa razy i osłoniłem Rydera przed Ballasami odpowiednio ustawionymi czołgami. Tym razem zapomniałem więc też o kodach. Przegrywając -enty raz gonitwę za samolotem pasażerskim, mogłem sobie niewygodny fragment pominąć.

W GTA V postanowiłem jednak (jak w żadną inną grę z serii, może poza ogrywanym na PSP kolegi Chinatown Wars) po raz pierwszy grać uczciwie, a nawet skorzystać z nowej dla serii perspektywy pierwszoosobowej. Którą swoją drogą chciałem na początek przetestować w meczu tenisa czy rundce na polu golfowym. Już po kilku gemach postanowiłem jednak powrócić do scenariusza. To nie była ta nuta szaleństwa, co poprzednio. Kij golfowy dorwałem natomiast po napisach końcowych, gdy wreszcie [SPOILER] wyeliminowałem z gry Trevora. Nagle okazało się, że może służyć nie tylko do nabijania guzów na głowie, względnie wywoływać pęknięcia podstawy czaszki.

Skoro już jednak o tej fabule, wróćmy do Trevora. Do tego z trójki bohaterów nigdy nie udało mi się poczuć tej sympatii, którą miałem dla „sidżejowatego” Franklina czy Michaela. Właśnie, Michaela! Bohatera idealnego, będącego w zamyśle trymbalionem środkowych palców pokazanych współczesnemu lifestylowi. Sprawiającemu, że często brałem GTA V za drugi South Park, nie dzielący ofiar swoich drwin według kategorii politycznych. Michael to podtatusiały gangster, próbujący pogodzić rolę świadka koronnego i jednocześnie wyplątać się z dawnego życia, które powraca przez głupi incydent z jego udziałem. Incydent, do którego prowadzi fakt, że Michael najpierw myśli, potem działa. Nieważne, czy chodzi o rozwalenie nieruchomości nadzianego gościa czy 56 calowej plazmy syna. Bohaterowi towarzyszy yoga, psychoterapie, córka w pogoni za karierą gwiazdki gotowa na wszystko (wiecie, najpierw kariera, później #TeamArgento…), uzależniony od pada i chrupek otyły syn piszący ludziom w Internecie po kilka razy, że obsysają niemyte pały (bo cały żart polega na powtarzalności) czy żona podążająca za słodkopierdzącym życiem pokazywanym w telewizji. Reżimy żywieniowe, zdrowy styl życia, buty na koturnach (wybaczcie ten słaby przykład, z wiedzy o obuwiu poprawię się, jak dotrze tu równouprawnienie i męskie obuwie przestanie dzielić się na trampki, trapery i buty do garniaka), jeszcze tylko bratharianizmu brakuje. No i oczywiście proktolog ojca, który podobnie jak jogin z fiksacją analną czy psychoanalityk – liczący sobie za wizytę rodzinną kwadrat standardowej ceny – nie zbawi rodziny na skraju zagłady. Przerysowany obraz idealnej, szczęśliwej dzięki wynalazkom współczesności familii z dowolnego kanału telewizyjnego. I nie wyróżnię tu żadnego ciekawego programu o żonach Hollywood czy czegoś w ten deseń, bo w telewizji oglądam przecież głównie piłkę nożną. No ale poszalałem teraz niczym CJ po wpisaniu na klawiaturze „baguvix”, bo miałem pisać o pewnym protohipsterze, a tymczasem wyszedł mi monstrualny akapit o Michaelu. Michaelu, który uznał, że to za wiele, gdy jogin, który wydymał mu żonę, chciał jeszcze wydymać jego. Nie, poważnie, o Franklinie nie mam nic do powiedzenia, za to Trevor…

Gta 5 Redux

… stanowi po prostu czyste szaleństwo, jakiego z jednej strony od GTA właśnie byśmy oczekiwali, ale z drugiej… gdzie przerysowana przemoc uprawiana na przechodniach pomiędzy misjami, a gdzie całkiem szczegółowe scena tortur, fabularnie podbudowane zbrodnie dla zabawy, czy wreszcie usilna pasja bohatera do pokazywania całemu światu swojego wytatuowanego interesu. Bohater niby przerysowany, ale jakoś trudno nazwać go po prostu infantylnym, patrząc, z jaką łatwością dokonuje zbrodni. Gdyby nie jego karta pilota i drzemiące w nim mimo wszystko gdzieś głęboko emocje, nic by go nie ratowało.

Bo latanie samolotami zawsze było dla mnie w serii GTA fascynujące, a teraz mogłem jeszcze oddawać się mu w perspektywie pierwszoosobowej. Znów przyjemnie było wzbić się w przestworza i próbować przelecieć jak najbliżej miejsca, gdzie wieżowiec wyrasta spod ziemi. Albo wylądować na jak najmniejszym dachu i nie pomagać sobie przy tym kamerą pierwszoosobową. Latanie w tej serii totalnie mi się podobało, bo dzięki niemu nie musiałem przejmować się przy okazji szlabanem, umieszczonym na moście inspirowanym pewną konstrukcją z Edynburga. Aż nie chciało się wysiadać na pewnym cmentarzu, by poznać sekret, który przynajmniej na chwilę podzieli bohaterów…

Przez długie godziny grałem w najmniej losowe GTA w historii tej serii. Grę uporządkowaną, perfekcyjnie wyreżyserowaną, ale też wyraźnie skupioną wokół scenariusza. Choć chciałbym pochwalić jego autorów i ludzi, którzy napisali genialne dialogi, naprawdę dobrze czułem się dopiero wykonując na własną rękę akcję typu uderzenie furą w galopujący po pasie startowym samolot pasażerski czy zabawy w alpinistę połączone z kolarstwem górskim. Choć pełen jestem dla „piątki” uznania, od czasu zakończenia tej przygody bardziej niż za szóstką, tęsknić zacząłem z jakimś remasterem z prawdziwego zdarzenia.

19
Dodaj komentarz

Zaloguj się by skomentować
10 Komentarze
9 Odpowiedzi
12 Obserwujący
 
Najpopularniejszy komentarz
Najpopularniejsza dyskusja
  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
gseed
Użytkownik

> poprawię się, jak dotrze tu równouprawnienie i męskie obuwie przestanie dzielić się na trampki, trapery i buty do garniaka

Albo jak autor przestanie być ignorantem w materii męskiego obuwia ;]

moby04
Użytkownik

Tak dla ścisłości: “Luke, I am your father” to zdanie często przytaczane ale w filmie, z którego to rzekomo jest cytat nie zostało ono wcale wypowiedziane. Kwestia Vadera w piątym epizodzie brzmiała trochę inaczej… 🙂

Cruzer969
Użytkownik

Szczerze, nigdy nie zagrałem w żadne GTA. Jakoś, gdy słuchałem opowieści o tej grze od szkolnych kolegów, to żaden nie mógł mi odpowiedzieć na podstawowe pytanie “O co chodzi w tej grze?”. Wiadomo, w CoD szło się do przodu i strzelało do tych “złych”, w NFS zaliczało się kolejne wyścigi, w Gothicu czyściło się Górniczą Dolinę z kolejnych żywych istot, by osiągnąć jak największy poziom i zostać magiem, który był dość OP. A w GTA nigdy nie mogłem zrozumieć tej wolności. Możesz robić wszystko co chcesz, czyli co? Podobny problem mam np. z Just Cause, bo tam dość szybko się… Czytaj więcej »

madoc
Użytkownik

Nie do końca rozumiem, jakiej odpowiedzi oczekujesz. W każdym GTA masz główny wątek w klimatach gangsterskich, opowiadający o kolejnych nielegalnych przedsięwzięciach (w serii już chyba dokonaliśmy wszystkiego, od zbierania haraczu, przez stręczycielstwo, po porwania i zabójstwa na zlecenie) i porachunkach, a do tego szereg aktywności pobocznych w otwartym świecie (wyścigi, jeżdżenie ambulansem, sport w różnych odsłonach, skoki samochodowe, zbieranie znajdziek, strzelnica itd. itp.). Do tego sporo ludzi bawi się samym otwartym światem – robienie rozwałki, ganianie się z policją, wykonywanie akrobacji pojazdami, strzelaniny z gangami, jeżdżenie motorem po lesie, takie tam.

Cruzer969
Użytkownik

No i właśnie o to mi chodzi, po prostu historia gangsterska mi nie podchodzi, a aktywności które podałeś i które Krzysztof wyczyniał w swoim podejściu do piątki, są… no właśnie są i tyle. Nie prowadzą do niczego.

gseed
Użytkownik

Hmm może to kwestia tego, że późno chciałeś “wskoczyć” w serię. Ja mam kontakt z GTA od początku. odsłony 2D były fajne, bo właśnie dawały tę jakąś wolność no i za dzieciaka miałem fazę na “gry w mieście”. Potem był Driver, który zabawę w mieście przeniósł w 3D. A potem było GTA III, które do tego jeżdżenia po mieście w 3D z Drivera dodało jakąś interakcję i tym samym wydawało się być jakimś niemożliwym osiągnięciem, gdzie można było zrobić niemalże wszystko. VC dodało do tego świetny klimat i zdefiniowało ten satyryczny charakter serii. Wtedy wsiąknąłem i od tego czasu w… Czytaj więcej »

Cruzer969
Użytkownik

Bardzo możliwe, że chodzi o to późne wejście. Zresztą podobnie mam z Half Lifem. Zawsze się jakoś rozmijałem z tymi tytułami.

kaen
Użytkownik

Po przeczytaniu wstępu: nie galopowałbym tak bardzo z tą “dziennikarską”;).

madoc
Użytkownik

Bracia nazywają się Houser, nie Hauser. Swoją drogą, czym się przejawia to gwiazdorzenie? Bo szczerze mówiąc, nawet nie kojarzę jak oni wyglądają, a zazwyczaj śledzę wszystko związane z GTA. A ta część jest dla mnie najlepszą odsłoną serii. Nie jest to GTA idealne, ba, sporo elementów było lepszych u poprzedników, ale jest to tytuł łączący najlepsze elementy tej serii. Mamy tu prawdopodobnie najciekawszego bohatera w historii GTA (czyli Michaela), najlepiej zaprojektowany świat, najwygodniejsze sterowanie (to nadal co najwyżej niezły TPS, ale to najlepszy TPS ze wszystkich GTA), być może też najbardziej zróżnicowane misje. Do tego pomysł na trzech bohaterów, w… Czytaj więcej »

soulsonist
Użytkownik

Krzysztof, dobre to bylo, ale kurcze troche krotkie. Tak dobrze sie czytalo ze jak zobaczylem ze to juz podsumowanie to myslalem ze za szybko urywasz watek 🙂 Ja GTA V przeszedlem jakies 2 lata temu na PC, bylo ok, ale zachwytu jakiegos strasznego nie mialem. Ostatnio nabylem na play station I zasiadlem przed 50 calami. Kurcze, nie wiem, moze to zludzenie optyczne, ale klimat z gry zaczal wylewac sie wiadrami, wierzowce z tylu nagle zaczely wygladac powaznie, drobiazgi takie jak napisy na murach, reklamy na budynkach zaczely byc widocznei “chwytac oko”. Mam 22 calowy monitor do PC, ale dopiero siedzac… Czytaj więcej »

generalnie7
Użytkownik

Piątkę pamiętam jako historię, która zaangażowała mnie najmniej w całej serii. Jasne, taka III historię miała chyba żadną, ale wiadomo czym była III w momencie premiery.
V jakoś dla mnie mało charakteru miała. Wiadomo, wszystko dopięte na ostatni guzik, ale ukończyłem fabułę i rzuciłem w kąt. Może też trochę formuła się wyczerpała i trochę nudzi, że w tak wielkim, świetnie wykreowanym świecie podstawową formą interakcji z innymi jego mieszkańcami jest ich zabijanie.

Baner77
Użytkownik

Po tym tekście (do końca nie przeczytałem, bo spoiler alert) na mnie też przyjdzie czas. 🙂

ZeusEx
Użytkownik

Słaby ze mnie gangster bo w żadne GTA jeszcze nie grałem, a gram w gry od 20 lat 😀

sebogothic
Użytkownik

Do tej pory ukończyłem tylko GTA: SA i GTA IV, a w przyszłości zamierzam sobie nadrobić “trójkę” i VC. Jednak zawsze gry z serii GTA robiły na mnie wrażenie swoim ogromem i przywiązaniem do szczegółów. W GTA V zacząłem grać jakieś 2 lata temu, gdy kupiłem grę razem z PS4 i do tej pory nie ukończyłem. Na początku jak zwykle był szok spowodowany wielgachnym światem wypełnionym szczegółami, a przy tym ładną grafiką. Z biegiem czasu gdy to wszystko spowszedniało, a misje zaczęły być irytująco liniowe, jakoś odstawiałem grę. Nie wiem czemu, ale na konsoli o wiele lepiej od gier z… Czytaj więcej »

madoc
Użytkownik

Trójka się zestarzała dosyć mocno. Szczególnie pod względem narracji i kreacji postaci, nawet w porównaniu do niewiele nowszego Vice City. Ale ta nadal całkiem przyjemna gra.