Zmien skórke
Logo Polygamii

Graj utracony: Riven Effect

Pisałem ostatnio, że szlag mnie trafia i krew zalewa, kiedy w każdym kolejnym hicie fabuła nie wyrasta ponad poziom kreskówki z mini-mini, wzbogaconej o pourywane członki  i sporo osób się na mnie rzuciło, że nie mogę tej wspaniałej, głębokiej, wielomymiarowej i bogatej dziedziny popkultury sprowadzać do kwestii jakichś tam zwrotów akcji i psychologii bohaterów. Słusznie, nie mogę. Narzekałem na fabułę w pierwszoligowych hitach – dostało mi się, że nie zauważam biegłości technicznej i mechaniki rozgrywki. Narzekałbym na grafikę w Eve dostałbym trzy szybkie, że nie dostrzegłem wielkiego świata online. I tak dalej. Dlatego, wywołany do tablicy, zeznaję co następuje.

Ludzie zawsze chcieli się bawić w berka, grać w warcaby w zimowe wieczory i słuchać opowieści przy ognisku. Rozrywka jednak ewoluuje i rozwój cywilizacyjny zawsze daje jej kopniaka na wyższy poziom, mamy teraz społeczeństwo technologiczne i jakoś tak wyszło, że właśnie gry dorabiają nowy szczebelek do drabiny rozrywki i kultury. Ale podzielmy je jakoś na zabawy, gry i fikcję, inaczej zawsze to będzie chodzenie dookoła krzaka. Za wielki będzie temat, za obszerny, zawsze się kogoś niesłusznie skrzywdzi. Dlatego proponuję taki – jasne, że uproszczony – podział:

1. ZABAWY

Piłka nożna, wyścigi samochodowe, berek, zbijak, podchody, chlanie przy grillu, seks grupowy – ludzie lubią zabawić się i porywalizować w kupie, bo tak raźniej i śmieszniej. I gry dają im – może powinniśmy powiedzieć: symulują – taki rodzaj zabawy. Do tej kategorii wchodzą oczywiście SingStary, DDR-y i im podobne, ale też ścigałki, morpegi i tryby online w dowolnej zręcznościowej grze. Taki wirtualny plac zabaw, na którym ocenia się przede wszystkim jakość zjeżdżalni i huśtawek. Fabuła jest zbędna, oprawa graficzna i dźwiękowa też – choć istotna – schodzi na dalszy plan. W końcu do dziś rządzą WoW (2004) i CS (2000), chociaż po drodze pojawiło się kilka nowszych i bardziej zaawansowanych produkcji.

2. GRY

Pierwsze szachy pojawiły się w XV wieku, ale podobno ich pierwowzorem jest hinduska caturanga z szóstego stulecia – gra planszowa, w której występowały cztery rodzaje pionów: piechota, kawaleria, słonie i rydwany. Brzmi znajomo? Znajomo jak opis RTS-a? W tym ujęciu gra to dla mnie rodzaj zabawy, która angażuje umysłowo i wymaga więcej, niż tylko refleks i precyzyjne panowanie nad własnym ciałem, nawet jeśli tym ciałem jest jedynie ręka trzymająca myszkę. Szachy, brydż, Monopoly, Ryzyko, Scrabble – elektroniczny świat musiał do tego dopisać kolejny rozdział i dopisał w postaci łamigłówkowych casuali i gier strategicznych. Tutaj przede wszystkim liczy się sztuczna inteligencja stojąca za przeciwnikiem i wymagany stopień naszego zaangażowania intelektualnego. Jeśli to szwankuje, jeśli gra jest zbyt głupia albo zbyt prosta, to nie uratuje jej żadna oprawa czy fabuła. Dlatego mogłem siedzieć godzinami przy Europa Universalis, Comandosie, Rainbow Six: Rogue Spear, czy przede wszystkim grach z serii Total War, a na przykład C&C mnie nudzi i drażni. Niby ładne filmiki, niby ładnie wymyślone, a chodzi o to, żeby naprodukować czołgów i wysłać je w punkt na mapie. Dla dzieciarni dobre.

3. FIKCJA

Rodzaj wirtualnej literatury lub wirtualnej kinematografii, moim zdaniem najważniejszy kierunek rozwoju gier, zasługujący na to, żeby ukuć osobne słowo do jego określenia. Na szybko przychodzi mi do głowy "virtory" od "virtual story", ale jak wiadomo takich rzeczy nie da się zadekretować. Coś kiedyś palnie Molyneux lub Kojima i ani się obejrzymy, a będziemy używać takiego słowa. Po tym kierunku oczekuję najwięcej. Tak samo jak więcej oczekuję od noblowskiej literatury, niż od gier planszowych. Oczekuję nowych światów, wzruszeń, emocji i płakania na koniec z żalu, że to już koniec.

Tutaj drobna uwaga: jestem uzależniony od fikcji. I to nie jest żart, ani przesada. Jeśli codzienne czegoś nie przeczytam, nie obejrzę, nie zagram, mam objawy odstawienia. I tak od zawsze. Dlatego przeczytałem nawet zeszytowe wydania książek Karola Maya, "Pollyannę" i wszystkie tomy "Ani z Zielonego Wzgórza" nie wspominając o obejrzanych filmach ze Stevenem Seagalem. Odkrycie na początku lat 90. takich gier jak Police Quest, Secret of Monkey Island, czy Indiana Jones and the Last Crusade – to było jak zyskanie świadomości, że Bóg istnieje. Zobaczenie kilka lat później Mysta – niczym prywatna audiencja u Wszechmogącego. To nie była ani gra, ani zabawa. Miało to w sobie coś z intymnego doświadczenia literatury, ale w końcu mogłem kierować bohaterem – ode mnie zależało, co się stanie i czy dowiem się, o co u diabła chodzi. Nigdy w historii ludzkości nie było czegoś tak odjazdowego! Wtedy zrozumiałem, że zawsze będę graczem – i faktycznie tak się stało.

Miłość od pierwszego wejrzenia, znacie pewnie ten stan, bracia sprzed monitorów. Miłość, szybki ślub, a potem zdziwienie. Miała być boska laska, a zaraz się roztyła, uwaliła na kanapie i powiedziała, że wszystko ma w dupie, a gotować nie potrafi. Grałem od czasów Mysta w wiele gier, niektóre dały mi sporo frajdy, ale tylko kilka naprawdę uderzyło i przypomniało tamto doświadczenie sprzed lat: Riven, Fahrenheit, Mass Effect. Ewentualnie Silent Hill. Mało. Może, gdybym potrafił przeskoczyć konieczność bezsensownego pompowania XP w jRPG, byłoby ich więcej. Ale nie potrafię.

Dlatego nie mówcie mi, kiedy narzekam na poziom fabuł, o mechanice, silnikach, oprawie dźwiękowej i graficznej. Bo czy naprawdę tylko ja chcę więcej? Czy wszyscy czekają na Heavy Rain i Alana Wake'a bo mają tam być jakieś super giwery? Bo multiplayer ma być niesamowicie zrównoważony? Bo to będzie najlepszy antialiasing ever? Bo ragdoll po wybuchu granatu będzie na podstawie sesji motion capture z chińskimi więźniami? No nie, każdy chce w końcu dostać coś, co go zaskoczy. A mnie naprawdę rzadko coś w grach zaskakuje. Za każdym razem, kiedy odpalam nowy tytuł i już po kwadransie okazuje się, że muszę wskoczyć do jakichś lochów czy kanałów, bo to jedyna droga, słychać na dzielnicy taki jęk z mojego okna: "nooooo nieeeee, ludzie, litości". Właśnie skończyłem Chronicles od Riddick i – nie uwierzycie – musiałem tam polować na złych najemników w ciemnych lochach. Ale, przyznaję, był jeden zwrot akcji. Szacun.

Tak, wiem, są przygodówki. Prawdziwa arystokracja. Inteligentne gry bez przemocy. Niezmienne i cuchnące naftaliną, niczym Kościół katolicki. Był czas, kiedy podobało mi się Full Throttle, ale ostatnio próbowałem grać w Vampyre Story i mało nie umarłem ze śmiechu. Nie uwierzycie, ale są ludzie, którzy uważają, że danie gadającemu ptakowi środka na przeczyszczenie, żeby obsrał gargulca, dzięki czemu zdobędziemy klucz do drzwi – oni naprawdę uważają, że to śmieszne i świeże. Niesamowite. Ja nie chcę w 2009 roku czegoś, co wygląda jak gra sprzed dwudziestu lat. Chcę czegoś, co wygląda jak Gears of War.

Chcę, jakkolwiek idiotycznie by to nie brzmiało, połączenia Rivena z Mass Effectem. Czyli precyzyjnie skonstruowanego, pełnego czekających na odkrycie tajemnic świata, który poznajemy korzystając z mechaniki ME. I nie mam na myśli mechaniki ostrzału zza węgla i rzucania biotycznych czarów, lecz mechanikę interakcji. ME miało chyba najlepiej napisane dialogi ze znanych mi gier i najlepszy sposób ich przedstawiania. Naprawdę czekałem, co ten gość powie po tym, jak wskaże mu kierunek rozmowy. I jak rozwinie się sytuacja. I jak się będzie układało z laskami na Normandii. I kiedy pod koniec udało mi się skłonić Sarena do popełnienia samobójstwa samą siłą osobowości, wcale nie żałowałem, że ominęła mnie jatka. Wtedy naprawdę poczułem, że szwendanie się po galaktyce miało sens.

Zastanawiam się, czy możliwa byłaby gra, w której bohater nie miałby giwery i możliwości rzucania czarów, a jedynie cechy osobowości, na które wydawałby punkty XP. Nie na siłę, wytrzymałość i precyzję snajperki. A fabułę można by popychać do przodu tylko poprzez rozwijanie swojej osobowości w interakcji z innymi bohaterami. I te zmiany byłyby naprawdę zauważalne i czulibyśmy, jak bohater się zmienia i jak na niego wpływa udział w wydarzeniach fabuły. A niektóre decyzje byłyby tak angażujące emocjonalnie, że pad wyślizgiwałby się ze spoconej dłoni. I mówię tu o zwartej, klasycznej fabule, nie o otwartej rozgrywce w stylu The Sims.

Być może nie mam racji i oczekuję od gier zbyt wiele. Ale powiedzcie mi: czy to jest normalne, że mogę opowiadać dziewczynie godzinami o tym, jak wspaniałe są gry i jaka wielka w nich drzemie siła i potencjał i jak pięknie wyglądają, a jak przychodzi włączyć konsolę, to osobie, która źle znosi przemoc tak naprawdę nie ma czego pokazać? Ani jednej produkcji, która stałaby na wysokim poziomie technicznym i była pozbawiona jatki. Rozumiem, rynek ma swoje prawa, nie musi ich być wiele. Ale ani jednej? Dziwne.

Zygmunt Miłoszewski

PS. Piotr prosił, żebym powiedział, że zagościłem w Poly na stałe. To mówię. Jeśli nie zajdą żadne przypadki losowe, to spotykamy się i dyskutujemy piętnastego i trzydziestego dnia każdego miesiąca. A w lutym coś się wymyśli.

PPS. Obiecuję, że chwilowo koniec przynudzania o fabułach w grach. Następnym razem będzie quasi-patriotycznie.

 

Więcej na temat:

Dodaj komentarz

Zaloguj się by skomentować
  Subskrybuj  
Powiadom o

Popularne wpisy

Popularne Gry