Zmien skórke
Logo Polygamii

RecenzjeGoogle Stadia – Bliskie spotkanie z raczkującą rewolucją

Nowy sposób odbioru gier, który potrzebuje czasu i dużo miłości.

Facebook Twitter Google Wykop

I słowo ciałem się stało, po szumnej zapowiedzi na tegorocznych targach E3, 19 listopada 2019 roku firma Google z hukiem wkroczyła na rynek gier komputerowych. Tegoż dnia w czternastu wybranych krajach Europy oraz Ameryki Północnej (niestety nie w Polsce), Google Stadia zadebiutował pod dachami osób, które zdecydowały się zaufać gigantowi z Mountain View.

Zaufanie to w dużej mierze oparte było na wierze, iż kunszt wybitnych inżynierów urealni wszystkim graczom pewną, snutą już od jakiegoś czasu, baśń o pięknej krainie. Krainie, w której można błyskawicznie przełączyć rozgrywkę pomiędzy wieloma urządzeniami, gdzie nieznane jest uczucie oczekiwania na zakończenie pobierania danych oraz gdzie nie trzeba wydawać fortuny na nowy sprzęt by w pełni zadowolić się pięknem najnowszych produkcji.

Oczywiście, by cały koncept nabrał sensu, po wyznaniu wiary musiał nastąpić czyn, a konkretnie, złożenie zamówienia w przedsprzedaży na tak zwaną edycją założycielską (ang. Founder’s Edition), co jest równoważne z wpłaceniem 130 dolarów amerykańskich na konto firmy Google. Warto wspomnieć, iż oferta została w pełni wykupiona, gigant ogłosił ten fakt 22 października. Czy było warto zaryzykować? Które oczekiwania nie zostały w pełni spełnione? Co nam, graczom, może przynieść przyszłość? Oto podsumowanie doświadczenia z pierwszych dni spędzonych z Google Stadia Founder’s Edition.

Niełatwe raju początki

Byłoby kłamstwem stwierdzić, że Google poradził sobie dobrze ze startem najnowszej usługi. Być może zabrakło tu pewnej wrażliwości na polu polityki wizerunkowej w stosunku do społeczności graczy. Komunikaty ze strony firmy do dnia premiery były raczej lakoniczne i tylko pogłębiały frustrację osób oczekujących na zamówienie. Efekt ten był szczególnie widoczny na portalu Reddit, gdzie można było zaobserwować emocjonalny wachlarz zachowań, rozpoczynający się od niewinnych memów a kończący się na podpisywaniu petycji o rekompensatę części kosztów zamówienia oraz anulowaniu rezerwacji.

Ten negatywy odbiór był jak najbardziej zrozumiały. Google Stadia jako produkt składa się właściwie z dwóch elementów, kontrolera oraz kodu aktywującego usługę. Naturalnym oczekiwaniem założycieli było otrzymanie kodu oraz paczki z kontrolerem w dniu premiery. Okazało się jednak, iż gigant rozsyła przesyłki oraz e-maile umożliwiające rozpoczęcie przygody, chronologicznie, według kolejności otrzymania zamówień. Pikanterii dodawał fakt, że z powodu bliżej nieokreślonych błędów po stornie nadawcy pewne osoby, które zamówiły produkt najwcześniej musiały wciąż czekać, podczas gdy grupa graczy, która złożyła zamówienie dużo później, mogła już cieszyć się usługą. Do tego wszystkiego dochodziły przypadki, gdzie niektórzy klienci otrzymali kontroler, ale wciąż musieli doglądać swojej skrzynki odbiorczej z nadzieją na ujrzenie wiadomości zawierającej kod dostępu. Sam kontroler w tym przypadku był oczywiście w pełni bezużyteczny, z kolei po aktywacji produktu można natychmiastowo cieszyć się graniem w przeglądarce Google Chrome przy użyciu myszki i klawiatury. Warto także wspomnieć, że jednym z benefitów Founder’s Edition była obiecana możliwość zarezerwowania w systemie unikalnej nazwy użytkownika. Chaos towarzyszący dystrybucji naturalnie budził strach, iż ktoś, kto na dobrą sprawę złożył zamówienie po nas, „ukradnie” nam naszą wymarzoną nazwę.

Jednakże dwa dni po premierze sytuacja w pełni się unormowała. Wszystkie osoby, które zakupiły edycję założycielską otrzymały swój kod i pogrążyły się w zaawansowanej technologicznie, interaktywnej transmisji, wprost z serwerów firmy Google.

Obietnice oraz zarządzanie oczekiwaniami

Obietnic było całkiem sporo, rozdzielczość 4K, 60 klatek na sekundę, wsparcie HDR, dźwięk przestrzenny (5.1), brak opóźnień, głęboka integracja z innymi serwisami Google (głównie z YouTube i Google Assistant) oraz szerokie spektrum docelowych urządzeń, takich jak: komputer stacjonarny, telewizor, laptop, tablet, smartfon. Wymagania? By cieszyć się najwyższą jakością potrzeba stabilnego łącza internetowego o szybkości 35 Mbps, a cały system powinien być funkcjonalny już przy prędkości 10 Mbps, oczywiście dostarczając odpowiednio niższą jakością obrazu oraz dźwięku. Phil Harrison podczas konferencji E3 wspominał nawet o przyszłych planach uzyskania rozdzielczości 8K wraz z 120 klatkami na sekundę. Cała zapowiedź była jedną, wielką obietnicą wyprzedzenia technicznych możliwości konkurencji, np. dotychczasowych dokonań NVIDIA GeForce NOW. Wszystkie te obietnice pozwoliły domniemywać, że technologiczny gigant zdołał opracować zaawansowaną technologię, która swoją innowacyjnością może zrewolucjonizować rynek. Z punktu widzenia sukcesu komercyjnego, był to rzecz jasna obligatoryjny warunek do spełnienia. Warunek, który to pozwoli firmie na stałe zaistnieć wśród innych producentów, zapewnić miejsce w szeregu obok Microsoftu, Sony czy Nintendo. Sceptycy musieli zmierzyć się z argumentem, że to nie kto inny, ale właśnie Google ma na tyle bogate doświadczenie i rozbudowaną infrastrukturę internetową by móc osiągnąć w tej konkretnej dziedzinie sukces. Biorąc to wszystko pod uwagę, nie można się dziwić, że apetyt publiki został mocno pobudzony.

Cóż więc otrzymali pełni wiary, pionierscy założyciele? Zacznijmy więc od początku. Stylowe pudełko zawiera wspomniany wcześniej kontroler (w limitowanym, ciemnoniebieskim kolorze) oraz odtwarzacz Chromecast Ultra, wymagany do grania na telewizorze. By usługa zaczęła działać należy skonfigurować Chromecast Ultra przy pomocy aplikacji Google Home uruchomionej na smartfonie. Następnie, poprzez Google Stadia (tak, kolejnej, osobnej aplikacji) trzeba jednorazowo aktywować cały system indywidualnym kodem, wybrać unikalną nazwę użytkownika, podłączyć do całego systemu ciemnoniebieski kontroler, et voilà!

Sam kontroler posiada wbudowaną kartę bezprzewodową i sprawia wrażenie, iż jest wykonany bardzo porządnie, dobrze trzyma się dłoni. Jednakże przyszłość pokaże czy z czasem nie wyjdą na jaw pewne defekty, które są niewidoczne na tym etapie. W tym momencie należy odnotować pewne bezprecedensowe rozwiązanie. Oba sprzęty, kontroler i Chromecast Ultra, są osobnymi klientami serwerów usługi Stadia, co oznacza, że nie komunikują się ze sobą bezpośrednio.

Kontroler jest niezbędny, by móc cieszyć się usługą na smartfonie. Można go również używać do grania na komputerze z użyciem przeglądarki Google Chrome. Trochę irytującym faktem jest różnica w dostępnych opcjach pomiędzy aplikacją Google Stadia a przeglądarką. Różnica przypada na niekorzyść tej drugiej. W przeglądarce nie możemy kupować gier oraz zmieniać wielu ustawień, na przykład dotyczących poziomu zużycia danych lub jakości obrazu. Interfejs grzecznie prosi, by przełączyć się na aplikację w telefonie.

Nie zabrakło także innych rozczarowań. Trudno oprzeć się wrażeniu, że póki co Stadia ma raczej status produktu pilotażowego. Wiele zapowiedzianych funkcji wciąż nie jest aktywnych: Stream Connect (możliwość przesłania kopii transmisji gry pomiędzy graczami), Crowd Play (szybkie wskoczenie do rozgrywki z poziom aplikacji YouTube) czy Family Sharing (możliwość dzielenia się zakupioną grą z członkami bliskiej rodziny). Buddy Pass (darmowy, trzy miesięczny pakiet próbny dla wybranej osoby) został uruchomiony dopiero tydzień po premierze . Dodatkowo nie działa system osiągnięć, jednakże w tle serwis zapisuje dane o zdobytych dokonaniach. Wsparcie dla telefonów ogranicza się na razie tylko do serii Google Pixel, a kontroler Stadia wciąż trzeba podłączać do telefonu (lub komputera) kablem. Z punktu widzenia biznesowego, biorąc pod uwagę innowacyjność oraz technologiczne zaawansowane usługi, aktywowanie poszczególnych funkcji progresywnie, krok po kroku, jest jak najbardziej sensowne, być może nawet nieuniknione . Po stronie konsumenta pozostaje niesmak. Czy firmie udało się tu zachować balans? Niewątpliwie przy wybaczeniu tych grzechów pomaga esencja całego produktu – doświadczenie grania w chmurze.

Pierwsze wrażenia

Jak więc radzi sobie najistotniejszy element tej całej, skomplikowanej układanki? W dużym skrócie, bardzo przyzwoicie! Jedną z głównych obaw graczy był wpływ opóźnień na rozgrywkę. Wizja poślizgu w dostarczaniu danych, który przemienia zabawę w frustrację, była jednym z głównych argumentów przeciwko zakupowi Google Stadia. Dzisiaj można już świadomie stwierdzić, że te obawy były nieuzasadnione. Oczywiście opóźnienia od czasu od czasu się zdarzają, ale są na tyle znikome, że nie mają dużego wpływu na ogólne doświadczenie. Stadia naprawdę działa, system jest całkiem responsywny, dostarcza płynną rozgrywkę i trudno znaleźć tu powód do narzekań. Po pewnym czasie, gdy jest się w pełni skupionym na wirtualnych przygodach, bardzo łatwo zapomnieć o fakcie, że wszystko co widzimy na ekranie jest do nas dostarczone przez sieć z najbliżej ulokowanego centrum danych Google’a.

Oczywiście wszystko w dużej mierze zależy od jakości naszego lokalnego połączenia z domowym routerem a później także na jakości usług naszego dostawcy Internetu. Standard Wi-Fi ma to do siebie, że jest zawodny, wszakże polega on głównie na zjawisku kolizji oraz retransmisji danych. Google nie bez powodu zaleca podłączenie sprzętu poprzez interfejs Ethernet. Firma ma niewątpliwie świadomość, że w razie problemów to Stadia będzie oczerniana podczas gdy prawdziwym winowajcą będzie kiepska jakość lokalnego połączenia bezprzewodowego. Sporą zaletą całego systemu jest funkcja dostosowywania się jakości obrazu do stanu naszego złącza. Na przykład podczas grania na komputerze, w przypadku gdy stabilność naszego sygnału Wi-Fi nie jest najlepsza, można zaobserwować znaczącą różnicę gdy tylko podłączymy się do routera kablem.

Jak zatem wygląda sprawa z obiecaną jakością obrazu? Rozdzielczością 4K oraz częstotliwością 60 klatek na sekundę? Odpowiedź zależy w dużej mierze od danej implementacji w poszczególnych grach. Jak donosi serwis Digital Foundry (https://www.youtube.com/watch?v=9uwunZ2a4gc ), Google Stadia w większości przypadków dostarcza sygnał w 60 klatkach na sekundę, wariacje w tym aspekcie zależą już od konkretnej gry. Na przykład, Red Dead Redemption 2 zapewni 60 klatek tylko przy ustawieniu niskiej rozdzielczości, przy wyższej, automatycznie spadnie do 30. Z kolei Shadow of the Tomb Raider zapewni rozdzielczość 4K i 60 klatek, aczkolwiek kosztem użycia bardziej agresywnych algorytmów kompresji sygnału i redukcji jakości filtrów (porównanie z wersją na Xbox One X). Destiny 2 również będzie się trzymało 60 klatek na sekundę, lecz rozdzielczość w tej grze nie osiąga poziomu 4K.

Podsumowując, osoby spodziewające się naprawdę wysokiej jakości w każdym przypadku, mogą poczuć się nieco zawiedzione. Zastosowane algorytmy, które kompresują dostarczany sygnał, powodują efekt rozmazania aktualnie wyświetlanego obrazu w tle. Warto jednak pamiętać, że nie są to uszczerbki, które w jakimkolwiek stopniu psują rozgrywkę. Co więcej, są to detale, na które nie zwraca się uwagi podczas użytkowania, a sama świadomość, że interaktywny obraz w takiej jakości jest do nas dostarczany z odległego serwera, naprawdę budzi podziw.

Na koniec warto wspomnieć o bardzo przyjemnym uczuciu, które pojawia się, gdy w wybraną grę można zagrać dosłownie w sekundę po momencie zakupu. Dla porównania, pobranie pełnej wersji Red Dead Redemption 2 to ponad 110 GB danych, w przypadku The Elder Scrolls Online mówimy już o 170 GB. Grzechem byłoby nie napomknąć, że sam czas ładowania rozgrywki w grach jest istotnie skrócony. Dodatkowo, można płynnie przełączyć aktualną rozgrywkę pomiędzy urządzeniami. Na przykład, gdy gramy na telewizorze i rozładuje nam się bateria w kontrolerze, możemy bez problemu kontynuować grę na komputerze przy pomocy myszki i klawiatury. By tego dokonać, nie potrzeba zapisywać stanu gry. Wystarczy, że w przeciągu 15 minut uruchomimy daną grę w przeglądarce Google Chrome, a Stadia automatycznie pozwoli nam kontynuować przygody dokładnie w tym samym miejscu, w którym je przerwaliśmy.

Komu warto dążyć do raju?

Do kogo właściwie jest adresowany ten produkt? Google Stadia nie jest tak zwanym „Netfliksem” dla graczy. Aktualnie wymagane jest opłacenia abonamentu, by tylko mieć dostęp do usługi. Darmowa wersja z ograniczoną rozdzielczością obrazu zadebiutuje dopiero w przyszłym roku. Dodatkowo trzeba zapłacić pełną cenę za każdą grę, którą chcemy mieć w naszej wirtualnej bibliotece. Nie da się ukryć, że większość dostępnych pozycji to nie są nowe produkcje. Czy warto więc kupować je ponownie, tylko z tego powodu, iż strumień będzie generowany na odległym serwerze i przesłany do nas poprzez Internet? Raczej nie, szczególnie gdy posiadamy już na przykład Xbox One X. Jednakże Stadia jest bardzo interesującą propozycją w przypadku gdy mamy potrzebę poważnej modernizacji naszego sprzętu, gdy mamy pewne braki w kolekcji gier oraz nie za bardzo uśmiecha nam się wydawanie dużej sumy pieniędzy w najbliższym czasie, na przykład na nowy komputer albo na jedną z zapowiedzianych konsol przyszłej generacji.

Można być pewnym, że Google będzie stale ulepszał swoją usługę. Obawy o możliwość anulowania całego projektu są raczej mało prawdopodobne. Wiemy już, z pewną dokładnością, kiedy zadebiutują kolejne funkcje, oraz kiedy serwis zacznie działać na większej liczbie urządzeń. Wkrótce grono dostępnych gier zostanie także powiększone. Zresztą, liczba ta będzie musiała stale rosnąć by Google mógł utrzymać poziom zainteresowania na rynku. Faktem jest, że ilość dostępnych pozycji w usłudze na dzień dzisiejszy jest śmiesznie mała. Bardzo możliwe, że nowe tytuły, przykładowo Baldur’s Gate 3 lub Cyberpunk 2077, z racji tego, że są ciągle w fazie produkcji, będą mogły w większej mierze wykorzystać potencjał i moc obliczeniową dostępnych serwerów.

Podsumowanie

Ewidentnie jesteśmy świadkami rewolucji w branży gier. Jednakże rewolucja ta dopiero raczkuje. Google zrobił odważny krok by przybliżyć światu nowy sposób obcowania z wirtualną rozrywką, ale ma przed sobą naprawdę długą drogę. Potencjał nowego rozdania czuję także konkurencja. Microsoft, Sony, NVIDIA, Amazon, wszyscy pracują nad podobnym rozwiązaniem. Co to oznacza dla społeczności graczy? Z racji właśnie rozpoczętego procesu demokratyzacji i popularyzacji tego typu usług, najprawdopodobniej korzystniejsze oferty. To tylko kwestia czasu, kiedy cała gama gier będzie dla nas dostępna w chmurze na zasadzie miesięcznej subskrypcji. Niezależnie od faktu, która z firm dokona tego jako pierwsza, streaming w tej formie jest naszą przyszłością.

Tekst jest autorstwa jednego z czytelników Polygamii. 

16
Dodaj komentarz

Zaloguj się by skomentować
5 Komentarze
11 Odpowiedzi
11 Obserwujący
 
Najpopularniejszy komentarz
Najpopularniejsza dyskusja
  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
princefluff
Użytkownik

Czuję niesmak po tym artykule. Hejtujecie VR, ale stadie nazywacie “rewolucją”. Przecież to absolutna padlina, niegrywalna, przegrzewająca się i de facto droższa. Nikt nie wierzył w sukces tej padaki, tym bardziej w obietnice o 4K. Recenzje są miażdżące.

Bartosz Witoszka
Redaktor

Przede wszystkim, tekst pochodzi od naszego czytelnika, który zgodził się na opublikowanie swoich wrażeń z użytkowania Stadii. Co do opinii portalu, to nie istnieje coś takiego, jak “zdanie Polygamii” – powtarzała to wielokrotnie poprzednie ekipa i ja też mam się zamiar tego trzymać. Każdy autor publikujący tutaj ma inne opinie, przekonania, gusta. Nikt nie hejtuje VR, a porównywanie wirtualnej rzeczywistości do streamingu mija się z celem.

gseed
Użytkownik

Opinia opinią, ale obok błędów merytorycznych typu przypisywanie Googlowi “pierwszego kroku” to ciężko przejść obojętnie. Szkoda, że brakuje redaktora naczelnego, bo tekst ewidentnie nadaje się do redakcji przed publikacją.

Bartosz Witoszka
Redaktor

Był redagowany, ale mi to umknęło, dziękuje, zaraz poprawię.

feniks01
Użytkownik

Zgadzam się, ale powinna byc notka ze sa to wrazenia jednego z czytelnikow. To tyle.

Bartosz Witoszka
Redaktor

Masz rację, miałem to dopisać, ale zapomniałem i poszło bez dopisku. Dziękuje za zwrócenie uwagi 🙂

AntoniNasObroni
Użytkownik

100% racji. A co do artykułu to wygląda jak typowy sponsorowany mimo że podobno nie jest. Tyle łykania marketingowych bzdur i wybaczania korporacji wszelkich błędów nie widziałem nawet u najzatwardzialszego fanbojstwa. Stadia to porażka na całej linii a nie “przyszłość” gier. Polecam trochę otrzeźwienia. Wszelkie usługi subskrybenckie to rak toczący branżę a on tu o rewolucji. Witki opadają.

3mortis
Użytkownik

“Wszelkie usługi subskrybenckie to rak toczący branżę a on tu o rewolucji. Witki opadają.”
jakos jestem za game pasem na pc, netflixem itp

3/4 mojej biblioteki steam nie jest nawet raz odpalone, a gier do ktorych wracam jest tyle ze moge je policzyc na 1 rece, na cholere mam placic rownowartosc pol roku abonamentu zeby pograc 15h w np nowego assassina, gearsy 5 itp
tak samo z serialami, po cholere mi stos plyt z filmami ktorych albo nie obejze albo nigdy nie obejze ponownie

AntoniNasObroni
Użytkownik

Mówię stricte o grach. Filmy i seriale to inna para kaloszy. Jeśli lubisz płacić bez przerwy za “możliwość” grania w gry których nie posiadasz to twoja sprawa. Jak to ktoś powiedział ludzie płacą coraz więcej a posiadają coraz mniej. Jak widać tobie to pasuje. Kupuj jeszcze preordery, wszystkie DLC i koniecznie wydaj kilka tysięcy na mikrotransakcje. Korpo cię uwielbia.

3mortis
Użytkownik

“Kupuj jeszcze preordery, wszystkie DLC i koniecznie wydaj kilka tysięcy na mikrotransakcje. Korpo cię uwielbia.” a jaki mam interes w placeniu np 200zl za gre w ktora zagram raz, przez 10h i w tej cenie moge miec kilka miesiecy innych gier? to tak jka bys mi tlumaczyl, “po co idziesz do kina, placisz 30zl za 1 obejzenie filmu, poszekaj pol roku i kup sobie na dvd 3x drozej” to o czym mowisz ma sens pod warunkiem ze te gry ktore “posiadasz” np na steamie o ile mozna mowic o posiadaniu gier w takim wypadku, regularnie ogrywasz, w przypadku kiedy “masz… Czytaj więcej »

Deniryer
Użytkownik

Google nie był pierwszy 😉 w sumie prawie nigdy nie jest… Najstarsze jest GameFly, największa bazę gier, usług i funkcjonalności (posiadało funkcje, które Google obiecywał na premiere i guzik z tego wyszedł) było OnLive, a teraz liderem jest… MS. https://youtu.be/GCkE8ndnHG4 – Digital Foundry. Zazdroszczę im opóźnień. U mnie jest znacznie gorzej, ale i tak lepiej niż na Stadii. Stadia skończy tutaj, bo u Google jeżeli coś nie przynosi zysku w ciągu pierwszych dwóch lat ładuje na – https://killedbygoogle.com Btw. Dopiero teraz doczytałem – Google nie ma największego doświadczenia, ani infrastruktury – https://www.google.com/about/datacenters/locations/ Bida z nędza. Ich dotychczasowe usługi chodzą tak… Czytaj więcej »

3mortis
Użytkownik

Owszem, chmura, system itp tktaj chyba MS ma duza przewage w hajsie i doswiadczeniu

jak chodzi o chmure to w sumie masz MS i Amazona, a reszta to przy nich nawet nie konkurencja tylko rzedy wielkosci mniejsze popierdółki

dlatego amazon niby nie ma konsoli ani systemu ale wciska sie w kazdy temat o streamowaniu, uslugach, grach, filmach itp

a sony jest tak do przodu ze wynajmuje chmure od microsoftu 😛 i w kontekscie robienia gier na peceta i konsole, chmur itp to sony ze swoim podejsciem “nic na peceta, zadnego OSa, zadnej chmury, tylko exy na nasze konsole”

moze sie przejechac

Sasilton
Użytkownik

W czasach e-portowych gier, nie widzę miejsca na granie z 50ms lagiem i rozmytym obrazem.
To będzie nisza.

By to było przyszłością, to firmy muszą się pogodzić, że przez kolejne kilka lat będą na tym tracić gruby hajs, bo będą musiały nas przekonać naprawdę wypasionymi ofertami. Cos jak jeszcze bardziej podkręcony game pass.
Bez takiej agresywnej kampani nic z tego nie wyjdzie.

Do tego nowe gry muszą wychodzić na premierę, a nie trzeba czekać nie wiadomo kiedy na jakąś Fifę, albo SW.

Aimagylop
Użytkownik

Kurczę, a jednak w czasach e-sportowych gier ludzie nadal grają w warunkach domowych…

Czy nisza to nie wiem, ten streaming wydaje się być odpowiedzią na próżnię jaka powstała po konsolach które miały być sprzętem że “wkładasz i grasz” a teraz mają po kilka wersji różniących się wydajnością i możliwościami. A ludzie nadal by chcieli po prostu odpalić grę i grać, bez zastanawiania się nad harware,

Simplex
Użytkownik

“Obawy o możliwość anulowania całego projektu są raczej mało prawdopodobne.”

To zdanie na serio, czy satyra?

Dodatkowo to zdanie jest pokracznie napisane, bo wynika z niego że “obawy są mało prawdopodobne” (co to znaczy?), a autorowi chodziło chyba o to że anulowanie projektu jest mało prawdopodobne (i tu się oczywiście myli). Czemu uważam, że się myli? Polecam zajrzeć na te strony:
https://killedbygoogle.com/
https://gcemetery.co/

kkgp40
Użytkownik

Tekst bardzo fajny, a wy marudzicie w tych komentarzach strasznie. Stada dziala i to calkiem dobrze, jest bardzo duzo pozytywnych opini na youtubie lub reddicie. Owszem ma swoje braki i nie jest dla wszystkich. Fakt google nie jest pierwszy jezeli chodzi o doswiadczenia z streamingiem gier, ale nie da sie ukryc, ze jako pierwszy z duzych firm wszedl na powaznie z tym projektem na rynek i chce skomercjalizowac.