Zmien skórke
Logo Polygamii

PublicystykaGame Jam, 250 tysięcy i Mateusz Morawiecki

Co te trzy rzeczy mają wspólnego? Oto zagadka. Podpowiem, że premier wydawał się nieco zagubiony.

Facebook Twitter Google Wykop

Rząd zauważa potencjał branży gier wideo. Na przykładzie Game Jam Square być może ów potencjał jest raczej wizerunkowy, ale idzie jednak w parze z inicjatywami takimi jak GameINN organizowane przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. NCBR wydzieliło na ten cel w tym roku 100 milionów złotych.

Program wystartował w 2016 i w pierwszej edycji dofinansowano 38 projektów na łączną kwotę ponad 105 milionów złotych. W drugiej suma ta spadła do ponad 88 milionów. Na ten moment wspartych gier jest już 74, a nabór do tegorocznej inicjatywy trwa od 15 marca do 14 czerwca.

Pod tym kątem dobrze, że rząd się interesuje naszą branżą. Ale jeśli chodzi o wydarzenie typu game jam, to od środka – okiem zwykłego, szarego uczestnika – wykorzystywanie graczy i twórców gier do robienia PR-u nie jest najfajniejszym w świecie zagraniem.

W pierwszej edycji GameINN dofinansowano 38 projektów na łączną kwotę ponad 105 milionów złotych.

Nie było pizzy. Smutna minka

Między 26 a 28 kwietnia miał miejsce Game Jam Square, organizowany przez ARP Games. To był drugi jam, na jaki się wybrałam – pierwszym był Polyjam. Jeden z maksymalną pompą, pulą nagród wynoszącą 250 tysięcy złotych i lokalizacją na trybunie Toru Wyścigów Konnych Służewiec. Drugi – skromny, przytulny, mieszczący się w średniej wielkości sali na warszawskiej Politechnice.

Ludzie przychodzący na jamy to raczej ten typ człowieka, który ceni sobie spokój. Nie szuka świateł reflektorów, blichtru i fajerwerków, a raczej – czystej ekscytacji wynikającej z możliwości stworzenia własnymi rękami czegoś fajnego wraz z innymi pasjonatami gier.

Ludzie przychodzący na jamy to raczej ten typ człowieka, który ceni sobie spokój.

Game Jam to ma być takie coś, że siedzisz sobie przy kompie w skarpetkach przez dwa dni bez prysznica, wcinając tłustą pizzę ociekającą serem i nie spuszczając wzroku z ekranu. Gdy minie 35-ta godzina bez snu i oczy zaczną się przymykać ze zmęczenia, wsadzasz sobie w nie zapałki. A jak się rozglądasz, widzisz kilkadziesiąt ludzi takich samych jak ty, pochłoniętych przekształcaniem wytworów swojej wrażliwości w linijki kodu.

Atmosfera Game Jam Square pasowała do tego typu imprezy jak pięść do nosa. Siedzieliśmy w gigantycznej sali z wysokim sklepieniem, z oknami przesłoniętymi czarnym płótnem blokującym całkowicie dostęp do normalnego światła – zamiast tego zęby podświetlał nam imprezowy ultrafiolet. Na jednym końcu pomieszczenia rozstawiono scenę pełną neonów, z wielkim ekranem, wyposażoną w ewidentnie bardzo drogie oświetlenie. Na niej, równolegle do jamu, toczyły się rozgrywki esportowe w CS:GO, sponsorowane przez Lotto.

Czym jest odpowiedzialność?

Pierwszego dnia wchodzę sobie na salę i po godzinie poszukiwań, gdy panika zaczyna lekko narastać, koniec końców udaje mi się znaleźć zespół. Po ogłoszeniu tematu, który brzmi dość enigmatycznie („Czym jest dla Ciebie odpowiedzialność?”) szybko dochodzimy do wniosku, że większość uczestników zdecyduje się na stworzenie gry kooperacyjnej. Godzinami debatujemy o tym, jaką właściwie grę chcemy zrobić. Pierwotny pomysł przechodzi przez szereg wszelkich możliwych przeobrażeń. Ni cholery nie możemy się dogadać – każdy ma inną ideę tego, o czym ma być ta gra, a dzielenie się koncepcjami prowadzi donikąd.

– No okej, brzmi niby okej – stwierdza kolega z zespołu, gdy sprzedaję mój cudowny plan z ostatniej chwili, a w jego oczach widać, że kompletnie nie brzmiało mu to okej. – Ale jak to się ma przekładać na rozgrywkę?

Zaczęliśmy realną pracę dopiero drugiego dnia po południu. W trakcie prac po sali przechadzało się co i raz jury, zaglądając ludziom przez ramię w momencie gdy ich projekty wyglądały jeszcze jak kupa.  W pewnym momencie projekty uczestników sprawdzał też premier. Obstawa ochroniarzy podążała za premierem wszędzie, więc czuliśmy się trochę jak na planie filmowym. Pan Morawiecki siadał przy monitorach, słuchał twórców, uśmiechając się bezradnie, po czym ruszał dalej. Przysiadł się i do nas, żeby wysłuchać mojego gadania na temat filozofii naszej gry.

Z wizytą premiera wiązały się jednak przede wszystkim bardzo prozaiczne kwestie. Ponieważ organizatorzy nie mieli widocznie gdzie ulokować ważnych osobistości, przeznaczyli do tego celu chill-room. Pomieszczenie zostało wyjęte z użytku – dostęp do wody, herbaty, foteli do odpoczynku i snu, został odcięty dla uczestników na dobre parę godzin.

Dziwna też sprawa była, gdy chciało się już pod koniec jamu iść do toalety. Każdy dostawał specjalną opaskę (pomimo że i tak już byliśmy wyposażeni w identyfikatory), żeby przejść do innej części budynku, w której równolegle akurat miało miejsce otwarcie sezonu wyścigów konnych. Organizatorzy podkreślali ważność owej opaski i aż się zaczęłam zastanawiać, czy byliby w stanie nie wpuścić kogoś z powrotem, gdyby tę opaskę w jakiś sposób stracił…

Smak zwycięstwa (nie naszego)

Zbliżaliśmy się już do końca. Nasz zespół się w międzyczasie uszczuplił – z dwóch programistów pozostał jeden – i w minutach poprzedzających ostateczny deadline w pośpiechu kompilowaliśmy z naszej gry krótki materiał wideo. Potem, gdy całe napięcie zeszło i nic już nie dało się więcej zrobić, słuchaliśmy wywiadu poprzedzającego ogłoszenie zwycięzców. Na temat poszczególnych kategorii nagród wypowiadali się Rock i Rojo, rzucając na przykład stwierdzeniami typu, że nie bardzo wiedzą, jak wygląda robienie gier multiplayer, ale podejrzewają, że jest o wiele trudniejsze niż praca nad grami singlowymi. No super.

Godzina 13. Nagrody. Na scenę wychodzi pan prezenter. Pod sceną siedzą jamerzy, którzy przetrwali. Mikołaj Pawłowski, przewodniczący jury (i CEO Juggler Games), ogłasza po kolei wygrane gry. Skrępowani zwycięzcy są zapraszani na scenę i zmuszani do prowadzenia nieco niezręcznego dialogu z prezenterem. Niektóre tytuły wywoływały autentyczne zaciekawienie i entuzjazm, inne – śmiech, jak na przykład cudownie komiczna gra o stereotypowym Polaku, który między innymi dowiaduje się, że będzie miał dziecko i w związku z tym ucieka od odpowiedzialności. Tak, gameplay polega też na tym, że żona i mąż odbijają sobie nawzajem dziecko.

Swoją drogą gra, która wygrała, wygląda naprawdę super. Zrobiły ją tylko dwie osoby! Nazywa się Honey Beats.

Piniondze

Skala pieniędzy przeznaczonych na samych zwycięzców robiła wrażenie. Pula nagród turnieju esportowego w CS:GO finansowanego przez Lotto wynosiła 70 tysięcy złotych, ale i kwota za najlepsze gry była zawrotna. Za główne miejsce zwycięzcy zdobyli 60 tysięcy złotych brutto. Za drugie i trzecie – po 15 tysięcy. Trzecie miejsce wyjątkowo długo stało na scenie bez żadnego czeku i w tamtym momencie zaczynałam bardzo realnie podejrzewać, że właśnie nie dostali nic. Wręczono też sześć nagród w oddzielnych kategoriach, za które zwycięskie zespoły otrzymywały po 5 tysięcy złotych.

Mój kolega nazwał Game Jam Square „najgorszym jamem, na jakim był” (a w jamach bierze udział regularnie) i zwierzył mi się, że czuł się jak małpka w cyrku. Zauważył też z żalem, że przedstawiciele mediów dostawali od organizatorów torby z fantami, a już jamerzy nie. Dla nas (byłam tam jako uczestnik jamu, nie dziennikarz) były kubki i koce, ale to od Lotto, które współfinansowało event. I faktycznie, też odniosłam wrażenie, że uczestnicy zdawali się być tam przede wszystkim po to, żeby stanowić dobre tło medialne, mające na celu wzmocnienie pewnego przekazu. Nie miało się poczucia, że to impreza dla nas – byliśmy tam, żeby spełnić marketingową funkcję. Najzabawniejszą i najbardziej trafną metaforą wydarzenia jest zdjęcie przedstawiające premiera spoglądającego z góry, z dystansu, na skupionych na pracy uczestników.

Nie zmienia to faktu, że jamy są super. Zachęcam do udziału, zwłaszcza, że często za wstęp nie trzeba płacić. I mogę sobie na Game Jam Square narzekać, ale i tak moich wspomnień, nowych znajomości, które zawiązałam, czy niesamowitej, kreatywnej radości, jakiej się doznaje tworząc coś tak ekstra jak działającą grę, z czymś, co tam się rusza, skacze, robi rzeczy, które urodziły się w twojej własnej głowie – tego nikt mi, że tak powiem, nie zabierze. Gorąco polecam jamy. Game Jam Square też, bo podobno za rok też wróci, ale z przymrużeniem oka na pewne jego organizacyjne decyzje i otoczkę.

5
Dodaj komentarz

Zaloguj się by skomentować
4 Komentarze
1 Odpowiedzi
5 Obserwujący
 
Najpopularniejszy komentarz
Najpopularniejsza dyskusja
  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Simplex
Użytkownik

Ta gra Uniki to samo życie. Powinna wygrać. To powinien być nasz towar eksportowy. My grą Uniki otwieramy oczy niedowiarkom i to nie jest nasze ostatnie słowo!

znubi
Użytkownik

szuka pieniążków dla narodu wybranego

gsg
Użytkownik

Fajny materiał, mam nadzieję, że będzie nam kiedyś przeczytać relację z dżemu, którego atmosfera bardziej skupia się na twórcach (niekoniecznie stawiając ich w świetle reflektorów), choćby wydarzenie miało być dziesięć razy mniejsze 🙂

Bartosz Witoszka
Użytkownik

“Na temat poszczególnych kategorii nagród wypowiadali się Rock i Rojo” – o kuhwa, to widzę, że prawdziwi “eksperci” w sprawie gamedevu.

I tak, Siplex ma rację, Uniki to gra, na którą nie zasługujemy 😀

No i bardzo fajny materiał Ci wyszedł. Kim byłaś w zespole? Grafik czy, jak to na jamach bywa, każdym po trochu?