Zmien skórke
Logo Polygamii

RecenzjeFlower – recenzja

O czym może marzyć zaniedbany kwiatek, stojący na parapecie okna? Pytanie dość abstrakcyjne (podlaliście dziś swoje roślinki?), tym bardziej, że …

Facebook Twitter Google Wykop

O czym może marzyć zaniedbany kwiatek, stojący na parapecie okna? Pytanie dość abstrakcyjne (podlaliście dziś swoje roślinki?), tym bardziej, że padające w recenzji gry wideo. Z drugiej strony patrząc, wcale nie jest to pytanie głupie, czy naiwne. Daje chętnemu do poszukania odpowiedzi, całkiem spore pole do popisu. ThatGameCompany, postanowiło spróbować swoich sił.

To studio jest odpowiedzialne również za inną grę z PlayStation Network – Flow i choć nie chciałbym zbyt dużo pisać tu właśnie o niej, to jednak warto zaznaczyć, że obie gry dzieli klimatyczna przepaść i to nawet pomimo dość podobnej mechaniki – sterowania za pomocą wychyleń pada, pożerania/dołączania kolejnych elementów i podobnie zorganizowanego menu tytułowego, a właściwie jego braku…


Autorzy gry nie byli zbyt wylewni w wywiadach, ciągle powtarzali te same formułki, z rzadka jedynie sygnalizując jakiś pomysł, który zostanie w grze wykorzystany. Przyznam, że na początku mojej przygody z Flower, nie do końca to rozumiałem.
Pierwszy poziom to łąka, która jednak posiada kilka zaniedbanych fragmentów, a rolą gracza będzie przywrócić je do życia. Ale jak to zrobić sterując pojedynczym płatkiem z kwiatka? Oj, przecież sami wiecie, że w snach wszystko jest możliwe…
Wychylając pada podlatuję w pobliże zamkniętego kwiatu, który przy kontakcie otwiera się, uwalniając zarodniki, kolejny płatek i specyficzny dźwięk (jednak do tego tematu wrócimy nieco później). Czynność tę powtarzam kilkukrotnie. Po paru chwilach kolorowy warkocz ciągnących się za mną płatków robi się naprawdę długi, a ja odczuwam ochotę na nieco szaleństwa. Wzlatuję więc wyżej i rozpoczynam beztroskie harce, wspomagane jeszcze podmuchem wiatru, który przywołuję przez wciśnięcie dowolnego przycisku. Po kilku chwilach euforii, czas jednak wrócić do łąki, w końcu sama się nie uzdrowi.
Tak mniej więcej wyglądały moje pierwsze chwile z Flower. Następne zresztą też, bo schemat rozgrywki jest stały, aczkolwiek drobnych urozmaiceń w kolejnych planszach nie brakuje, więc nie musicie się bać, że od początku do końca, wszystko będzie takie samo. Co to, to nie…
W przypadku recenzji gier dziwnych, spoza kanonu, autorzy często używają formułki o tym, że może nie jest to pełnoprawna pozycja, ale znakomicie relaksuje po ciężkim dniu. Po dwóch pierwszych planszach byłem gotowy również się pod nią podpiąć, dodając jeszcze coś o interaktywnym wygaszaczu ekranu. Po ukończeniu całości, wciąż jestem gotów przyznać, że powyższy banałek nie jest zbyt daleki od prawdy, ale wiem już, że trzeba go nieco uzupełnić.


Co do relaksu, to nie ma dwóch zdań – Flower jest najbardziej relaksującym kawałkiem kodu, jaki odpaliłem na konsolach obecnej generacji i basta! Po części jest to oczywiście zasługą bajecznej oprawy.
Graficy nie poszli w stronę realizmu – łąki, kaniony i inne tereny, które odwiedzimy w snach roślinek trudno nawet uznać, za powalające ilością detali. To nie o to tu chodzi. W pierwszych chwilach wrażenie robi rozstępująca się przed naszym „bukietem” wysoka trawa, która pokrywa właściwie cały teren, aż po sam horyzont. Efekt „ożywiania” wyschniętych placów łąki również jest niczego sobie. I tak po kolei, co plansza, to nowe elementy przykuwają nasz wzrok.
Na początku grafikę Flower chciałem porównać do tej z Shadow of the Collosus (pomijając kwestie rozdzielczości!), gdyż swoją niesamowitą plastycznością i widoczkami rodem z pocztówek buduje podobny klimat wielkiej, bajkowej krainy. Tylko atmosfera jakby inna. W produkcji ThatGameCompany najcelniej opisuje ją przymiotnik kojąca.
Oprawa to jednak nie tylko grafika, ale i dźwięk. W trakcie zwykłego lotu towarzyszy nam przyjemna, wpadająca w ucho muzyka instrumentalna z gatunku odprężających. Jednak jeśli akurat mamy taką ochotę, to nic nie stoi na przeszkodzie, by nieco podkręcić tempo. Wspomniane przeze mnie wcześniej podmuchy wiatru dają naszym płatkom solidną dopałkę, co dla muzyki jest ważne dwojako. Przede wszystkim wraz ze zwiększonym tempem lotu melodia nieco przyspiesza. Do pompujących adrenalinę beatów wciąż daleko, ale w połączeniu z dźwiękami, jakie wydają różne rodzaje kwiatów, przy ich otwieraniu można powiedzieć, że mamy tu do czynienia z popularnym ostatnio elementem tworzenia muzyki przez gracza. Wolno snując się między kolejnymi kwiatkami uzyskamy delikatną melodię, urozmaicaną od czasu do czasu dźwiękiem skrzypiec, gitary akustycznej czy fletu. Gdy, pchani wiatrem, będziemy hurtowo zgarniali płatki z roślin ciasno ułożonych w wąwozie, efektem będzie bardziej dynamiczna muzyka. Świetnie zrealizowano również dźwięki otoczenia, a to ważne w podobnych tytułach.
Kończąc jeszcze temat relaksu, koniecznie trzeba dodać, że we Flower nie da się zginąć. Nie powinno to dziwić (w końcu ile razy uśmiercamy się w naszych, własnych fantazjach), ale warto również dodać, że w zasadzie przez 99% gry nie musimy obawiać się niczego. To kolejna zmiana w stosunku do Flow, gdzie jednak większe stworki lepiej było omijać. Tu możecie rozsmarować się na kanapie, w najdziwniejszej (ale podejrzanie wygodnej…) pozycji i chłonąć bijące z ekranu rozprężenie. Sielanka trwa jednak do czasu.
Przyznałem się już, że po pierwszych etapach gotów byłem wrzucić Flower do woreczka z wygaszaczami ekranu, a całą gadkę o marzeniach kwiatków potraktować jako dość oryginalny pomysł na usprawiedliwienie latania nad łąkami. Druga część gry przekonała mnie jednak, że lepiej tego nie robić.


Flower oferuje nam 6 plansz (no, 7, jeśli liczyć z creditsami) i o ile pierwsza połowa, to właśnie sielanka, łąka i zabawa z wiatrakami (dosłownie), to później sytuacja nieco się zmienia. Gra nie jest długa – można zaliczyć ją spokojnie w jeden wieczór, dlatego w tym tekście staram się nie wychodzić poza pierwszy poziom i zostawiam kilka niedopowiedzeń. Naprawdę warto, żebyście dalej myśleli, że cała gra jest taka, jak początkowa łąka. Powiem tylko tyle – Flower ma fabułę. Może nie do końca oczywistą, ale pamiętajcie o marzeniach kwiatka, mam nadzieję, że Flower zaskoczy Was tak samo mocno, jak mnie.
Czy gra ma wady? Szczerze mówiąc, to nic nie przychodzi mi do głowy. Niektórzy mogą podciągnąć pod tę kategorię jej długość, ale wydaje mi się, że cena – 29zł – nie jest jakoś specjalnie wygórowana. Zwłaszcza, że Flower odpalicie nie tylko raz, żeby przejść. Zawsze są jeszcze trofea (choć moja wersja ich nie posiada, więc nie wiem, jak trudne) i niesamowita siła, z jaką ta gra oddziałuje na gracza. Jej atmosfera nie wciąga, odwrotnie – ona wylewa się z ekranu i sprawia, że nie mamy ochoty kończyć zabawy. Musowy zakup dla miłośników “inności”, ale i pozostali powinni dać mu szansę. W końcu świetnie sprawuje się w roli interaktywnego wygaszacza ekranu! Taki żarcik na koniec…

Dodaj komentarz

Zaloguj się by skomentować
  Subskrybuj  
Powiadom o