Zmien skórke
Logo Polygamii

ZapowiedziDying Light: Bad Blood – wrażenia z wczesnego dostępu. Batte Royale? Mam i ja!

Bad Blood to battle royale szalenie oryginalne. A jednak wydawca nieco przecenił siłę przebicia marki…

Facebook Twitter Google Wykop

Jak by nie krytykować PUBG-a, jest to produkcja pod wpływem której każdy wydawca zapragnął mieć swojego reprezentanta tego „nowego” trendu w shooterach. W nowym Call of Duty taka formuła zabawy z marszu zastąpiła kampanię fabularną, a trafi też przecież do Battlefielda 5 czy polskiego World War 3. Gracze zakochali się w formule wielkiego meczu polegającego na wybijaniu przeciwników aż nie pozostaniemy ostatni na placu boju. Polubili w nim nie tyle ciągłe fragowanie, co bezustanną walkę o przeżycie, czasami wręcz ukrywanie się do momentu, aż na polu walki pozostanie garstka wrogów. Garstka z liczby oscylującej zwykle wokół 100 graczy. Pomysł chwycił na tyle, że powodzią identycznych gier różniących się ewentualnie mapą można być już poważnie znudzonym…

Royale, ale nie Battle

Bad Blood jest przy tym wszystkim zaskakująco świeży. Zaryzykowałbym wręcz stwierdzenie, że jego jedyną cechą wspólną z reprezentowanym gatunkiem jest brak respawnów i słowo „Royale” w tytule. Ale już nie Battle, bo Techland dla podkreślenia jego indywidualnego charakteru ukuł hasło „Brutal Royale”.

Słowo bitwa byłoby tu zresztą mocno nieadekwatne, bo też dużo mniejsza jest przede wszystkim skala zabawy. W każdym meczu ściera się jednocześnie 12 graczy, podczas gdy normą w gatunku jest nawet 100 osób. Także sama mapa (choć spora) nie przeraża rozmiarami. To jedna, większa dzielnica miasta i trochę terenów zielonych. Także w przeciwieństwie do typowego przedstawiciela gatunku, nie przerażają nas tu otwarte przestrzenie. Choć w świecie gry można odnaleźć broń palną, jest w praktyce dość rzadka i nie ma też zbyt wielkiego zasięgu. Łuk to już szczyt marzeń, choć czasami trafi się też granat.

Zaskakująco świeże battle royale.

W odróżnieniu od typowego przedstawiciela gatunku battle royale nie jesteśmy też zmuszeni chować się po kątach, by nie wystawiać głowy na ostrzał. Najczęściej najgorsze, co nas spotka, to atak pałką w głowę. To gra bardziej kontaktowa, w której patrzymy ofierze w twarz przed zadaniem ostatecznego ciosu. Albo i sami spoglądamy w oczy śmierci, jeżeli słabo zarządzamy stanowiącą podstawę zabawy staminą. Tej oczywiście nie wystarczy, żeby zaklikać przeciwnika serią ciosów na jednym wdechu. Możemy się przed nim jednak bronić nie tylko własnym kijaszkiem, ale też ucieczką. Mechanika poruszania się to dokładnie to samo, za co pokochaliśmy pierwowzór. Zaryzykowałbym wprawdzie stwierdzenie, że Harran był nieco bardziej atrakcyjny jeżeli chodzi o miejsca do biegania, niemniej nie jest źle.

Szczątki trupiego mózgu

Sama gra została złożona przy tym z tych samych puzzli co oryginalne Dying Light. Do tego stopnia, że z pierwowzoru przeniesiono nie tylko bardzo dobrą mechanikę ruchu, ale i zombiaki czy nawet drobne upgrady broni, znajdywane w świecie gry. Crafting to jednak nic skomplikowanego, ot wybieramy modyfikację jak przedmiot w menu i jednym przyciskiem używamy go. O wiele ciekawszy jest temat nieumarłych, z którymi wiąże się kolejne odstępstwo od reguł. Wygrać można bowiem nie tylko poprzez wybicie konkurencji, ale też dzięki pozyskiwaniu próbek wirusa z zombie.

Robi się to bardzo prosto. Trzeba znaleźć grupkę sterowanych przez AI amatorów ciała szarego, oćwiczyć ich przy pomocy broni wszelakiej, a następnie niczym Little Sister z Bioshocka wyssać im krew przez strzykawkę. Czasami sprawę skomplikuje też jakiś miniboss, ogólnie bestiariusz to ponownie kopia oryginalnego Dying Lighta. Ulice nie są przy tym przesadnie przez nieumarłych zatłoczone – mogłoby ich być trochę więcej. Po zdobyciu próbek w określonym miejscu mapy pojawia się helikopter, który pozwala uciec – a więc i wygrać. Problem polega jednak na tym, że jest tylko jeden bilet do wolności. Helikopter podobnie jak klasyczne zmniejszanie mapy powoduje, że pozostali gracze zbierają się w jednym miejscu i dążą do ostatecznej konfrontacji. Próbki zawsze można bowiem ukraść.

Techland niestety nieco się przeliczył…

Taka formuła jest fajna, bo sprawia, że nawet mniej zaawansowani gracze mają szansę zdobyć trochę doświadczenia, by skorzystać ze sklepu z wizualnymi modyfikacjami. Daje to też nowe opcje taktyczne, mianowicie żerowanie na cudzym wysiłku. W praktyce możemy, ponownie jak to w battle royale, skryć się w jakimś mało uczęszczanym kącie i ruszyć do boju w momencie, gdy zacznie się najlepsze. Zwłaszcza, że punktami doświadczenia płaci się tu graczom nie tylko za osiągnięcie wysokiego miejsca, ale ogólnie za czas, przez który utrzymamy się przy życiu.

Choć do gry podchodziłem z nastawieniem, że po prostu trzeba to ogarnąć do tekstu, bawiłem się o dziwo przy Bad Blood naprawdę świetnie. Twórcy wymyślili grę posiadającą mnóstwo własnego charakteru i potrafiącą wciągnąć. Emocje przy sprintowaniu do helikoptera i oglądanie się czy nikt nas nie goni to naprawdę świetna sprawa. Radość z obcowania z grą umniejszają jednak dość spore problemy z serwerami gry. Produkcja lubi czasami wywalić nas z rozgrywki tuż po odczekaniu z dwóch minut w interaktywnym lobby i skompletowaniu wymaganej liczby graczy. Podejrzewam, że to bardziej kwestia ich konfiguracji, bo jak już uda się do gry dołączyć, to rozgrywka jest generalnie płynna i pozbawiona lagów.

Kwestia zainteresowania

Problemem Bad Blood jest też to, że na możliwość zagrania czeka się czasami dość długo. Pomimo tego, że przecież do zabawy potrzebne jest zaledwie 12 osób… To wszystko wina tego, że gra Techlandu nie przyciągnęła tłumów. Mówi się nawet o maksymalnie setce aktywnych jednocześnie graczy. Co nie oznacza, że równie źle będzie wyglądać to po premierze… chociaż nie jest to wykluczone. Słabe wyniki produkcji wynikają najpewniej z kiepskiego modelu biznesowego, jaki wybrał wydawca. Choć po opuszczeniu przez Bad Blood wczesnego dostępu będzie to free to play, obecnie dostęp do gry wymaga wykupienia kosztującego 60 złotych Founder’s Packa. Który tak naprawdę niewiele daje poza może satysfakcją z wsparcia rodzimego rynku gier video i jakimiś skórkami po premierze.

Warto zagrać, ale w momencie gdy będzie darmowe. Kupowanie Founders Packa się nie kalkuluje.

To rzecz, którą wydawca powinien mocno przemyśleć, jeżeli chce utrzymać zainteresowanie projektem do premiery. Na podobnym pomyśle wyłożyli się już przecież więksi gracze… Żeby daleko nie szukać, przypomnijmy anulowane Nosgoth (sieciówka w uniwersum Legacy of Kain) również wymagające wsparcia projektu czy najnowszy Quake, którego twórcy przyspieszyli przejście na free 2 play dla utrzymania zainteresowania. Bad Blood zaszkodziła też przy okazji właśnie zapowiedziana podczas E3 druga część oryginału, przy której pracuje sam Chris Avellone.

Serce mi zatem pęka, bo choć przy Bad Blood bawiłem się naprawdę dobrze, na razie nijak nie mogę polecić wam sięgnięcia po powoli umierającą grę. Umierającą, ale wciąż możliwą do ocalenia, jeżeli tylko cele wczesnego dostępu zostaną przedefiniowane. Czas działa przy tym na niekorzyść twórców, bo im bliżej będzie premiery Dying Lighta 2, tym bardziej ta ważniejsza odsłona serii będzie kraść temu bardzo dobremu Brutal Royale show… Drogi Techlandzie, nie lepiej byłoby obie te inicjatywy jakoś rozsądnie ze sobą połączyć?

Dodaj komentarz

Zaloguj się by skomentować
  Subskrybuj  
Powiadom o