Zmien skórke
Logo Polygamii

PublicystykaDobra kreska #27. Jej lesbijskie doświadczenia w walce z samotnością

A także porno o Cthulhu, biografia Artemizji i komiks o mózgu

Facebook Twitter Google Wykop

Jeżeli mielibyście kupić w maju tylko jeden komiks, niech będzie to album „Moje lesbijskie doświadczenia w walce z samotnością” autorstwa Nagaty Kabi (wyd. Studio JG, tłum. S. Manasterska).

Okładka może sugerować, że macie do czynienia z lesbijskim soft-hentai. Ale w rzeczywistości komiks Kabi to autobiograficzne wyznanie osoby cierpiącej na depresję i – wynikające z niej – poważne fobie społeczne. Tytułowe „lesbijskie doświadczenia w walce z samotnością” to moment, w którym Kabi po wielu latach izolowania się od świata i pogrążania w samotności, podejmuje próbę „wyjścia do ludzi”. Czyli skontaktowania się z agencją towarzyską dla lesbijek i umówienia na spotkanie z jedną z pracujących tam kobiet. I choć mogłoby się wydawać, że radzenie sobie z samotnością na płatnych spotkaniach w hotelu miłości to nienajlepsza metoda, na niemal 150 stronach swojej powieści graficznej Kabi bardzo przekonująco tłumaczy, dlaczego wybrała właśnie tę ścieżkę.

Jej lesbijskie doświadczenia w walce z samotnością (wyd. Studio JG, tłum. S. Manasterska)

Największą siłą „Mojego lesbijskiego doświadczenia w walce z samotnością” jest możliwość zrozumienia drugiego człowieka z całym jego skomplikowaniem i odmiennym bagażem doświadczeń. Kabi drobiazgowo relacjonuje swoje stany emocjonalne. Tłumaczy lęki, przedstawia sposób myślenia i postrzegania świata osoby zmagającej się z depresją. Niuansuje, nie udając jednocześnie, że dysponuje wszystkimi odpowiedziami. Zmusza do przyjęcia innej perspektywy.

Dzięki temu czytelnik nawet tak odmienny od Kabi, jak ja (biały, heteroseksualny mężczyzna w średnim wieku wychowany w zupełnie innej kulturze, na drugim końcu świata) jest w stanie z nią empatyzować. A możliwość zrozumienia Innego to jedna z największych zalet każdej sztuki.

Nie bez znaczenia jest fakt, że Kabi jest niezwykle sprawną opowiadaczką, mającą mnóstwo dystansu do samej siebie. W komiksie manifestuje się on przede wszystkim w warstwie rysunkowej – utrzymanej w uroczej, kawaii stylistyce, pełnej slapstickowego humoru, zabawnych min i metakomentarzy.

Kabi jednocześnie bezlitośnie się odsłania (pisze chociażby o fantazjach seksualnych na temat własnej matki), prosi o zrozumienie i wyśmiewa własne lęki. A napięcie pomiędzy poważną tematyką, a lekkim sposobem obrazowania wybija czytelnika ze strefy komfortu i zmusza do myślenia.

Uczciwie ostrzegam jednak, że komiks będzie rozczarowaniem dla czytelników, którzy – widząc okładkę – spodziewają się „momentów”. Na 150 stronach przedstawione są dwa zbliżenia, ale naprawdę trudno nazwać je pornografią czy chociażby erotyką. Komiks może być też nieodpowiedni dla czytelników młodszych niż 15-16 lat. Nie zobaczą w nim niczego zdrożnego, ale wielu rzeczy mogą po prostu nie zrozumieć.

Drugim długooczekiwanym komiksem ukazującym się w końcu na polskim rynku jest  „Neonomicon” autorstwa legendarnego Alana Moore’a (scenariusz) i Jacena Burrowsa (rysunki). Wydana pierwotnie przez Avatar Press miniseria to uwspółcześniona fantazja na temat Lovecraftowskiej mitologii Cthulhu. Głównym wątkiem jest śledztwo prowadzone przez FBI w sprawie makabrycznych morderstw popełnianych według tego samego modus operandi przez osoby, które nie miały prawa się znać i wymieniać doświadczeniami. W pierwszym zeszycie obserwujemy losy agenta specjalnego Aldo Saxa, twórcę „teorii anomalii” oddelegowanego do infiltracji podejrzanego klubu. Później akcja skacze kilka lat do przodu, a w centrum stają dwaj inni śledczy (choć Sax wciąż jest postacią drugoplanową) – zmagająca się z uzależnieniem od seksu agentka Merril Brears i jej partner Gordon Lumper.

Moore robi w „Neonomiconie” dokładnie to z czego jest najlepiej znany (zobacz: „Liga Niezwykłych Dżentelmenów” i „Zagubione dziewczęta”). Uważnie wczytuje się w ważne dzieła innych autorów, a następnie próbuje ukazać je z nowej perspektywy i wyciągnąć znaczenia, które innym mogły umknąć. W przypadku Lovecrafta Moore’a fascynują domniemane podteksty seksualne.

Neonomicon (wyd. Egmont Polska Sp. z o.o.)

Choć twórczość autora „Zewu Cthulhu” jest w zasadzie pozbawiona wątków erotycznych czy nawet postaci kobiecych, Moore dostrzega w niej pulsujące pod powierzchnią seksualne żądze. Fascynacja oślizgłymi potworami, wszechobecne macki, spaczone stosunki władzy, ciągły lęk przez ohydą i jednoczesne próby szokowania tą ohydą – Brytyjczyka wszystkie te wątki kierują w stronę seksu. Bohaterowie „Neonomicon” mówią o tym zresztą wprost (bo nie jest to utwór, bawiący się w niedopowiedzenia), a komiks w pewnym momencie skręca w kierunku oślizgłego, niepokojącego porno z makabrycznymi scenami orgii, gwałtów i quasi-zoofilii.

Neonomicon (wyd. Egmont Polska Sp. z o.o.)

Jeżeli któryś z tych tematów budzi w tobie niepokój, to „Neonomicon” najprawdopodobniej nie jest komiksem dla ciebie. Moore i Jacena nie bawią się w subtelności i niespecjalnie przejmują dobrym samopoczuciem czytelnika. Osobiście rozumiem tę strategię, ale bądźcie ostrzeżeni.

Inna sprawa, że nawet dla czytelników, których nie odstraszą sceny przemocy i gwałtów „Neonomicon” może być nieco zbyt głęboko zanurzony w twórczości Samotnika z Providence. W pewnym momencie Merril mówi nawet, że ma wrażenie, iż bierze udział w „jednym wielkim hermetycznym dowcipie dla znawców literatury” i to najlepsze streszczenie całego komiksu. Moore i Jacena cytują Lovecrafta prawie na każdej stronie. Ukryte znaczenie mają tu teksty piosenek, postaci porozumiewają się fikcyjnym językiem wyznawców Cthulhu, a tytuły książek i opowiadań Lovecrafta i jego naśladowców cytowane są na każdym kroku.

Mnie osobiście to bawiło, ale czytałem Lovecrafta już w liceum, chętnie grałem w papierowego RPG „Zew Cthulhu”, a esej Michela Houellebecka „H. P. Lovecraft. Przeciw światu, przeciw życiu” pochłaniałem z wypiekami na twarzy i do dziś uważam za najlepszy kawałek prozy tego, skądinąd, bardzo przereklamowanego pisarza.

Jeżeli nie podzielacie mojej fascynacji, może się okazać, że „Neonomicon” będzie dla was tylko niespecjalnie wciągającą, przepełnioną przemocą porno-fantazją na temat „Z archiwum X” i seksu z rybo-ludźmi. I będziecie mieli rację. Bo koniec końców „Neonomicon” to – podobnie, jak twórczość Lovecrafta – popkulturowa pulpa żerująca na najniższych czytelniczych instynktach. Tyle tylko, że napisana przez naprawdę utalentowanego scenarzystę i zilustrowana przez wprawnego rzemieślnika.

Neonomicon (wyd. Egmont Polska Sp. z o.o.)

Komiks nieźle przetłumaczył Jacek Żuławnik, a przypisami opatrzył Mateusz Kopacz – można się z nich dowiedzieć, jak głęboko w prozie Lovecrafta i jego naśladowców grzebał Moore. Wydała go oficyna Egmont Polska, mająca w zapowiedziach także kolejne tomy cyklu – już w lipcu ukaże się „Providance” – oraz inny legendarny, wciąż niewydany w Polsce tytuł Alana Moore’a – „Promethea” (w zapowiedziach na maj/czerwiec).

Przyjrzałem się też dla was ofercie wydawnictwa Marginesy, wchodzącego na rynek komiksowy. Do tej pory ukazały się dwie powieści graficzne z logiem Marginesów – „Neurokomiks” Matteo Farinella i Hany Roš; i „Artemizja” Nathalie Ferlut i Tamii Baudouin. Pierwszy jest dość nieudaną próbą rysunkowego wykładu o pracy mózgu, drugi zaś to pięknie narysowana biografia najważniejszej malarki baroku.

Zacznijmy od „Neurokomiksu” (tłum. J. Konieczny). Farinelli i Roš – oboje ze stopniami naukowymi – na nieco ponad 130 stronach próbują wytłumaczyć czytelnikowi, jak działa ludzki mózg. W komiksie padają nazwiska znanych naukowców i mowa o takich rzeczach, jak modulatory, synapsy czy komórki ziarniste. Faktem jest, że można się z niego co nieco nauczyć.

Mój problem z tym tytułem polega nie na jego zawartości merytorycznej, a sposobie, w jaki zostaje ona podana. Wyraźnie widać, że Farinelli i Roš inspirowali się słynnym serialem „Było sobie życie” wyreżyserowanym przez Alberta Barillé’a. Zdaje się jednak, że nie do końca zrozumieli, na czym polegało mistrzostwo tamtej produkcji.

Neurokomiks (wyd. Marginesy)

„Neurokomiksowi” brakuje jakiegokolwiek dramatyzmu. Główny bohater – podróżujący przez mózg facet – nie ma osobowości, a jego zachowaniom brak motywacji. Ot, wpada do kolejnych obszarów mózgu, w których gadające głowy tłumaczą, co i jak, a następnie wypychają go dalej. Brak wciągającej fabuły i bohaterów, których losem warto by się przejmować, spowodował, że album czytałem z narastającym znużeniem, przebiegając pobieżnie po niezbyt wnikliwych wyjaśnieniach. Ze świadomością, że gdybym chciał dowiedzieć się czegoś więcej o mózgu, zrobiłbym lepiej czytając wnikliwe artykuły i książki. Rozczarowanie.

Neurokomiks (wyd. Marginesy)

Dużo lepszym komiksem jest „Artemizja” (tłum. O. Mysłowska). To dość podręcznikowo zrealizowana biografia, której bohaterowie rozmawiają o życiu tytułowej malarki, towarzysząc jej w podróży do Londynu. Gdzie uznana już i szanowana Artemizja Gentileschi ma się pojednać z ojcem, także cenionym artystą. Narracyjnie jest to więc ciąg krótkich scenek obyczajowych przetykanych obszernymi retrospekcjami, przybliżającymi najważniejsze momenty życia Artemizji.

Artemizja (wyd. Marginesy)

Tworząca w XVII wieku Artemizja przez całe życie musiała walczyć o uznanie w zdominowanym przez mężczyzn świecie malarstwa. Co więcej, przez niemal rok była wykorzystywana seksualnie przez nauczyciela – także cenionego malarza – i choć mu się przeciwstawiała, nie mogła z tego „związku” uciec. Ten wątek jest najważniejszym w albumie i autorkom udaje się wytłumaczyć w nim, jak skomplikowana była sytuacja Artemizji, jednocześnie nie obarczając jej winą za gwałty, których ofiarą padała. Później historia traci tempo, ale cieszę się, że autorki nie chciały streszczać całego życia bohaterki w jego najbardziej traumatycznym okresie – byłoby to bowiem swego rodzaju pośmiertne zwycięstwo cięmiężyciela.

Artemizja (wyd. Marginesy)

Jeżeli miałbym się czegoś w „Artemizji” przyczepić, to brakowało mi odrobinę wnikliwszego wejrzenia w sztukę tytułowej bohaterki. Dzieje się ona niejako na marginesie opowieści o życiu, a jedynym bardziej zniuansowanym wątkiem artystycznym jest wyjaśnienie gniewu i pesymizmu ukrywającego się w pracach artystki. Nic o pasji. Niewiele o innych motywach w twórczości.

Jeszcze w maju Marginesy wydadzą albumy „Audubon” Fabiena Grolleau i Jérémiego Royera (o słynnym amerykańskim ornitologu) i „Tetris” Boxa Browna (o Tetrisie, duh). O tym drugim na pewno jeszcze na łamach Polygamii wspomnę.

Doom Pipe (wyd. Doom Pipe)

Kącik polski. W marcu ukazał się krótki zeszycik „Doom Pipe” autorstwa Tomasza Kaczkowskiego i Bartosza „Henryka” Glazy. To pierwsza część serii, na łamach której autorzy chcą publikować krótkie komiksy „spod znaku grozy i czarnego humoru”. Zeszyt zawiera dwa opowiadanka.

Pierwsza miniatura – „Wymiana”, scen. i rys. Henryk – to ciekawa wariacja na temat słynnej przypowieści o Robercie Leroyu Johnsonie, amerykańskim bluesmanie. Legenda mówi, że w zamian za talent Johnson sprzedał duszę spotkanemu na rozdrożu diabłu (więcej o muzyku możecie się dowiedzieć z przepięknego, wydanego przez Kulturę Gniewu albumu „Love in Vain” autorstwa Mezzo i J. M. Duponta). Henryk przenosi tę opowieść w bardziej znajome regiony i dodaje współczesne rekwizyty (diabeł żąda smortfona). Jest melancholijnie. Puenta wybrzmiewa. Graficznie ładnie, choć nie są to szczyty możliwości Henryka.

Drugie opowiadanko – „Płać!” scen. Henryk, rys. Kaczkowski – to osiedlowa ballada o pięknej, niedostępnej dziewczynie; jej zaborczym ojcu; i zakochanym łobuzie, który posuwa się za daleko. Podobają mi się rysunki Kaczkowskiego i język Henryka, ale finał mi nie siadł. Zbyt otwarcie horrorowy, nie pozostawiający przestrzeni do interpretacji.

Usagi Yojimbo (wyd. Egmont Polska)

PS Miesiąc temu zachęcałem do pójścia na spotkanie ze Stanem Sakai (ktoś był? jak było?), a w tym miesiącu daję znać, że flagowa seria tego autora – „Usagi Yojimbo” doczekała się wznowienia z prawdziwego zdarzenia. Wydawane przez Egmont tomy z podtytułem „Saga”, liczą sobie ponad 600 stron i zawierają po trzy samodzielne albumy (często zawierające także krótsze opowiadania). Tomy pierwszy i drugi są już na rynku. Wiec jeżeli nie mieliście wcześniej do czynienia z tym doskonałym cyklem, a świetnie zresearchowana, sprawnie opowiedziana historia o króliku-samuraju wędrującym przez feudalną Japonię, brzmi dla was ciekawie, to… lepszej okazji już pewnie nie będzie.

2
Dodaj komentarz

Zaloguj się by skomentować
2 Komentarze
0 Odpowiedzi
1 Obserwujący
 
Najpopularniejszy komentarz
Najpopularniejsza dyskusja
  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
C.C. Stellar
Użytkownik

Czytałem “Moje lesbijskie doświadczenia…” – bardzo osobista i przez to tak wciągająca historia. Do tego realistycznie ukazująca problem z leczeniem depresji w Japonii. Fajnie, jakby wydano u nas kontynuację.

ded
Użytkownik

straszna szkoda, że Usagi Saga ma numerek 1, a tak naprawdę zaczyna się bodajże od tomiku 8. Ktoś coś może wie, czy kiedykolwiek doczekamy się reedycji wcześniejszych części? Czy to wynika z tego, że przed Dark Horse wydawcą był Fantagraphics?