Zmien skórke
Logo Polygamii

Co jest grane #2 - Karate 28 lat później, Bosman w formie i wataha zabójców

Kiedy co drugi serwis tydzień w tydzień desperacko próbuje wyciągnąć z was odpowiedź na pytanie “W co grałeś/aś!?”, ja idę w drugą stronę. Zamiast pytać – odpowiadam.  W tym odcinku jedna premiera i jedna staroć. Jeden zachwyt, dwa rozczarowania i jedno “fajnie, ale”. Zapraszam.

Dokopać, zakopać

Zacznijmy od świeżynki. No ok, prawie świeżynki, bo przecież Karateka jest ode mnie starsza o rok… Jordan Mechner postanowił jednak odświeżyć grę, od której zaczęła się jego kariera i wydać ją ponownie. Na konsole, PC i sprzęty mobilne. Póki co wylądowała tylko na Xboksie 360, który akurat jest dla niej nieszczególnie dobrym miejscem.

Za 800 MSP dostajemy krótką opowieść o ratowaniu księżniczki, uwięzionej w “zamku na prawym krańcu mapy”. Jedyne role do odegrania w tej przygodzie (oj, to zdecydowanie za duże słowo) mają przyciski B oraz X/Y (w zależności, czy przeciwników chcemy kopać czy bić pięścią – w sumie i tak nie ma to żadnego znaczenia). Rozgrywka nudzi po pięciu minutach, ostatniego bossa pokonujemy po pół godziny. Nie ma poziomów trudności, znajdziek, sekretów. Nie ma też po co do Karateki wracać. Jeśli jeszcze was nie zraziłem do pomysłu kupowania tej gry na Xboksie, to może uda się to poniższemu filmikowi.

Serio, jeśli koniecznie chcecie zobaczyć nowe szaty Karateki i jeszcze raz uratować Mariko, to poczekajcie na wersję z App Store. Powinna być tańsza.

Halo nie tylko dla Bosmanów

Moją grą tygodnia z pewnością było Halo 4, które zaliczyłem z Qbarem w dwa dłuższe wieczory. On jest wielkim fanem serii, ja w zasadzie jestem w tej kwestii obojętny. Pamiętam genialną jedynkę, która udowodniła, że FPS-y nie muszą omijać konsol. Pamiętam czteroosobowego coopa w trójce, zbieranie czaszek, różnorodną rozgrywkę i powtarzanie plansz po milion razy na Legendary. I to by chyba było na tyle, jeśli idzie o moje warte wspomnienia emocje związane z serią. I nawet takiego mnie, lubiącego podśmiechiwać się z nadęcia wszystkiego, w czym pojawia się Mistrz Szef, Halo 4 zauroczyło. Niedawno wynudziłem się przy Warfighterze, za kilka dni wskoczę na rollercoaster pt. Black Ops 2, a Halo okazało się idealną odtrutką na wąziutkie korytarze wypchane pozbawionym zdrowych odruchów mięsem armatnim.

Halo 4

To straszne, że w 2012 roku wciąż trzeba chwalić grę, w której wrogowie faktycznie sprawiają wrażenie, jakby wiedzieli, w co się wpakowali. To bardzo rzadka sytuacja. A przecież, kiedy zachowaniami przeciwników nie rządzą sztywne skrypty, każde podejście do danego fragmentu gry jest inne. Już pal licho to, że te śmieszne stworki naprawdę potrafią zajść za skórę, okrążając nas, gdy zbytnio ociągamy się z porzuceniem bezpiecznej kryjówki, unikając granatów czy skopując z pojazdów, gdy damy im szansę podejść bliżej. Dzięki dobrym algorytmom SI nawet powtarzanie kilka razy danego fragmentu nie wkurza – oni zachowują się inaczej, my inaczej reagujemy. Możemy wybrać inną broń, zajść przeciwników z innej strony, przerzedzić ich szeregi z daleka, snajperką, by potem wykończyć z karabinu… Dzięki otwartości aren i wyeliminowaniu spawnowania się kolejnych fal przeciwników (ok, jest kilka takich miejsc, ale w Halo to rzadkość, a w innych grach norma) na oczach gracza, każde starcie z większą liczbą przeciwników zmienia się trochę w wojenną piaskownicę, w której mamy sporą dowolność.

Sama historia to chyba typowa dla Halo opowieść. Pełna tajemnic, odniesień do mitologii świata i dialogów, z których trudno coś zrozumieć, jeśli nie jest się specem od tematu. Na plus wypadły role drugoplanowe, oczywiście ze szczególnym wskazaniem na Cortanę. Master Chief nie był już jedynym bohaterem, mającym cokolwiek do powiedzenia. I choć nie zawsze wiedziałem, o czym Cortana mówi, a kilka razy marzyłem o tym, by móc ją wyłączyć i spróbować uratować świat samemu, to rozłożenie fabularnych akcentów na dwójkę bohaterów dobrze zrobiło opowieści. Emocje na twarzy Sztucznej Inteligencji to zawsze coś więcej, niż próba odczytania, jakie miny w scenkach przerywnikowych stroi w swoim hełmie Chief. Dodajmy, że w scenkach wyglądających fenomenalnie.

W ogóle całe Halo 4 jest jedną z najładniejszych gier, w jakie grałem w tym roku i możliwość przyglądania się kolejnym planszom spokojnie można traktować tu jako jedną z nagród za zaliczenie poprzedniej misji. Zawiodłem się o dziwo na muzyce. Tak, tak – tej samej, którą chwaliłem w pierwszym CJG. Cóż, album jest genialny, ale w grze częściej przygrywają mniej przykuwające uwagę utwory i jakoś nie miałem przez nie ciarek.

Halo 4Halo 4

Podsumowując – od tej pory Halo 4 jest moją ulubioną częścią serii. A przede wszystkim po prostu świetną grą. By to docenić wcale nie trzeba być fanatykiem Chiefa i spółki. Jeśli macie Xboksa i lubicie strzelaniny, to ominięcie “czwórki” byłoby błędem.

Strzały znikąd

No chyba, że wolicie drugą wojnę światową i pojedynki snajperów, rodem z filmu “Wróg u bram”. Jeśli tak jest, to pewnie macie na półce pudełko ze Sniper Elite v2. Warto je z niej ściągnąć, bo gra wreszcie doczekała się multiplayera na konsolach. Aktualizacja jest darmowa, zawiera cztery tryby, w które możemy grać na sześciu mapach. Moje oczy ucieszyły się na widok opcji meczu. Możemy ustawić w nich poziom trudności strzałów, wybrać czy zabijać ma każde trafienie czy tylko headshot, ograniczyć arsenał tylko do snajperek i zmienić jeszcze kilka rzeczy.

Rozgrywka nie zaskakuje, bo niby czego spodziewać się po sieciowych bojach snajperów? Po kilku chwilach i znalezieniu odpowiedniego miejsca, gracze “zapuszczają korzenie” i zaczyna się wielkie polowanie na niecierpliwych. Kto się wychyli, ginie. Można oznaczać cele, więc gdy jeden z członków drużyny zaświeci nad przeciwnikiem pomarańczowy znacznik, lufy całej ekipy po chwili wypalą. Oprócz ruchu wypatruje się też odblasków światła od lunety przeciwnika. Te są trochę oszukane – widać je nawet z miejsc, z których teoretycznie nie powinny być widoczne.

Sniper Elite v2Sniper Elite v2

Niestety – aczkolwiek to też nie jest niespodzianka – zanim pobawimy się w szukanie przeciwników, musimy rozegrać dużo trudniejszą partię. Wyszukanie dostępnej gry to bowiem nie lada sztuka. Dołączyć do rozgrywki udało mi się dosłownie kilka razy. Wątpię by miało się to zmienić, bo na serwery zapraszają już Warfighter i Halo, a niedługo dołączy do nich Black Ops 2. Miło, że Rebellion dotrzymał słowa i dostaliśmy możliwość zabawy z innymi za darmo, ale mimo wszystko trwało to trochę za dłuuuuugo, by mogło się udać. Gdyby chociaż zmotywować graczy nowymi Osiągnięciami/Trofeami… Tych jednak zabrakło.

Wilki na polowaniu

Po stronie kiepskich pomysłów na sieciową rozgrywkę zapisuję też Watahę z Assassin’s Creed 3. Nigdy nie leżał mi multplayer w tej serii (swego czasu napisałem dlaczego). Ani to skradanka, ani sieczka, ot dostajemy cel, który mamy zabić tak, by zbyt wcześnie się nie zorientował. W grze, która nie ma krzty odpowiedniej mechaniki, rozgrywka zmienia się w parodię podchodów. Liczyłem jednak, ze skoro Ubi robi osobny tryb, zaprojektowany pod współpracę od dwóch do czterech graczy, to ma na niego pomysł.

Assassin's Creed 3Assassin’s Creed 3

Nie miało.

Liczyłem na zadania, w których faktycznie będziemy musieli ze sobą współpracować, by osiągnąć cel. Jasne, jeden asasyn kładzie w pojedynkę tysiące wrogów, ale takie misje można by obłożyć restrykcjami, które powstrzymywałyby graczy przed zbytnimi szaleństwami. Tymczasem nie dostaliśmy żadnych normalnych misji, Wataha jest raczej rodzajem treningu z botami, zanim będziemy gotowi do rywalizacji z żywymi graczami. Cała zabawa sprowadza się do człapania uliczkami nie do końca wyrenderowanego przez Animusa rejonu i wbijania ostrza we wskazane ofiary. Współpraca? Cóż, każdy z graczy ma inny cel, ale całe współdziałanie ogranicza się tu do zabicia ich mniej więcej równocześnie. Za to i za specjalne rodzaje zabójstw dostajemy bonusy punktowe. Gdy ciała upadną na ziemię, Animus losuje kolejne ofiary. I tak w kółko…

Assassin's Creed 3Assassin’s Creed 3

Jeśli podoba się wam multiplayer zapoczątkowany przez Assassin’s Creed: Brotherhood w Watasze znajdziecie tylko jego namiastkę, którą nie warto zaprzątać sobie głowy. Jeśli sieciowe podchody wam nie leżą i spodziewaliście się prawdziwego trybu kooperacji, a nie daj boże liczyliście na jakąś mini-kampanię fabularną, to z przykrością donoszę, że nic takiego w Assassin’s Creed 3 nie znajdziecie.

Samotne przygody Connora wciąż pozwalają mi twierdzić, że “trójka” jest najlepszą częścią serii. Więc gdy Tomek postuluje o zmianę fundamentów, mi do szczęścia wystarczy czwórka z równie ciekawymi postaciami i misjami, ale z dołożonym SENSOWNYM trybem kooperacji. Ubisoft wie, jak to się robi, więc nie rozumiem, czemu przy Assassinach idzie po linii najmniejszego oporu…

***

Na dziś to tyle. W przyszłym tygodniu w rozkładzie mam Call of Duty: Black Ops 2 i Spartan Opsy w Halo 4, ale nie tylko. Mam nadzieję, że uda mi się pograć też w 007 Legends i F1 Race Stars. Zbliżają się święta, więc czas pomyśleć o grze, którą będzie można odpalić gościom. Wyścigi kartów to zawsze dobry pomysł, a te mają w dodatku możliwość gry na ekranie podzielonym na cztery części. Sprawdźcie demo, ja to zrobiłem i zapragnąłem zapoznać się z grą bliżej.

Maciej Kowalik

Więcej na temat:

Dodaj komentarz

Zaloguj się by skomentować
  Subskrybuj  
Powiadom o

Popularne wpisy

Popularne Gry