Zmien skórke
Logo Polygamii

Blog - Gierkoteka

01.05.2019

Majówkę spędzam w terenie, pogoda nie sprzyja eksploracji świata realnego, zanurzam się więc w wirtualnej alternatywie. Przed wyjazdem poczyniłem przygotowania – wiedząc, że wezmę Switch’a wparowałem do sklepiku Nintendo i spontanicznie zakupiłem kilka produkcji. Widząc Toby: The Secret Mine, pomyślałem: okej, Limbo-klon, za 4 polskie złote, mogę spróbować. Oczywiście, nic nie da takiej satysfakcji i odczuć, jak obcowanie z oryginałem, ale mimo wszystko produkcja Lukasa Nevratila jest przynajmniej dobrym pomysłem na zabicie nudy, kiedy doskwiera nam nadmiar czasu.

Wybaczcie mi, że będę przyrównywał miejscami tę produkcję do wcześniej wspomnianego Limbo. Twórca nie kryje się swoimi inspiracjami, wspominając również o Badland, które to też serdecznie polecam wszystkim.

Pierwsza rzecz jaka rzuca się w oczy to oczywiście oprawa graficzna. Inspiracje jednym z najgłośniejszych indyków ostatnich lat są widoczne gołym okiem, ale trzeba przyznać, że gra nie przytłacza tak bardzo jak pierwowzór – pytanie czy to dobrze czy źle? Pobiegamy po polanie czy trafimy do tytułowej kopalni, ale przyjdzie nam też biegać w deszczu (i to wygląda świetnie) czy w śnieżycy (i to wygląda jeszcze lepiej). Limbo było szaro-bure, smutne, depresyjne. Tu jest znacznie bardziej kolorowo, więcej jest odcieni, a rysowane tła są miłe dla oka i przykuwają uwagę.

Skoro najbardziej rzucającą się w oczy (dosłownie i w przenośni) sprawę mamy za sobą, rzućmy okiem na inne aspekty tytułu: historię. Fabularnie, no cóż – sterujemy humanoidalną istotą, chłopcem, który wyrusza w podróż, by ocalić porwanych mieszkańców wioski. Ci, często sprytnie pochowani na planszach, siedzą sobie w klatkach i cierpliwie czekają, aż ich znajdziemy. Jednocześnie cały czas staramy się dogonić porywaczy, z którymi przyjdzie nam na koniec stoczyć całkiem ciekawą walkę. Nie lubię rzucać spojlerami, ale mówimy tu o indyku ze szczątkową fabułą, więc powiem tylko tyle: zakończenie tej krótkiej przygody zaskoczyło mnie. Tak, zaskoczyło, ale nie to żeby zaraz tak jakoś pozytywnie, nie. Po prostu urwało się, jak gdyby nigdy nic i poleciały napisy końcowe.

Tytułowy bohater potrafi skakać i aktywować przyciski, dźwignie i tak dalej. Skoki często są nieprecyzyjne, zdarzyło mi się kilka razy zawisnąć na skarpie, by chwilę później zginąć. Na szczęście respawn następuje szybko, a gra, choć ma trudniejsze momenty, jest bardzo wybaczająca. Same etapy są angażujące: niczym Indiana Jones wchodzimy w oświetlone miejsca i atakują nas strzały, albo – pozostając w temacie – będzie gonił nas olbrzymi głaz. W końcowych etapach przyjdzie nam na przykład lawirować, powiedzmy to sobie, dość ślamazarną postacią, pomiędzy laserami – trzeba więc precyzyjnie sterować małą istotą. Niby nic, czego już gdzieś tam nie widzieliśmy, ale wszystko jest poprawnie. Nie nudzi i nie ma prawa, bo jak wcześniej wspomniałem, produkcja jest krótka.

Toby: The Secret Mine bezsprzecznie inspiruje się Limbo i to jest okej. Czy miało aspiracje by być takim hitem? Pewnie nie. Jest po prostu poprawną grą, na jeden wieczór, miłą dla oka, niezbyt wymagającą. W sam raz na majówkę.

Komentuj
(2)
Facebook Twitter Google Wykop
Udostępnij

2
Dodaj komentarz

Zaloguj się by skomentować
1 Komentarze
1 Odpowiedzi
2 Obserwujący
 
Najpopularniejszy komentarz
Najpopularniejsza dyskusja
  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
vicek83
Użytkownik

Mnie zakończenie aż tak bardzo nie zaskoczyło. Historia znalazła swój finał i jest on przedstawiony w jasny sposób. Nie uważam, żeby dodatkowa animacja była w tym wypadku konieczna. Muszę natomiast powiedzieć, że ostatni fragment był dla mnie trudny do przejścia – to już nie ten refleks, co kiedyś 😉