Zmien skórke
Logo Polygamii

Blog - Dino Horizontal Drifter

12.04.2019

Jest taka klisza w przedstawianiu samurajskich pojedynków. Dwóch uzbrojonych w katany wojowników staje naprzeciwko siebie, zrywa się wiatr, a wojownicy zrywają się do biegu, kwiaty wirują w powietrzu. Mijają się na pełnej prędkości i zatrzymują po kilku krokach. Kwiaty opadają, z jednego ostrza spływa kropla krwi. Trafiony samuraj osuwa się na ziemię.

W Sekiro: Shadows Die Twice, w 90% przypadków, to my jesteśmy tym samurajem.

Proporcja zmienia się z upływem czasu, ale gra ani na chwilę nie przestaje być piekielnie trudna. W tym szaleńczym poziomie trudności jest pewna mądrość, ta gra jest jak studia na Wydziale Nauk Ekonomicznych UW – bez nauki nie skończysz. Wiem, bo próbowałem. I w obu przypadkach rzeczywistość zmusiła mnie do przemyślenia obranej taktyki.

Sekiro zaczyna się jako ogromna lekcja pokory. Od samego początku tłumaczy, o co chodzi, jak działa walka i jakich konkretnych umiejętności będzie wymagać. A następnie daje nam czas. Wielu z przeciwników stojących nam na drodze możemy ominąć – jeśli uznamy, że nie mamy czasu i ochoty uczyć się ich stylów walki, to gra przyjmie to bez wyrzutów i będzie toczyć się dalej. Przynajmniej przez pierwszych parę godzin. W końcu jednak dotrzemy do oponenta, którego ominąć się nie da. Tym samym staniemy przed dylematem – liczymy, że to, czego nauczyliśmy się do tej pory wystarczy i z odrobiną szczęścia uda nam się przetrwać albo bierzemy się w garść, cofamy się do początku i przyjmujemy na swoje barki ciężar nauki. Bo sesję też da się zdobyć bez zaliczonej żadnej wejściówki, ale nigdy nie wiemy na ile egzaminów starczy nam szczęścia. Czasem damy radę nauczyć się pod konkretny test, poświęcić na to jeden weekend i jakoś się prześliznąć. Ale czasem trzeba sumiennie przebrnąć przez każdy jeden wykład i do tego nadrobić braki z liceum. Bo prześlizgiwanie się, zwykle w końcu przestaje się sprawdzać.

Sekiro nie poprzestaje na zmuszaniu nas do sumiennego treningu. Uczy nas też odpowiedzialności za nasze obowiązki i tego, że cel wcale nie uświęca środków. Kiedy walka nie pójdzie po naszej myśli, popełnimy o jeden błąd za dużo i ostrze przeciwnika w końcu zada śmiertelny cios, stajemy przed wyborem. Możemy wykorzystać nasze zdolności do powrotu, odzyskania odrobiny energii i kontynuowania starcia albo znowu możemy popisać się pokorą, uznać przewagę oponenta, a następnie ulotnić się z pola walki zanim ten znowu nas trafi.

Bo każda porażka, każdy zgon, boli nie tylko nas. Jasne, tracimy część gromadzonych z trudem zasobów, ale są sposoby, aby temu zaradzić. Nie da się natomiast zaradzić chorobie trawiącej krainę, którą przyszło nam przemierzać. Z każdą naszą śmiercią, mieszkańcy Ashiny są coraz bardziej podatni na rozsiewany przez nas Smoczy Mór – przekleństwo towarzyszące naszym zdolnościom regeneracji. Jeśli zatem zdecydujemy się na dodatkowe ryzyko i zamiast się wycofać zaatakujemy, możemy dołożyć swoją cegiełkę do cierpienia niewinnych. Odwiedzenie wesołego niegdyś kupca, który teraz kaszle krwią, doskonale zachęca do zrewidowania naszego systemu wartości.

Możemy być egoistami, postawić nasze cele na pierwszym miejscu i łapać się każdej sposobności do uzyskania przewagi nad oponentem, choć nie wiemy, jak duże może mieć to konsekwencje. Tak jak możemy przyjść na egzamin z gotowcem i liczyć, że prowadzący się nie zorientuje, ale jeśli wpadniemy to kto wie, zapewne cała grupa będzie miała przerąbane.

Jeśli grając w Sekiro w końcu pokornie zatrzymamy się i gruntownie przetrenujemy każdy element złożonego systemu walki, to przyjdzie w końcu moment oświecenia. Nagle zaczniemy dostrzegać luki w obronie przeciwników, przewidywać ich następny ruch i wyłapywać na nasze ostrze każdy ich atak. To moment, w którym przebaczymy tej grze i z perspektywy czasu dostrzeżemy, że była uczciwa przez cały czas, to my próbowaliśmy ją oszukać. A przecież mogliśmy się uczyć systematycznie, na każde kolejne zajęcia, nie robić potem maratonu przed sesją, prawda?

Na szczęście ta gra nie jest zawistna, pozwala nam się cieszyć nowo nabytymi umiejętnościami. Przeciwnicy w dalszym ciągu stanowią ogromne wyzwanie, każdy kolejny coraz większe, ale gra docenia czas jaki poświęciliśmy na naukę. Nie oszukuje. Kończy się czas pokory, zaczyna się czas skuteczności. Nadal giniemy raz za razem, ale już nie przy pierwszej szarży przeciwnika. Teraz to my jesteśmy samurajem dzierżącym zakrwawioną katanę, a wróg patrzy zdziwiony na krwawiące zadrapanie i z wściekłością rusza do kolejnej szarży. I zaczyna się taniec.


tekst pierwotnie opublikowany na stronie: robert-jr.blogspot.com

Komentuj
(6)
Facebook Twitter Google Wykop
Udostępnij

6
Dodaj komentarz

Zaloguj się by skomentować
4 Komentarze
2 Odpowiedzi
5 Obserwujący
 
Najpopularniejszy komentarz
Najpopularniejsza dyskusja
  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
gsg
Użytkownik

Witamy w świecie gier Miyazakiego, gdzie mechanika rozgrywki żyje w ścisłej symbiozie z historią! Nie wiem, Robert, ile masz ich za sobą, ale gwarantuję, że w podobny sposób jesteśmy egzaminowani od Demon’s Souls. Kiedy zaczynałem swoją przygodę z Dark Souls, już po pierwszej wizycie w Lordran sporo czasu spędziłem czytając fanowskie wiki. Był tam artykuł o tym, jak najlepiej przygotować się do NG+, który krótko można streścić w zdaniu: Zabij wszystkich bohaterów niezależnych dla dodatkowego człowieczeństwa i przedmiotów. Opamiętanie przyszło za późno, dopiero u korzeni świata, w monumentalnym Ash Lake, kiedy stałem nad stygnącym ciałem Sieglinde. Jeszcze chwilę wcześniej opłakiwała… Czytaj więcej »

Adam Piechota
Administrator

A ja zwrócę uwagę na znakomity styl tego tekstu 🙂

malyheman
Użytkownik

Tak. Czytelny, klarowny. Dobre pióro.

LorDex
Użytkownik

świetny tekst. dzięki!

C.C. Stellar
Użytkownik

“Nie da się natomiast zaradzić chorobie trawiącej krainę, którą przyszło nam przemierzać. Z każdą naszą śmiercią, mieszkańcy Ashiny są coraz bardziej podatni na rozsiewany przez nas Smoczy Mór – przekleństwo towarzyszące naszym zdolnościom regeneracji.”

Spoiler
Da się. ;)