Zmien skórke
Logo Polygamii

Blog - Freshanything

22.09.2018

„Tajemnice Silver Lake” to film pełen rozmachu i erudycji, jednak oba wypełniacze nie są tym, czym mogą się wydawać na pierwszy rzut oka. Reżyser David R. Mitchell chętnie pokazuję swoją wiedzę, ale jej charakter neguje snobizm – myślę, że znajomość kultury popularnej to nic czym chciałbym się chwalić. Podobnie jest z rozmachem obrazu nominowanego do Złotej Palmy, ponieważ nie zbliża się do tego rodzaju z widowisk Marvela, ale raczej tego z… GTA?

 

 

Delirium

Od scenariusza i scenografii, przez zdjęcia oraz aktorstwo, a na ścieżce dźwiękowej kończąc – współcześnie fantastyczne Los Angeles żyje, zarówno nad Silver Lake, jak i pod spodem. Poznajemy miasto z perspektywy Sama, trzydziestolatka ciągle odwlekającego wszelkie formy odpowiedzialności jadąc dalej w Fordzie Mustangu za budżet bogatej matki. Tak dokładnie, to jadąc znowu na zakupy po komiks o zabójcy psów, a wracając do mieszkania z topniejącym jak lód czasem do spłaty czynszu. Jego sposób na prokrastynację jest całkiem prosty. Opiera ją na zgłębianiu treści popularnego działu kultury oraz – choć nie jest „prawiczkiem” (co szybko uwydatnia reżyser odpowiednią sceną, a A.Garfield swoją grą i niejednoznaczną aparycją) – podglądaniem dwóch sąsiadek. Jedna z nich to pewnie jakaś artystka, w każdym razie nie jest zbyt ładna, ale przynajmniej świeci nagim biustem chodząc po mieszkaniu i karmiąc swoją papugę. Druga to już takie 9/10, może nawet dycha (Riley Keough), niestety już trochę mniej roznegliżowana. Zaskakująco łatwo się poznają i okazuje się, że posiadają nawet wspólne zainteresowania, jednak po długiej nocy spędzonej razem, Sarah znika z jego życia tak szybko, jak się pojawiła.

Klasycznie, zaczyna się prywatne dochodzenie w sprawie zaginięcia jak z kina noir i mógłbym tu wymienić nawiązania np. do „Chinatown” R. Polańskiego, ale równie dobrze mógłbym tego nie robić, ponieważ losowy tytuł z puli filmów, gier i seriali jakich widziałem w swoim życiu ma podobne szanse znaleźć się na liście inspiracji dla scenariusza TSL. Mitchell wodzi protagonistę po całym LA – metropolii, w której wokalista aktualnie topowego zespołu jest wystylizowany na wizerunek katolickiego Jezusa, a prostytutki występują w niskobudżetowych filmach z projekcjami na lokalnych cmentarzach. Obserwujemy Andrewa Garfielda w roli detektywa jak odsłuchuje płyty winylowe od tyłu albo studiuje mapę z gry „The Legend of Zelda”, dzięki czemu zaczyna rozumieć co się dzieje za jego odbiciem w tafli jeziora – przecież wszystko układa się w logiczną całość świata-iluzji, którą sterują potężniejsi, a postacie z komiksów oraz legendy miejskie zwyczajnie tam istnieją i są realizowane z pełną powagą. No świetnie się bawiłem.

Odwyk

Co robi film rozrywkowy pośród innych nominacji do głównej nagrody na imprezie w Cannes? Narracyjny bełkot jest autentycznie zabawny i w natłoku typowo festiwalowych produkcji przyjmuje się go z wielką ulgą, ale chyba musi oferować coś więcej. Czy to naprawdę jest tylko bełkot i szafowanie wiedzą o „szeroko pojętej popkulturze”? Piszę te słowa prawie 2 miesiące po seansie na Nowych Horyzontach, i tak pamiętne résumé ponad dwugodzinnego filmu przywołuję bez większego wysiłku. „Pamiętne” głównie z tego powodu, że jest jednocześnie kompatybilne z absurdalną zagadką film-noir po długiej podróży przez dziwne, lecz też znajome nam poszlaki, które zostały zlepione z pewnego rodzaju wiedzy ogólnej – bo który dorosły nie zna dzisiaj pierwszych akordów do „Smells Like Teen Spirit”?

W momencie ogłoszenia nowej kategorii oscarowej specjalnie dla MCU i Disneya masowych produkcji AAA, zakończenie „Tajemnice Silver Lake” to przydatne przypomnienie o istnieniu tej drugiej sąsiadki Sama – niezwiązanej z intrygą abominacji Los Angeles. Może nie jest tak pociągająca, ale na pewno nie jest nudna i jej papuga próbuje powtórzyć coś ciekawszego, niż przemielone współcześnie brzmienie Nirvany odtwarzane od tyłu.

Komentuj
(0)
Facebook Twitter Google Wykop
Udostępnij