Zmien skórke
Logo Polygamii

Blog - Nie Wszystek Ogram

13.03.2019

“Hello, my friend. Stay awhile and listen”

Gram w demo w lutym 1997 r. mam 10 lat, widzę intro i się go panicznie boje, zwłaszcza momentu kiedy kruk wydziobuje oko trupowi. Ten obraz zapamiętam do końca życia. Wiem, z perspektywy czasu ta animacja wygląda groteskowo i dosyć ubogo, ale wtedy robiła ogromne wrażenie – jak każde cimenaticsy od Blizzarda na czas ich premiery.

 

“I sense a soul in search of answers.”

Przez pierwsze 2-3 lata, do czasu kiedy stałem się zbuntowanym 13-latkiem boje się grać w Diablo sam. Zawsze z jakimś kolegą. W święta i ferie lan party z kumplami. Wybieram zawsze wojownika, bo „walił z axa” itp. Łucznikczka jest niemęska, a mag rachityczny i trudny w gameplayu. Kampanie single player kończę chyba tylko raz, a później wieczna gra na „single session” multiplayer. Grind. To były czasy kiedy jeszcze nie znałem tego pojęcia, tak samo jak nie było licznika godzin, ile czasu się poświęciło/zmarnowało na dany tytuł. Myślę, że Diablo zabrało mi z życia 300-500 godzin. Najwyższy level jaki wbiłem to 41 na 50 możliwych. Kolega z gimbazy wbił 50 level i miał respekt na dzielni przez długie lata. Ostatecznie też udało mi się przetestować każdą z postaci i każdy gameplay ma swój odmienny feeling. Nie ma znaczenia, lubie wszystkich,ale to wojownikowi poświęciłem najwięcej czasu.

 

“Well, what kin I do fer ya?”

Początki grania samemu były jak podchody. Wchodzę do Tristram i widzę dwa symetryczne orby z życiem i maną, które wyznaczą trend dla całego gatunku na następne 20+ lat. Kręcę się po mieście gadając ze wszystkimi mieszkańcami. Znam ich imiona do dziś – Cain, Griswald, Ogden, Adria, Pepin, Farnham, Wirt, Gillian. Obchodzę każdy kamień licząc, że znajdę jakieś sekrety. Słucham hipnotycznego motywu przewodniego miasteczka. Nie chce schodzić do lochu, tam jest niebezpiecznie. Zupełnie jak w Firelink Shrine w Dark Souls i Majula w Dark Souls 2. Siedzę w hubie, sanktuarium, jedynym bezpiecznym miejscu, chłonę klimat i przygotowuję się na wyprawę. Muzyka sprawia, że nigdy nie chce opuścić tego miejsca.  Załuje losu Wirta, że stracił nogę oraz płaczu pijaka Farnhma. Szanuje Griswalda i chciałbym żeby pomógł mi w lochu. Niestety może co najwyżej naprawić mi przedmioty i dodać otuchy kwestiami dialogowymi wypowiedzianymi z niezapomnianym akcentem. „Oy, What can I do for ya?” Lata później w Diablo 2 również boleje nad jego losem. Szukam sposobu na jego uratowanie. Ale to już zupełnie inna historia. Stojący z wyciągniętą ręką przy fontannie Cain był dla mnie zawsze ślepcem.

 

 

Ok idę do tej Katedry. Szybkie szkielety z 2 toporami oraz scavengersy zwane „pieskami”. Prawdziwa zmora nawet dla wojownika. Czyszczę 1 level. Wychodzę z gry. Nie starcza mi nerwów. Butchera znam z opowieści, widzę jego przerażającą komenatę i ją po prostu omijam. Nie chce się męczyć. Kiedy już ją otwieram to uciekam przed dnim, aż znajdę pomieszczenie z drzwiami i kratą i później szyje do niego z łuku przez 15 min w przerwie od rzucania ściany ognia. Chyba każdy z nas miał podobne doświadczenia. Król Leoric nie budził już takiej trwogi.

Katakumby – więcej tego samego co w podziemiach kościoła, najwięcej trudu sprawiają mi hordy kozłów z łukami, których muszę gonić na piechotę. Niepokój sprawiają Ukryci, reszta to raczej tanki – gargulce, zombie, grubasy – toad demony.

Jaskinie. Za nim do nich zszedłem mój czas opieszałości w Tristram wynosił nawet pół godziny. Musiałem przygotować sie psychicznie. Znowu mój wojownik ma pod górę, wszystko do niego strzela. „plujące pieski”, diabły z błyskawicami, „magmowce.” Najlepszy motywu muzyczny, poza Tristram oczywiście.

Piekło. Endgame. Spędziłem tam zdecydowanie najmniej czasu. Znowu wszystko strzela, hordy sukkubów i ich kolorowe pociski. Za to bardzo satysfakcjonujące szlachtowanie czarnych rycerzy i balrogów – animację ich zgonów.

 

“Give a man a sword and you can make him a warrior. Teach a man to forge and you can raise an army.”

 

Koło 2001 r. jestem ekspertem w Diablo. Znam na pamięć wszystkie możliwe prefixy i suffiksy do nazw przedmiotów. Wiadomo, że „Ivory” daje odporność na magie, a „of zodiac” +20 do wszystkich atrybutów. Kolega ściąga listę kapliczek dostępnych w Diablo 1. Teraz gra jest jak najbardziej świadoma, niektóre kapliczki się „bierze” innych się nie bierze, bo grając bez opisu nie było to powszechnie wiadome, że niektóre ich efekty szkodziły. Teraz robi się perfekcyjny build. Szkoda, że postaci mają stat capa typu Wojownik ma 255 siły a 50 magii etc. Sesje typu – wchodzę do gry – patrze czy Griswald Adria ma potiony za 5000 zł dodające do statystyk. Nie ma? Restart, i tak 20 razy z rzędu.

Pierwsze stałe łączne w 2002 r. przekopywanie się przez fora, szukanie Cut Content – niewykorzystanych potworów, sprzętu, kwestii dialogowych i filmików – m.in. tego przedstawiającego Butchera, który rzuca pozbawiony kończyn korpus na hak.

Mam plecak pełen złota. Nie jest mi potrzebne, ale szkoda mi się z nim rozstawać. Zbieram unikatowe przedmioty. The Grandfather. The Messerschmidt. The Hellslayer.

 

What ails you, my friend?

Ostatni raz do Diablo sięgnąłem w 2007 r. moje początki grania przez neta, już nie lan party. Grałem z kumplem. Co zapamiętałem najbardziej to jego panika podczas gry magiem i spamowanie chain lighting w kryzysowych momentach, które były tak geste że zabijały mojego wojaka – tak w Diablo był friendly fire z pocisków i czarów, a wrogość można było wyłączyć tylko w przypadku broni ręcznej. Później już w Diablo nie grałem, ze względu na niekompatybilność z nowymi systemami operacyjnymi – do dzisiaj mam jednak oryginalną płytkę (oraz reedycję wszystkich klasycznych gier Blizzarda), a także legendarne pudełko z ceną 159 zł. Instrukcję niestety ktoś mi ukradł, a była prawdziwą perełką. W pewnym momencie planowałem nawet sprzedać ją na allegro. Pięknie wydana, klimatyczne grafiki, opisy przedmiotów i bestiariusz, lore uniwersum, cytaty sławnych postaci, do dziś pamiętam. Pierwsze Diablo jest nadal moim faworytem. Za klimat, za nostalgię, za muzykę w Tristram, za tekst wojownika „I can’t use it yet” albo „your death will be avanged”, za „fresh meat” butcher oraz za wszystko co ma mi do powiedzenia kowal Griswald. Diablo 2 rozwinęło serie Diablo pod kątem gameplaya, ale klimatycznie nie było to już to samo, poza tym mam wrażenie że zestarzało się gorzej. O D3 z uprzejmości nie wspomnę.

 

 “Pssst…over here…”

 

Zawsze chętnie wróce do Diablo. Jedyne czego mi potrzeba to szybsze poruszanie się oraz wyższa rozdzielczość. Było po drodze jeszcze coś takiego jak Diablo Hellfire… ale nie uznaje go za kanoniczne, gdyż zostało stworzone przez Sierrę a nie Blizzarda, a oburzenie jak wiele gra zmieniła w złym kierunku jest żywe do community do dziś. Diablo pozostaje również odnośnikiem mojego wieku i dojrzałości gamingowej. Zawsze powtarzam, że gram w gry od 23 lat świadomie, a nieświadomie to nawet 27 lat – wcześniej był pegasus, ale oceniam ten okres jako radosne klikanie aż coś się zmieni na ekranie telewizora.  Z Blizzardem dojrzewałem – Warcraft 2, Diablo, Starfcraft, Warcraft 3. Z obecnych produktów nie ma mi już nic do zaoferowania, ale to też nie ta sama firma, wszystko poszło do przodu. Tylko miłość do Diablo pozostała.

Komentuj
(0)
Facebook Twitter Google Wykop
Udostępnij

Dodaj komentarz

Zaloguj się by skomentować
  Subskrybuj  
Powiadom o