Zmien skórke
Logo Polygamii

Blog - Hidden Palace Zone v2.0

12.09.2016

Rok wydania: 1995

 

Odległa planeta. Tajne (i śmiercionośne) projekty. Brak jakichkolwiek wspomnień z „poprzedniego” życia. Brzmi znajomo? Znany i niezwykle, żeby nie powiedzieć „do nieprzyzwoitości”, ograny schemat? Może i tak – ale wystarczy w tym miejscu wspomnieć, że opisywana dziś gierka pochodzi od magików z Origin Systems, w dodatku z połowy lat dziewięćdziesiątych. Dla znawców tematu to idealna okazja, by wydać z siebie ryk zbliżony do wybuchu radości – lepszej rekomendacji już nie trzeba.

 

Ach, Origin, mordo ty moja. Byliście niczym Rareware czy Valve dla komputerowego świata w szalonych latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Zafundowaliście mi w dzieciństwie tyle kreatywnych i innowacyjnych gier, że głowa mała. Seria Ultima, Wing Commander, Crusader No Remorse i No Regret, System Shock (ok, w tym wypadku byli “tylko” wydawcą), ShadowCaster… Fakt, że w większość z nich zagrałem już nieco starszym będąc, ale jedno nie podlega dyskusji – byliście totalnymi oraczami, a wasze tytuły nadal wywołują radosny uśmiech na twarzy mej. Szkoda tylko, że prawdziwe życie to nie sielanka, i wszystko co dobre kiedyś musiało się skończyć – Origin w 1992 został przejęty przez naszych kochanych, monopolistycznych fanów twardej waluty z EA. A Elektronicy, jak to Elektronicy, mając (jak zawsze) w dupie swoich podwładnych, wycisnęli ostatnie soki z biednego Originu (chyba nie muszę przypominać jaki poziom reprezentowała Ultima VIII, czy, mój Boże, Ultima IX?), a pod koniec życia firmy kazali skupić się wyłącznie na wielkiej skarbonce, z której potokiem wpływały pieniądze wprost do kieszeni EA – Ultimie Online. W 2004 panowie w garniturach stwierdzili, że 35 jachtów i 18 rezydencji im już wystarczy i nie trzeba już więcej żadnego Ordżina – nasze kochane studio zostało wyrzucone na śmietnik. Podobnie zresztą jak wcześniej Bullfrog, Westwood, Kesmai czy Maxis.
Smutny koniec, jak na taką legendę, czyż nie? Możliwe, ale na szczęście i tak, już będąc pod, erm, „opieką” Electronic Arts, magicy z Origin nadal tworzyli światy (takie było ich hasło – We Create Worlds), może już nie aż tak oszlifowane i dopieszczone jak kiedyś, ale nadal błyszczące wśród konkurencji. Ich gry w dalszym stopniu niezwykle cieszyły i czarowały graczy, głównie przez podejście do rozgrywki, czy ilość niezwykle sympatycznych detali i informacji, jaką projektanci z OSI przemycili do finalnego produktu. Jednym z takich diamentów, choć nieco niedoszlifowanym, ale z pewnością godnym uwagi i zasługującym na o wiele więcej, niż domyślnie otrzymał, jest tytuł o nazwie BioForge.

 

Kosmos, tajemnicza planeta (właściwie jak się później okaże – księżyc), lądownik przygotowuje się do lądowania, wspominając przez radio o jakimś więźniu. Ląduje. Do bazy zostaje wniesiony mało przytomny jegomość. Cisza i ciemność. Nieznajomy się budzi. Nie może wykonać żadnego ruchu, ani słowem się odezwać. Tylko obserwuje. Obserwuje salę operacyjną i fanatyczne spojrzenie jakiegoś lekarza. Chirurga? Możliwe, gdyż ten, z diabelnym uśmieszkiem, rozcina biedaka. Pacjent nie może krzyczeć, przyfasolić doktorkowi z piąchy czy uciekać. Tylko obserwuje.

 

Wyciemnienie.

 

Minęła pewna, nieokreślona ilość czasu. Dni, tygodnie, miesiące, nie wiadomo. Potężny wstrząs budzi głównego bohatera. Ten znajduje się w celi. Żadnych okien, ciężko powiedzieć, jaka jest obecnie pora. Co się stało? Z pewnością nic przyjemnego, zwłaszcza, że jedyne wyjście z tego miłego przybytku jest strzeżone przez zaporę, i to pod dużym napięciem, a gdyby tego było mało, to nieznajomemu towarzystwa dotrzymuje pewien lewitujący, niezbyt przyjemny pielęgniarko-robot, który nalega, by bohater wracał na kuszetkę, bo w przeciwnym wypadku potraktuje go środkiem usypiającym. Nasz hiroł (nazwijmy go Lex) spogląda na swoje ciało. Chryste Panie, co tu się wyprawiło – wygląda jak dziecko terminatora, tyle że z jeszcze mniejszą ilością skóry – jego ciało jest najeżone żelastwem, kablami i bliżej nieokreśloną machinerią. A gdyby jeszcze tego było mało – nic nie pamięta. Zupełnie. Zero. Pustka. Null. Nic nie zostało z poprzedniego życia Lexa. Dlaczego tu się znalazłeś? Kim był chirurg? Czemu tym miejscem ciągle trzęsie i wszelkie alarmy wyją jak zwariowane? Kto tak się niemiłosiernie drze w celi obok? A przede wszystkim – kim jesteś? Lub też lepiej – „kim byłeś”?  Oto podstawowe pytania, na jakie trzeba będzie poszukać odpowiedzi w BioForge’u. A poza tym? Zwiewać, zwiewać jak najszybciej z tego miejsca, bowiem wkrótce będzie bardzo nieprzyjemnie.

 

bio22
<“jestem Lex i ci zaraz przyp****ole”>

 

BioForge jest dość ciekawym miksem gry przygodowej, gry akcji oraz bijatyki. Fakt, większość czasu spędzisz na eksploracji tajemniczej bazy, ale też czasami trzeba będzie ruszyć szare komórki oraz swoje pięści. Co niektóre zagadki można rozwiązać za pomocą odpowiedniego przedmiotu, kodu dostępu czy manipulowania przyciskami w jakiejś minigierce logicznej – ale w niektórych przypadkach niezbędny będzie nieco mocniejszy argument. Strażnicy owego przybytku nie są zbyt zadowoleni, że po ichniejszym kwadracie beztrosko biega sobie jakiś więzień, a w dodatku co raz mąci w ich planach. Ci nie przepuszczą okazji, by solidnie oklepać michę Lexowi i wrzucić go z powrotem co celi, żywego lub martwego. Piły w dłoń – nic tu nie pomogą tłumaczenia Lexa, dlatego też należy im pomóc w podróży na łono Abrahama, korzystając z własnych kończyn (lub też kończyn… innych – serio, nie żartuję) czy pistoletów. Ale chwila – nie tylko pracownicy owej placówki będą uprzykrzać życie głównemu bohaterowi – jak się później okaże w najdalszych zakamarkach bazy czają się inne, o wiele bardziej śmiercionośne istoty. Jakie? Żadnych spojlerów, przekonaj się o tym sam. Wszystko to może brzmieć  jak jakaś kolejna mdła gra akcji – tak nie jest, BioForge świetnie balansuje grywalność pomiędzy akcją a przygodą i eksploracją. W jednym korytarzu skopiemy pewnego jegomościa, w drugim pomęczymy się nad jakąś zagadką logiczną, w trzecim poczytamy logi i informacje z monitorów, a w jeszcze innym trzeba będzie wykorzystać otoczenie, by rozwalić robocików-stażników (o tym za chwilę). Jedno jest pewne – BioForge pod względem projektu świata z pewnością nie nudzi.

 

Wspomniana gierka także nie nudzi, jeżeli chodzi o grafikę. Rany, w 1995 to dopiero się działo – BioForge był jedną z pierwszych gier komputerowych, wykorzystujących prerenderowane tła oraz w pełni teksturowane, z mnóstwem detali (jak na tamte czasy), modele postaci. Dołóżcie do tego pionierskie wykorzystanie techniki motion capture (dla niekumatych – nagranie sekwencji ruchu szkieletu danego modelu, wykonane przez żywych aktorów, ubranych w odpowiedni kombinezonik i pokrytych kilkunastoma markerami – dane w tej postaci się oczyszcza i tak spreparowany szkielet podpina się pod konkretny model 3D, który wykonuje na kompie to samo, co aktor wyczyniał podczas nagrywania) i już macie murowanego zwycięzcę. Taki ogromny krok na przód od czasów Alone in the Dark – jako że tutaj także poruszamy się po prerenderowanych tłach, a kamera zmienia swoje położenie, gdy znajdziemy się w odpowiednim miejscu – coś podobnego, jak wspomniany wyżej AitD czy Resident Evil. Oprawa graficzna była tak zaawansowana na 1995, że BioForge wymagał 8 megabajtów RAMu i procesora min. 486 33MHz.  Dziś może to jedynie wywoływać nostalgiczny uśmiech (lub też z politowania) ale wtedy? Gracze aż łapali się za głowy, że istnieje tak wymagająca produkcja – skąd oni wezmą tak mocarny sprzęt? Jeżeli zaś chodzi o oprawę dźwiękową to cóż… Zacznijmy na początek od dźwięków, zarówno postaci jak i otoczenia – świetnie pasują i budują klimat (zwłaszcza ambienty z np. pokoju kriogenicznego), do niczego nie można się przyczepić – bardzo polecam grać w słuchawkach, w celu zachowania niesamowitej atmosfery. Wszelcy aktorzy (tak, wszystkie kwestie są mówione!) także nie najgorzej wywiązali się ze swojego zadania – fakt, w niektórych przypadkach mogliby się nieco bardziej wczuć w rolę (zwłaszcza co niektórzy strażnicy), ale ostatecznie voice acting można wpisać na plus. Jeżeli zaś chodzi o muzykę to hmmm – co niektórych kompozycji miło jest posłuchać (muzyczka z intro czy theme z walki), ale większość brzdąkania jednak nie trzyma poziomu, a co niektórych krótkie kawałki po dłuższym czasie mogą najnormalniej w świecie denerwować. Jeżeli planujecie obcować z BF dzisiaj to bądźcie ostrzeżeni – jeżeli planujecie grać na DosBoxie, to czym prędzej uzbrójcie się w patch GUSowy i przygotujcie emulację tejże karty, a będzie najbardziej znośnie.

 

8-bioforge_040
<urokliwe miejscówki zupełnie gratis>

 

Teraz przejdźmy do absolutnego fantasctico omawianego tytułu – grywalności. Jak już mówiłem – to tytuł ze stajni Origin, dlatego też należy się spodziewać świetnie wykreowanego świata. I tutaj po raz kolejny OSI nie zawiódł – choć stworzony tylko na “jeden raz”, świat BF urzeka złożonością. Przygotujcie się na sporo czytania – jest tu całe mnóstwo logów, pamiętników, paneli i monitorów z różnorakimi informacjami. Zarówno przydatnymi (kody dostępu) jak i świetnie budującymi klimat (raporty uszkodzeń w bazie na przestrzeni ostatnich dni czy pamiętniki współwięźniów – polecam te ostatnie, długa lektura, ale epicko klimatyczna – naprawdę włos na głowie może się zjeżyć, czytając do czego zdolni są zdeterminowani lekarze, by tylko dopiąć swego). Dodajmy do tego książeczkę „Field Personnel File”, która była dodawana do każdej kopii gry. Ta świetnie wprowadza gracza w świat BFwarunki panujące w bazie czy zwyczaje, jako że ta była „napisana” przez szefa ochrony tegoż przybytku – Caynana (którego, nawiasem mówiąc, posądzono o zdradę i wtrącono do więzienia – oczywiście szalony doktorek nie „zmarnował” mięska armatniego i poeksperymentował nieco na biedaku). W grze także dowiemy się też  co nieco o straszliwych projektach biologicznych, prowadzonych w bazie czy nawet co nieco o religii mieszkańców tego uniwersum – innymi słowy kolejny świat, wykonany na piątkę z plusem.

 

Kolejnym plusem otaczającego Lexa świata jest interaktywność otoczenia. Fakt, wspominałem już o zbieraniu przedmiotów czy używaniu różnorakich monitorów czy paneli, ale nie pogawędziłem o jednym niezwykle sympatycznym detalu – pociski, wystrzelone, zarówno przez gracza, jak i przeciwników, rykoszetują od metalowych powierzchni, co można wykorzystać przeciwko wrogom, strzelając pod odpowiednim kątem do odbijającej powierzchni, aby utłuc dziadów, bez konieczności wychylania się z bezpiecznego kącika. Dołóżmy w tym miejscu rany na ciele głównego bohatera – tak, im bardziej pyszczek Lexa będzie oklepany, tym więcej ran i krwi zobaczymy na jego ciele. I na tym się nie kończy – w miarę otrzymanych obrażeń Lex początkowo zacznie kuleć, zaś po odpowiednim obiciu biedak ledwo będzie się trzymał na nogach – jakakolwiek próba biegu w tym stanie skończy się barwnym, frontalnym klapnięciem na podłoże. Jak widać ucieczka Lexa skończyłaby się niezwykle szybko, gdyby nie fakt, że bohater może użyć wewnętrznej bateryjki, aby się uleczyć (później też – aby naładować pewne działko, ale to dopiero od mniej więcej w połowie gry) – to, oczywiście, pobiera energię z urządzonka, ale w trakcie gry będzie można zdobyć parę różnych akumulatorków zapasowych. Dodatkowo bohater dysponuje całkiem pokaźną ilością różnorodnych ataków w walce. Pomijając strzelanie z karabinków, Lex może obtrzaskać wrogów na 16 sposobów. Ci jednak tak łatwo się nie dadzą – widząc, że Lex używa tego samego ataku n-ty raz z rzędu, obronią się przed ciosem i uderzą sympatycznego półterminatora tam, gdzie boli. Dlatego też rozwiązywanie zagadek i eksploracja to jedno – ale też prawidłowe rozegranie walk to drugie. A pro po tejże eksploracji – sama gra nie jest za długa, a prezentowane zadania – nieskomplikowane. Nawet niewprawieni w bojach przygodówkowych nie powinni mieć za dużych problemów z zobaczeniem napisu THE END. Gównem na pięknie przystrzyżonym trawniku w tym wypadku jednak są zagadki logiczne. O ile sama warstwa przygodowa (‘użyj-tego-na-tym’) jest jak najbardziej logiczna, tak klikania po guzikach czy układania kolorków będą mogły wpędzić w kompleksy i wyłysienie nawet najtwardszych graczy (zwłaszcza pod koniec gry – troszkę kiepski sposób na przedłużanie czasu rozgrywki).

<intro i krótki gameplay z GF, tutaj pod skrzydłami karty Gravis Ultrasound>

 

Tak tu się rozpisuję i w ogóle, niewiele mówiąc o wadach – a takowe jak najbardziej są, spoko. Przede wszystkim – sama kamera. Zapewne zapytasz “jak kamera przy nieruchomej perspektywie może być minusem”? Ano może – poruszając się w walce (lub będąc odrzuconym przez impet ciosu) można spowodować nagłą zmianę perspektywy, co nieźle zdezorientuje gracza, a przeciwnikowi da otwarcie na parę darmowych ciosów. Samo sterowanie także nie należy do najfortunniejszych. Standardowy motyw, który prześladował większość pionierów gier trójwymiarowych – czołgowe kontrole, można wykonywać kroki jedynie naprzód i w tył, kursory lewo/prawo służą do obracania postaci w okół jej osi. Tragedii nie ma, można się przyzwyczaić, jednak z początku ogarnianie sterowania może przysporzyć małych rozstrojów żołądka (zwłaszcza jak chcemy się nakierować na użycie konkretnego przedmiotu). Niewybaczalnym, dla mnie przynajmniej, jednak minusem, za który należy się 50 batów na gołe plecy, jest zakończenie gry. Niczego nie będę zdradzał – jednak następuje ono nagle i jest tak nieklimatyczne, że aż miałem chęć przeprowadzenia zabiegu lobotomii na własnej głowie. Koniec BF stawia więcej pytań, niż serwuje odpowiedzi. Jest na to pewne wytłumaczenie, ale rety, nie można było tego rozegrać chociaż ciut lepiej, panowie Originowcy? Tak to niestety jest, jak już nastawia się na stworzenie sequela, ale po chwili wpada EA i rujnuje wszystko. 🙁

 

Gra była reklamowana jako Interaktywny Film. Byłoby miło, gdyby nie fakt, że gracze w 1995 już rzygali wszelkimi grami FMV. Mimo, że BF wcale taki nie był (z filmików można wymienić jedynie intro i outro, ewentualnie pewne scenki śmierci Lexa – tutaj bardziej chodziło o interakcję ze światem, czy parę wyborów, przed którymi stawiany był gracz w trakcie rozgrywki), rzesza grających zinterpretowała te reklamy zupełnie inaczej – innymi słowy BF, delikatnie mówiąc, nie był komercyjnym sukcesem. Całość sprzedała się bardzo słabo, a rok pański 1995 nie należał do najlepszych dla Originu – zaszlachtowany został sequel gry, BioForge 2, jak i rozszerzenie do jedynki, o nazwie BioForge Plus – ten zapewne o wiele lepiej rozwiązałby kwestię zakończenia, czy rozwinął wątki w kilku miejscach – ale niestety nie było im pisane, by ujrzeć światło dzienne. Czy mimo tego warto spróbować dziś w BF? Jak najbardziej! Gra nadal jest niezwykle interesująca, zwłaszcza pod względem fabuły czy złożoności świata. Zresztą to gra od Origin Systems, ziomuś – jak wspomniałem na początku, ten fakt sam w sobie jest już świetną rekomendacją!

Komentuj
(4)
Facebook Twitter Google Wykop
Udostępnij

  1. 16:42 13.09.2016
    Redemptor

    Bioforge owszem, pamiętam. Pamiętam też, że strasznie było tam toporne sterowanie.

    Ukryj odpowiedzi()

O Autorze

Kurasiu
, 49 lat,
Kraków
O mnie:
27/M/PL - teraz już magisterek inżynierek informatyki, siedzący w branży gier (freelancing, CI), okazjonalnie rysujący/próbujący rysować, towarzyski, grający w najróżniejsze gierki - od Angry Birdsów, Katamari i Sonic'a po Call of Duty czy Skyrima. Więcej na http://kurasiu.blogspot.com/  

Wróć do listy postów