Zmien skórke
Logo Polygamii

RecenzjeAdvance Wars – Dark Conflict – recenzja

Nowy Advance Wars to jedna z tych gier, na które czekałem z ogromną niecierpliwością. Spowodowane było to tym, że przy …

Facebook Twitter Google Wykop

Nowy Advance Wars to jedna z tych gier, na które czekałem z ogromną niecierpliwością. Spowodowane było to tym, że przy poprzedniej odsłonie, AW:Dual Strike spędziłem łącznie prawie 200h (!!!) umieszczając ją na zaszczytnym, pierwszym miejscu mojego osobistego rankingu najlepszych gier na DS’a.
Z uwagi na powyższe wymagania, oczekiwania, jakie stawiałem przed recenzowanym tu tytułem były ogromne. Czekałem, czekałem i w końcu się doczekałem. Czy nowa odsłona okazała się równie dobra jak Dual Strike? O tym poniżej.

O CO TU CHODZI?

Czym jest Advance Wars? To w założeniu bardzo prosta, turowa gra strategiczna, w której dowodzimy jedną z dwóch stron konfliktu. Zwyciężamy w momencie zajęcia kwatery głównej wroga lub też w chwili, gdy zniszczymy wszystkie jego jednostki.

Do naszej dyspozycji oddano cały szereg jednostek bojowych. Na polu bitwy obowiązuje prosta i znana każdemu dziecku zasada „nożyce-papier-kamień”. Niektóre jednostki są niezwykle skuteczne przeciwko określonym typom przeciwników, za to kompletnie nie sprawdzają się w walce z innymi. Ta prosta zależność determinuje cały urok serii. Musimy odpowiednio dobierać nasze wojska tak, aby skutecznie pokonać przeciwnika. A jednostek jest całkiem sporo. Odpowiednim utrudnieniem są także warunki terenu (góry, pola, lasy, woda), które w określony sposób wpływają na nasze poczynania (np. tylko piechota może przejść przez góry/rzekę). Dodajmy do tego, że walczymy na ziemi, morzu i w powietrzu. Wszystko to sprawia, że z prostej, jakby się mogło wydawać, gry na przenośną konsolkę, rysuje się całkiem skomplikowana strategia, która dostarczy wielu godzin doskonałej zabawy.

GRAFIKA, MUZYKA I TAKIE TAM GŁUPOTY

Oprawa graficzna jest zupełnie inna niż ta, jaką zaoferowała nam poprzednia odsłona serii. Wszystko jest dużo bardziej szare i przygnębiające. Wytłumaczeniem tego jest fabuła – walczymy po ogromnej katastrofie (meteoryty postanowiły wpaść z wizytą na Ziemię), która zniszczyła większość ludzkości. Takie przedstawienie wizualne można więc zrozumieć, tyle że nie zmienia to faktu, iż jest ono znacznie mniej fajne dla oka niż to dostępne poprzednio. O ile w toku fabuły można do tego przywyknąć, o tyle w pojedynczych misjach szaro-bure barwy po prostu są męczące i monotonne.

 

 

Oprawa dźwiękowa jest poprawna. Jednostki wydają charakterystyczne dla siebie odgłosy, przygrywa muzyczka Tyle, że dosyć szybko zarówno wspomniane odgłosy, jak i muzyka zaczynają nas po prostu denerwować i jedynym wyjściem jest wyciszenie konsolki.

Sterowanie może odbywać się dwutorowo. Możemy korzystać wyłącznie z klawiszy jak i z ekranu dotykowego. Podobnie jak w większości gier na DS’a, także tutaj sterowanie dotykowe stanowi swoisty dodatek. Dużo wygodniej steruje się standardowymi klawiszami i stylusa możemy praktycznie nie dotykać.

HISTORIA MA ZNACZENIE!

Fabuła jest dosyć charakterystyczna i obfituje w kilka interesujących zwrotów akcji. Nie brakuje również dramatycznych momentów. Prowadzone dialogi są niestety w przeważającej części strasznie infantylne i przypominają jakieś nędzne filmy animowane dla dzieci w wieku lat kilku. Po pewnym czasie zaczynają strasznie denerwować, a niestety trzeba je wszystkie przeczytać po to, aby zrozumieć całą historię. Na całe szczęście można je też przewijać i jeśli kogoś interesuje czysta rozgrywka to nie musi na siłę wszystkiego czytać.

ZMIANY NIE SĄ DOBRE

To, co uległo sporym zmianom to gameplay. Dla kogoś, kto niewiele czasu spędził przy poprzedniej odsłonie Advance Wars, zmiany mogą być wyłącznie kosmetyczne, ale to tylko złudzenie.

Dodano kilka nowych jednostek, jednocześnie pozbywając się kilku starych. Wśród nowości należy wymienić piechotę na motocyklach. Charakteryzują się większym zasięgiem niż standardowi piechurzy, niestety góry czy woda pozostają dla nich niedostępne. Jednostka ta pozostaje więc bez większego znaczenia na rozgrywkę z prostego powodu – nie ma dla niej praktycznego zastosowania.

Znacznie osłabiono jednostki pancerne. Nie ma już rewelacyjnego Neo Tanka. Siła ognia oraz wytrzymałość Heavy Tanka oraz Mega Tanka uległy znaczącej redukcji (ten ostatni nie jest już niezniszczalną maszyną nie do zatrzymania). Dodatkowo trzeba odnotować fakt pojawienia się nowej jednostki Anti-Tank. Jest to przeciwpancerna artyleria, która cechuje się sporą wytrzymałością, jeszcze lepszą siłą ognia (kosi równo czołgi i piechotę, a także śmigłowce) oraz rewelacyjną cechą w postaci kontrataku (zaatakowana przez jednostkę walczącą w zwarciu, odpowiada ogniem siejąc spustoszenie).

 

 

W grze nie znajdziemy już całkowicie bezużytecznego Piperunnera czy tez samolotów typu Stealth. Zamiast tego otrzymujemy równie mało praktyczne Flare, czyli mobilną wyrzutnię rac świetlnych do walki z fog of war (mgła wojny zasłaniająca teren, którego nie mają w zasięgu wzroku nasze jednostki). Przydatność tej jednostki ogranicza się do może dwóch misji.

Transportowce przewożące piechotę mają także możliwość budowy tymczasowych lotnisk lub portów, w których zapasy mogą zaopatrywać się nasze jednostki (ale same się nie regenerują).

Kosmetyczna zmiana dotknęła także lotnictwo. Prócz przydatnych i dobrze znanych myśliwców, bombowców oraz śmigłowców (bojowych i transportowych) dysponujemy także standardowymi samolotami bojowymi (takie ze śmigłami). Są one niestety słabsze niż myśliwce, a ich zdolność do atakowania celów naziemnych jest mizerna (nawet z piechotą średnio dają sobie radę).

Modyfikacje nie ominęły również floty. Pancerniki (Battleship) mogą teraz w jednej turze poruszać się i strzelać (co czyni z nich niesamowitych killerów, zwłaszcza, że mają spory zasięg i jeszcze ciekawszą moc destrukcji). Osłabiono natomiast lotniskowce, które obecnie mogą co prawda produkować samoloty (o ograniczonym zasięgu, ale ze sporą siłą ognia), jednak pozbawiono ich porażającej siły ognia przeciwlotniczego. Wywalono niestety łodzie naprawcze, które nie mają już swojego odpowiednika.

Cała rozgrywka stawia teraz zdecydowanie na walkę na odległość. Objawia się to zarówno osłabieniem jednostek pancernych walczących w zwarciu, jak i wzmocnieniem jednostek atakujących z dystansu. Dzięki ulepszeniu siły i zasięgu ataku jednostek przeciwlotniczych, (Missles) osłabiono także lotnictwo.

PO CO KOMU DOWÓDCA?

Sama walka zmieniła się także poprzez zupełnie inne podejście do dowódców (CO). Koniec niestety z dewastującymi CO Powers, które w jednej chwili mogły zmienić losy bitwy (np. Covering Fire czy Tsunami). Obecnie dowódca może pojawić się na polu bitwy osobiście, co ma jakiś wpływ na znajdujące się w jego otoczeniu jednostki (siłą ognia, wytrzymałość, możliwość regeneracji), jednakże specjalne zdolności CO Power uległy ogromnemu osłabieniu, tj. ograniczają się teraz np. do zwiększenia mobilności naszych jednostek o dwa pola (sic!).

 

 

KONSOLA GŁUPIA NIE JEST

W moim odczuciu zwiększyła się inteligencja przeciwnika – konsoli. Nie posyła w naszą stronę samobójczych rajdów, które rozbijają się o artylerię czy wyrzutnie rakiet tylko spokojnie czeka (aż się uzbroimy i zmieciemy go jednym natarciem ), zbierając fundusze. Konsola idealnie potrafi dostosować produkcję jednostek do tego, co akurat robimy (np. jeśli stworzymy bombowca to konsola zrobi jednostkę obrony przeciwlotniczej)

Poziom trudności jest jednak całkowicie niezrównoważony. Najlepiej to widać na przykładzie kampanii. Pierwszych kilkanaście misji jest banalnych, podczas gdy końcówka jest niesamowicie trudna (co jest szokiem, bo nagle okazuje się, że jest naprawdę ciężko).

Do szału potrafią natomiast doprowadzić dodatkowe misje (niezwiązane z wątkiem fabularnym), które sprowadzają się do tego, że po jednej stronie jesteśmy my, po drugiej przeciwnik, a łączy nas jakaś jedna wąska ścieżka (lub, o zgrozo, nie ma połączenia lądowego). Obie strony obstawiają przejście czym się da i misja przeciąga się na kilkadziesiąt tur (a czasem i w nieskończoność). Nie wiem kto to wymyślił, ale efekt jest taki, że można się tylko sfrustrować, bo przez grupkę Mega Tanków wspieranych przez wyrzutnie rakiet (Rockets) i chronionych obroną przeciwlotniczą (Missles), w wąskim gardle, po prostu nie da się przebić.

Po każdej misji dostajemy także punkty wpływające na końcową ocenę. W poprzedniej części za zgromadzone punkty kupowaliśmy różne dodatki, tj. mapy, muzykę, kolorki ubrań dla bohaterów (wow!). Teraz już sklepu nie ma, więc nie ma nawet po co walczyć o lepsze oceny (i punkty), bo i tak nie są one do niczego potrzebne (chyba, że kogoś to kręci).

UMARŁ KRÓL, NIECH ŻYJE ? NIE TYM RAZEM!

Podsumowanie tego tytułu nie przychodzi mi łatwo Jak już wspominałem na wstępie, nie mogłem się doczekać na nowego Advance Wars. Niestety najnowsza odsłona zawiodła mnie. Pod wieloma względami mamy tutaj krok wstecz w odniesieniu do poprzedniej części. Pomijając kwestię oprawy, która jest po prostu inna i jeszcze można się do niej przyzwyczaić, to gameplay został zmieniony niekoniecznie na lepsze. O ile można zaakceptować nowe jednostki i konieczność stosowania innych strategii, to dziwaczne misje (przypominające wojnę pozycyjną) sprawiają, że czasem nie chce się grać. W moim mniemaniu jeśli ktoś sporo czasu spędził przy Dual Strike to nie ma czego szukać w Dark Conflict. A jeśli ktoś nie grał w Dual Strike to niech lepiej zagra, bo to pozycja zdecydowanie lepsza i bardziej przemyślana niż najnowsza odsłona Advance Wars. Nie oznacza to oczywiście, że recenzowany tutaj tytuł jest zły. Jest to gra bardzo dobra tyle, że gorsza od swojego poprzednika.

 

Przemysław Sołtysiak

Dodaj komentarz

Zaloguj się by skomentować
  Subskrybuj  
Powiadom o