Zmien skórke
Logo Polygamii

RecenzjeAce Combat 6 – recenzja

Zdarzają się w życiu gracza takie okresy, że mimo odłożonej miesięcznej dawki srebrników ze zdziwieniem dochodzi on do wniosku, ze …

Facebook Twitter Google Wykop

Zdarzają się w życiu gracza takie okresy, że mimo odłożonej miesięcznej dawki srebrników ze zdziwieniem dochodzi on do wniosku, ze tak naprawdę, to lista życzeń świeci pustkami. Właśnie coś takiego spotkało mnie w okresie świątecznym. Chciałem zrobić sobie growy prezent, ale zupełnie nie miałem pomysłu. Na szczęście z pomocą przyszli nasi czytelnicy, którzy doradzili mi Ace Combat 6. Po drobnych przejściach z kurierem gra wylądowała w czytniku mojego Xboxa na kilka dni przed Bożym Narodzeniem.

Na wstępie koniecznie muszę zaznaczyć, że uwielbiam klimat podniebnych pojedynków, ale na dużym ekranie. W przypadku gier mój zapał albo kończy się na lotnisku, z którego nie umiem wystartować, albo rozgrywka błyskawicznie mnie usypia, każąc przewijać ekran do momentu, aż wróg znajdzie się przez chwilę na celowniku. Szósta część Ace Combat nie wywołała podobnych objawów, powiem więcej – żałuję, że do tej pory lekceważyłem tę serię. Będę się za to smażył w piekle.

Pierwsze rzucają się w oczy (i uszy) po odpaleniu tego tytułu dwie rzeczy – fenomenalna oprawa i wszechobecny patos. Wystarczy obejrzeć intro, by pozbyć się wątpliwości na jakich emocjach zamierzają nam zagrać autorzy. Jeśli „wolność”, „ojczyzna” i podobne motywy wywołują u Was drgawki, to Ace Combat 6 może być ciężkim orzechem do zgryzienia. To właśnie one najczęściej przewijają się w komunikatach radiowych w trakcie misji.
Dodatkowo, między zadaniami gra oferuje nam przerywniki ukazujące losy ludzi dotkniętych przez konflikt. Niestety te scenki są jednym z najsłabszych elementów gry. Pełne moralizatorskich przemów (przemyśleń), zamiast ukazania innej perspektywy, po prostu nudzą i powodują chęć naciśnięcia przycisku, by zakończyć męki ukazanych postaci (i gracza).
Mi osobiście dobry patos nigdy specjalnie nie przeszkadzał. AC6 ma jeszcze jeden pośrednio związany z nim smaczek. W grze ścierają się ze sobą dwie nacje – Emmeria i Estakovakia. Nazwy na pierwszy rzut ucha nie brzmią znajomo, ale zapewniam, że po kilku chwilach z grą cała maskarada zostanie rozwiązana. Nie wiem jak to się ma do poprzednich części AC, ale od początku do końca gry podział na dobrych Emmerian (Emmerykanów) i złych Stovietów wzbudzał mój uśmiech.

 

 

W poprzednim akapicie zaznaczyłem, że nie miałem wcześniej kontaktu z serią Ace Combat. Czekając na Fires of Liberation wiedziałem tylko jedno – grafika na pewno mnie nie zawiedzie. Gra wygląda dokładnie tak, jak sobie to wyobrażałem. Absolutnie przepiękne widoki (nawet z dość niskiej wysokości), zróżnicowane krajobrazy i warstwy chmur – to naprawdę warto zobaczyć. Do tego tła dorzućmy śliczne modele samolotów cudnie oświetlane przez słońce i gra może z powodzeniem spełniać rolę swoistego wygaszacza ekranu (zwłaszcza, że powtórki misji wyglądają bardzo efektownie). Wybuch bomby zrzucanej z pokładu naszego A-10 długo pozostanie mi w pamięci.

Nasze uszy również nie mają na co narzekać. Efekty dźwiękowe brzmią świetnie zarówno na zwykłych głośnikach, słuchawkach jak i w systemie dźwięku przestrzennego (gra posiada specjalne ustawienia). Pociski wbijające się niespodziewanie w kadłub samolotu potrafią poderwać gracza z fotela. Jeśli chodzi o muzykę, to muszę przyznać, że ma parę ciekawych momentów, ale w czasie misji przeważnie korzystałem z opcji Custom Soundtrack. Po prostu oryginalna ścieżka dźwiękowa jest raczej tylko tłem do akcji, a ja miałem ochotę na coś bardziej zagrzewającego do boju.

Fabuła nie jest zbyt skomplikowana. Ot, bohaterowie wypędzeni ze swojej stolicy przez najazd Stovietów, w trudach i pocie odbijają ojczyznę po kawałeczku, by w końcu przypuścić decydujący atak na niedawnych agresorów. Brzmi banalnie (i takie jest w rzeczywistości), ale na szczęście w trakcie misji trudno narzekać na nudę.
Głównie dlatego, że w czasie większości z nich ma miejsce nawet do sześciu jednoczesnych operacji. By zaliczyć zadanie nie trzeba wypełnić wszystkich, a gracz ma dużą dowolność co do wyboru celu. Chcesz eskortować helikoptery transportowe w drodze na wrogie lotnisko (jeśli je zdobędą, będziesz mógł tam wylądować i uzupełnić amunicję/naprawić uszkodzenia) – droga wolna. Bardziej kręci Cię bombardowanie wrogiej floty? Zacznij od tego. Oczywiście na odprawie przed misją warto przeanalizować wszystkie zadania tak, by wybrać odpowiednie do swoich celów maszyny (dla Ciebie oraz skrzydłowego) i uzbrojenie. Jest tego trochę (nowe samoloty i broń kupujemy za zarabiane na misjach pieniądze) i w razie trudności warto nieco zmodyfikować swój arsenał.

 

 

Rozgrywkę można najkrócej scharakteryzować jednym słowem – akcja. Dwoma słowami to byłoby dynamiczna akcja. Na szczęście nie piszę tej recenzji smsem, więc mogę pozwolić sobie na rozwinięcie myśli.
Jeśli uwielbiacie film Top Gun, to mniej więcej wiecie czego można się spodziewać po Ace Combat 6. Ok, pojedynki częściej rozwiązuje się za pomocą rakiet niż działek, ale szalone akrobacje, chmara wrogów dookoła i desperackie próby uniknięcia wrażych pocisków – wszystko to jest obecne, a gra oferuje jeszcze więcej. Co powiecie na atak na gigantyczny (w środku ma pas startowy ), powietrzny statek znany z pierwszej misji (i jednocześnie dema), albo wlot podziemnymi tunelami do serca wrogiej bazy? Jak widać Ace Combat raczej nie stawia na realistyczne odwzorowanie znanego nam pola walki, ale zapewniam, że elementy zaczerpnięte z science-fiction dodają grze dodatkowych smaczków. Jedyny minus z tym związany to pojawianie się celów znikąd. Ot, po wykończeniu grupy przeciwników, na naszym HUD pojawiają się kolejne znaczniki. Trochę to bez sensu, ale taki już urok podobnych gier.
Fakt, że na polu bitwy znajduje się więcej sojuszniczych jednostek niż tylko nasza bohaterska eskadra, powoduje, że co chwila słyszymy prośbę o pomoc i tylko od nas zależy, czy przybędziemy z odsieczą, czy skupimy się na aktualnie wykonywanym zadaniu. Uczucie satysfakcji po zalaniu wybrzeża bombami, w trakcie jednego przelotu, który otworzył żołnierzom drogę wgłąb lądu – bezcenne. Nieco kurażu dodają również wrogie komunikaty radiowe, które wychwalają nasze poczynania.

 

 

Warto korzystać z obecności skrzydłowego. Możemy wydać mu rozkaz ataku lub obrony. Nie jest to wiele, ale gdy w uszach dzwonią nam ostrzeżenia o nadlatujących pociskach, przydzielenie kilku celów koledze może bardzo pomóc. W trakcie misji, po wypełnieniu kilku zadań, dostajemy dostęp do rozkazów wydawanych jednostkom sprzymierzonym. Podobnie jak w przypadku skrzydłowego możemy nakazać im atak, lub ochronę, ale efekt jest nieporównywalnie mocniejszy. Większość celów w ciągu kilku sekund zostaje wprost zasypana gradem pocisków. Zapewniam, że miło mieć małą armię na swoje rozkazy.

Ace Combat 6 nie sili się na bycie symulatorem. Nie uświadczymy tu zamroczeń, a rakiety ominiemy dzięki ciasnym skrętom, a nie flarom, czy jakkolwiek się nazywają te światełka wyrzucane dla zmyłki. Fachowa wiedza nie jest wymagana do czerpania przyjemności garściami, zapewniam.

Kampania dla jednego gracza składa się z 15 misji, które na normalnym poziomie trudności nie powinny zająć więcej niż 4-5h. Gra posiada jednak ciekawy system motywacyjny pod postacią odznaczeń. Żeby zebrać je wszystkie, konieczne jest przynajmniej kilkukrotne ukończenie gry i zaliczenie wszystkich poziomów trudności. Oczywiście, jest to rzecz dla hardcore’owców (jednym z wyzwań jest ukończenie gry bez otrzymania choćby jednego trafienia!), ale w połączeniu z bogactwem parku maszynowego i systemem wielu, jednoczesnych operacji, stanowi mocny bodziec do regularnych powrotów w emmeriańską przestrzeń powietrzną.

W grze Namco nie zabrakło również trybów wieloosobowych. Mamy tu zarówno dwupoziomowego coopa (max 4 osoby), jak i team deathmatch, klasyczne free for all, czy nawet tryb Siege (jedna drużyna broni, druga atakuje). Muszę przyznać, że gra się bardzo przyjemnie, ale od 6 graczy wzwyż nie ma co marzyć o czymś więcej niż ekran zapełniony smugami rakiet (chyba, że host włączy ograniczenie). Dużym plusem jest brak jakichkolwiek lagów. Nawet z „czerwonym” połączeniem nie dane mi było zaobserwować jakichś niepokojących objawów.

 

 

Ace Combat 6 wbrew pozorom nie jest grą zupełnie dla każdego. Potrzebne jest choćby minimalne zainteresowanie tematem i odrobina „topograficznej” wyobraźni, bez której bardzo szybko zgubicie się na polu walki. Sięgając po ten tytuł pamiętajcie, że jego założenia są proste – wciągająca, dynamiczna akcja w podniebnej scenerii – a gwarantuję Wam, że się nie rozczarujecie. Nie wiem, czy tak dobre doświadczenia z AC6 sprawią, że spróbuję poważniejszych tytułów (raczej nie), ale wiem, że kolejnej części będę wyglądał z niecierpliwością.

 

Dodaj komentarz

Zaloguj się by skomentować
  Subskrybuj  
Powiadom o