Zmien skórke
Logo Polygamii

Publicystyka20 lat temu ukazał się pierwszy numer „Gamblera”. Czym był Miesięcznik Elektronicznych Szulerów?

Odpowiedź jest prosta – obok „Top Secretu” i „Secret Service” był najważniejszym magazynem o grach w połowie lat 90. Pierwszy …

Facebook Twitter Google Wykop

Odpowiedź jest prosta – obok „Top Secretu” i „Secret Service” był najważniejszym magazynem o grach w połowie lat 90.

Pierwszy numer „Gamblera”… wróć. Nie pierwszy, lecz zerowy. W grudniu 1993 roku do kiosków trafił numer 0/93. Skąd ta fanaberia? Wydawca Grzegorz Eider tłumaczył we wstępniaku, że powodem jest to, że nie wszystkie rubryki osiągnęły zakładany poziom jakościowy. Numer pierwszy był więc de facto drugim.

To tylko jeden z oryginalnych zabiegów, jakie pojawiły się na rynku wraz z nowym magazynem. Na rynku, na którym znajdowały się już „Top Secret”, „Secret Service”, „Gry Komputerowe” i „Świat Gier Komputerowych”. „Gambler” wyróżniał się na starcie. Jako pierwsze pismo wprowadził wyraźny rozdział opisów od recenzji. Do tej pory najważniejszą częścią magazynów były właśnie „opisy” – zazwyczaj w formie solucji z kilkoma uwagami odnośnie gry oraz oceniaczką. „Gambler” oddzielił recenzje – subiektywny tekst na temat wartości gry – od opisów, czyli podpowiedzi i solucji. Układ w magazynie był jednak nietypowy, przynajmniej jeśli spojrzeć na późniejsze standardy. Opisy znajdowały się na początku pisma, newsy na końcu, a recenzje gdzieś pośrodku.

– Początkowe odwrócenie proporcji było raczej skutkiem chęci bycia odmiennym, niż jakiejkolwiek świadomej refleksji – wspomina Wojciech Setlak, który pracował w „Gamblerze” od samego początku.

Zerowy numer GambleraZerowy numer Gamblera

„Gambler” tych wyróżników miał znacznie więcej. Kilka środkowych kartek, żółtych z czarnych drukiem, zajmowała wkładka „Tete” – czyli tips&tricks, praktyczne porady i wskazówki do gier. Z czasem „żółte strony” powiększyły objętość i tematykę o kąciki poświęcone konkretnym gatunkom gier.

Inny był również język i styl tekstów. W porównaniu do nieokrzesanego „Top Secretu” i szalonego „Secret Service” – skierowany do nieco bardziej wymagającego czytelnika.

– Gambler starał się być wyważony, kompetentny i solidny, gdy chodzi o ocenymówi Dariusz „Sir Haszak” Michalski. – Z tego wynikał spokojniejszy język i unikanie określeń, że gra „zerwała kask razem z plecami”.

Haszak przeszedł do „Gamblera” krótko po upadku „Top Secreta” i szybko odczuł różnice: – Zdecydowanie należało pisać bardziej na temat. Teksty były dokładniej sformatowane i mimo wszystko bardziej związane z linią redakcji niż odautorskie. Korekta bardziej wnikliwa i bezwzględna. I do tego wszystko, co wiązało się z kontaktami z innymi działami wydawnictwa, bardziej sformalizowane. Wynikało to faktu, że Lupus, wydawca Gamblera, był większym wydawnictwem od Bajtka, w którym pracowałem wcześniej. Dlatego deadline stał się terminem świętym, a nie bardzo ważnym momentem w moim życiu, jak wcześniej bywało.

Czytelnicy mogli przystąpić do „GamblerClubu”, dającego zniżki na zakup gier, brać udział w Telezgaduli – konkursach z wiedzy ogólnej, oraz rzecz jasna czytać. I to nie tylko o grach. Stałe felietony – Jacka Grabowskiego, czyli Dr. De Stroyera, oraz Jacka Piekary ukrywającego się za pseudonimem Randall – wielokrotnie poruszały tematy społeczne i polityczne, niekiedy rozsierdzając czytelników. – Oczywiście, że w moim pisaniu były i są granice, których bym nie przekroczył – wspomina Jacek. – Ale w „Gamblerze” narzucałem je sobie sam – nikt nie ingerował w treść i tematykę moich tekstów. Alex ciepło wspomina sobie teksty popkulturowe, którymi „Gambler” zajmował się zazwyczaj w „Temacie numeru”. W czasach braku internetu obszerne, opiniotwórcze materiały na temat związków gier z kinem czy świecie Warhammera były dla graczy oknem na świat.

Wspomnieć należy też o charakterystycznej oprawie graficznej. Nietypowa czcionka, screeny wrzucone często pod kątem lub wręcz do góry nogami, charakterystyczne grafiki w nagłówkach działów – to wszystko pozwalało „Gamblerowi” wyróżniać się spośród konkurencyjnych magazynów, choć layout był często krytykowany przez czytelników. Jego współautorem był Piotr Kakiet, który po upadku wydawnictwa Lupus związał się z Ringier Axel Springer i zapewne niejeden czytelnik „Gamblera” w ostatnich kilkunastu latach wpadł na jego kreacje w innych miejscach, nie podejrzewając nawet, kto je przygotował.

Słynne 'żółte strony'Słynne ‘żółte strony’

Alex bez Gawrona

Oprawa była jednym z elementów, które po objęciu stanowiska redaktora naczelnego postanowił zmienić Aleksy Uchański, wcześniejszy filar „Top Secret”: – Chciałem to trochę uspokoić. Przybliżyć do oczekiwań graczy, do ich estetyki. Bo to było zupełnie odjechane, na kilometry. Ale wtedy wydawało mi się że to jest cenne, że to jakoś wyróżnia pismo. Właściwie chyba słusznie. Trzeba też uczciwie powiedzieć że te fundamenty były wcześniej przygotowane, ja wchodziłem do pisma już zdefiniowanego – wspomina.

Można powiedzieć, że „Gambler” czekał na Alexa. Wcześniej przez blisko 3 lata magazyn nie miał redaktora naczelnego, przynajmniej jeśli wierzyć stopce redakcyjnej – w niej najpierw Grzegorz Eider, a później Wojciech Setlak byli „p.o. redaktora naczelnego”. Wojtek rozwiewa jednak wątpliwości: – P.o. był faktycznym naczelnym – nasz wydawca wziął na siebie początkowo ten obowiązek, bo nikt z nas nie miał potrzebnego doświadczenia. Ja z ulgą przekazałem Alexowi berło i wróciłem do pilnowania tego, by w artykule znalazło się to, co autor miał na myśli, a nie to, co napisał. Tak więc bezkrólewia nie było.

Przejście czołowego redaktora jednego z magazynów do konkurencji było w tamtych czasach sporą sensacją. Nic dziwnego – największe pisma o grach czytało co miesiąc łącznie kilkaset tysięcy osób, więc podobne zmiany były przez nich natychmiast wychwytywane. Nie mogło być inaczej, skoro budowały swoją tożsamość na rozpoznawalności i charyzmie autorów.

Z „transferem” wiąże się ciekawa historia. Alex: – Zaczęło od tego że Max WrzesińskiMcSon – zadzwonił kiedyś do redakcji TS-a. To było wydarzenie. Bo my wtedy wszyscy między konkurującymi redakcjami zachowywaliśmy „spendid isolation”. A że nie było targów, wyjazdów i imprez branżowych, no i internetu przecież też nie było, to naprawdę była to dość poważna izolacja. Więc nagle dzwoni taki McSon i to było duże coś, bo on swoją sławę już miał. Skończyło się tak, że umówiliśmy dwie redakcje na piwo w pubie Sherwood przy Kredytowej. Miejsce zdaje się ciągle istnieje, ale kilka razy zmieniło formułę. Na pewno z Gamblera przyszedł Jacek Grabowski – Dr. De Stroyer, chyba też McSon i Wojtek Setlak. Z TS-a nie pamiętam, chyba Piotrek GawrysiakGawron, chyba Emil LeszczyńskiEmilus. No i ja. Jakoś było miło, i od wtedy zaczęliśmy się trochę kolegować, głównie z Jackiem i Maxem. Miało to różne wymiary. Pamiętam np. że pojechaliśmy z McSonem na copy party do Ostrowca Świętokrzyskiego. Nie wiem jaki to miało cel, chyba żadnego racjonalnego nie miało, ale było takie zabawne wydarzenie. Jacek Grabowski był wtedy mocno rozrywkowy, i ja też byłem rozrywkowy,  i ta rozrywkowość jakoś się spotkała i połączyła. Wtedy i chwilę później kawałek życia branży ogniskował się wokół pubu Zielona Gęś. Częstośmy tam z Grabolem siedzieli, później też z Jackiem Piekarą, czasem wpadał Adrian Chmielarz, bo mieszkał naprzeciwko, bywał i Gulash. Plus zaprzyjaźnione ekipy ze sceny fandomowo/RPG-owej. W końcu Grabowski uznał, że trzeba mnie zatrudnić w „Gamblerze”. Poszedł do prezesa Lupusa, Grzegorza Eidera, i namówił żeby się ze mną spotkał. Spodobałem się i uzgodniliśmy, że będę z-cą naczelnego Gamblera, co było dla mnie dużym awansem. Czułem że złoty wiek TS-a przemija, że mówiąc językiem „Mrocznej” Wieży Kinga „świat poszedł naprzód”. Powiedziałem o decyzji Marcinowi „Borkowi” Borkowskiemu. Rozstaliśmy się raczej bez entuzjazmu, ale w zgodzie.

Ze stanowiska zastępcy redaktora naczelnego wskoczył za ster wraz z numerem 11/96 – mniej więcej w tym samym czasie, gdy z rynku znikał „Top Secret”. Pismo poszło jeszcze mocniej w stronę profesjonalnego magazynu o grach mówiącego własnym głosem. Pojawiło się więcej materiałów o polskich firmach próbujących podbić rynek, na bieżąco komentowano zmiany (np. pojawienie się nad Wisłą firmy TopWare oferującej gry po 40 złotych), regularnie odpytywano szefów największych firm.

Jeden z przykładów layoutowych szaleństwJeden z przykładów layoutowych szaleństw

Podszczypywanie

Jednym z elementów tego profesjonalizmu była tzw. czapeczka w stopce redakcyjnej, oznaczająca nakład kontrolowany – czyli to, że liczba wpisana w tym miejscu faktycznie oznacza liczbę wyprodukowanych egzemplarzy. Liczba była wyraźnie mniejsza od tego, co deklarowały „Top Secret” i „Secret Service”, ale tych wyników z kolei nie sposób było zweryfikować. Można było tylko wierzyć na słowo.
Uważny czytelnik tamtejszych magazynów regularnie obserwował mniej lub bardziej oczywiste przytyki i uwagi wobec konkurencji. Każdy powód był dobry – błąd w recenzji, recenzja na podstawie niepełnej wersji gry, jakiś lapsus językowy. – Z chłopakami z TS-a dobrze żyłem, i to trzeba powiedzieć – mówi Alex. – SS oczywiście to był wróg. Trochę się podszczypywaliśmy przy różnych okazjach, czasem ja byłem podszczypywany, czasem podszczypywałem, czasem głupio podszczypywałem. Ale jak sobie porównam nasze ówczesne przytyki z falą tego cholernego hejtu, który się przewala przez internet teraz przy różnych okazjach, to myślę że to wszystko było bardzo niewinne i bez mała – eleganckie. Zresztą po godzinach wtedy zakolegowałem się z Miczem z SS-a, jakoś tam się zawsze szorstko lubiliśmy z Gulashem… Nie ma takiej osoby, do której bym się na tle tych czasów nie odzywał dzisiaj.

– Nasze wzajemne relacje nazwałbym przyjaznym hejtem – definiuje Tadek „Zooltar” Zieliński.-  To było coś podobnego do klasycznych wojenek platformowych (Amiga vs. Atari, PlayStation vs. Xbox) – trzeba było stać przy swoim klanie i rzucać pogardę na wszystko i wszystkich z klanu wroga. Patrząc z perspektywy można się tylko śmiać, bo później pracowaliśmy razem w przeróżnych konfiguracjach, a po dziś przyjaźnię się z ludźmi z Secret Service, ŚGK czy CDA. Tylko wtedy mieliśmy po 19-20 lat i gorące głowy.
– Generalnie wszystkie złośliwości i przytyki kończyły się tam, gdzie zaczynało się piwo – podsumowuje temat Jacek Grabowski.

Targi

Rozpoznawalność marki zwiększyła również Gambleriada – największa w tamtym czasie impreza dla fanów gier. W pewnym momencie zapotrzebowanie na targi było tak duże, że odbywały się dwa razy do roku. „Gambler” był jej patronem medialnym, a formalnym organizatorem agencja Greit, którą – jak mówi Wojtek Setlak – z wydawnictwem Lupus łączyły związki rodzinne. Konkurencji nie było to w smak.

Tak o jednej z edycji pisały „Gry Komputerowe”:

W dniach 27-29 października 1995 roku ( ) odbyły się I Targi Gier Komputerowych niefortunnie zwane „Gambleriadą”. ( ) W takiej sytuacji nadawanie Targom nazwy jednoznacznie kojarzącej się z tytułem jednego z wielu miesięczników komputerowych jest wielkim nieporozumieniem i ze zrozumiałych względów musi budzić sprzeciw. Żadna to bowiem zasługa owego pisma, że impreza wypaliła, zaś przypisywanie sobie wszelkich zasług z tym związanych odbieram jako nietakt w stosunku do innych redakcji. Jedynie miesięcznik „Secret Service” zachował się wobec zaistniałej sytuacji niezwykle rozważnie i po prostu zbojkotował imprezę. ( ) Jeśli pozostałe redakcje zachowają się podobnie, to można pogrzebać nadzieję o stworzeniu dużej imprezy komputerowej i wszyscy na tym stracą, bo w tej sytuacji impreza pod patronatem jednego pisma przybierze charakter lokalny i zemrze śmiercią naturalną. Mamy jednak nadzieję, że zdrowy rozsądek zwycięży”.

Fani nie posłuchali i tłumnie nawiedzali kolejne edycje Gambleriady – na jednej z nich frekwencja sięgnęła aż 20 tysięcy osób. To tam rozgrywano pierwsze duże turnieje w najpopularniejsze gry, nie będzie więc przesadą stwierdzenie, że rodzimy e-sport właśnie wówczas zapuścił korzenie. Tak wspomina to Tadeusz Zieliński, który współorganizował zawody: – Nie mogę nie powiedzieć o Kamilu „RooSie” Ruszkowskim, bez którego zapału i wiedzy to wszystko nie byłoby możliwe. RooS był wtedy absolutnym guru polskiego Quake’a  i to dzięki jego zaangażowaniu te turnieje nam się udawały. A czym to się różniło od czasów współczesnych? Cóż – to była amatorka pełną gębą. Kable wiązane drutami, sypiące się Pentium 200 MMX, niedziałający LAN, słońce, deszcz. Nie było łatwo. Dziś przyjeżdża ekipa z takiego Turtle Entertainment Polska i w dwa dni robi imprezę na najwyższym światowym poziomie.

Relacja z jednej z GambleriadRelacja z jednej z Gambleriad


Gambler All Stars

Przez „Gamblera” przewinęło się wiele osób, które z czasem stały się rozpoznawalne również poza gronem fanów gier. Tutaj warto wymienić zwłaszcza Jacka Piekarę, który już wówczas pisał opowiadania i powieści fantasy, a później cyklem o Mordimerze Madderdinie zapewnił sobie sporą popularność. W stopce kilku numerów pisma można się też natknąć na Tomasza Bagińskiego – późniejszy nominowany do Oscara twórca zaczynał od wspierania swoimi pracami gamblerowej galerii.

Z „Gamblerem” od samego początku związany był Wojtek Setlak. Pamięta, gdy Wydawnictwo Lupus nie miało jeszcze magazynu o grach, ale widząc jak rozwija się rynek, postanowiło je wydać. Setlak trafił do nowego pisma w sposób naturalny, jako jeden z zapalonych graczy.

Jedną z gwiazd szybko został Tadek Zieliński. Obok Marcina „Gulasha” Góreckiego i Przemka Ścierskiego był jedną z osób, które promowały w magazynach komputerowych konsole. – Moja fascynacja konsolami zaczęła się we Francji. Rodzina miała wszystkie konsole świata – od SNES-a po nowiutkiego wtedy PSX (tu grało się w Wipeouta i Tekkena)  i Saturna (zdecydowanie do Soniców i Battle Arena Toshinden). Spodobało mi się bardzo. Potem sam dostałem czy kupiłem PSX-a i jakoś już tak się przyjęło. Z Froggerem (moim przez lata najbliższym kolegą z redakcji) potrafiliśmy do 5 rano grać w Tekkena 2. On twardo tylko Niną, ja skakałem z postaci na postać.

Do redakcji dostał się – jak to zwykle bywa – przez przypadek. – Chodziłem do liceum z bratem jednego z autorów (Kristoff – pozdrawiam), a że byliśmy obaj amigowcami, zakumplowaliśmy się i wymienialiśmy grami. Do tego wszyscy razem jeździliśmy jednym autobusem do szkoły. Zdałem maturę, poszedłem na jakieś studia i pewnego dnia (do dziś pamiętam w którym miejscu – przystanek Sobieskiego-Dolna) spotkałem Krzyśka i zaczęliśmy gadać. Powiedział, że pracuje w „Gamblerze”, ja spytałem (żartem) czy mnie wkręci, on (żartem) odpowiedział, żebym coś napisał, to on to da komu trzeba. Napisałem (opis Ascendancy – takiego klona Master of Orion), oddałem, gdzieś w międzyczasie było ustawione przez Gulasha (z którym chodziłem do podstawówki, a później spotkaliśmy się na jednym kierunku) spotkanie z Alexem. Tekst się spodobał, więc zlecono mi kolejny. I tak już jakoś zassało. Moi rodzice tak naprawdę dopiero kilka lat temu przyznali, że nie mieli racji kiedy mnie gonili od gier.

Tak innych autorów „Gamblera” wspomina Alex:

Oczywiście trzeba wspomnieć Darka Michalskiego, absolutnego weterana i legendę branży, moim zdaniem najlepiej piszącego dziennikarza growego, ale też Froggera, który swoje do historii mediów growych wniósł, oczywiście też wielkiego Wojtka Setlaka, filar „Gamblera” i jego ojca założyciela. Warto wspomnieć kilka słów o mniej znanej postaci: Marcinie Wicharym, który prowadził DDT na żółtych stronach i napisał też w swoim czasie słynną recenzję GTA (a może GTA2?). Przygotował też menu na naszą płytę CD. Marcin po ukończeniu Politechniki Szczecińskiej podjął pracę w Google w USA, zasłynął m. in. jako autor tego przesławnego Doodla z Pac-Manem.
Musiałbym wymienić jeszcze wiele osób i wszystkich, których pominąłem – przepraszam. Uczciwie powiem, że ja dziennikarsko już nie za wiele do Gamblera wnosiłem, choć był jeden tekst z którego byłem zadowolony – temat numeru o złotym wieku gier komputerowych. Jako autor tekstów swoje najlepsze czasy miałem w TS-ie.

Wszystkich autorów wymienić nie sposób, ale większość wróciła w tym lub innym miejscu. Gdy na początku 2010 zacząłem pracę w Axel Springer, nagle na korytarzu zacząłem spotykać bohaterów mojego dzieciństwa – Alexa, Wojtka Setlaka czy Jacka Grabowskiego. Wielu autorów magazynów o grach trafiło do tego wydawnictwa, gdy w 2000 roku zaczęło wydawać „Komputer Świat Gry” i „Playa”. Dziś obu nie ma już na rynku, a większość autorów ma na głowie inne sprawy i tylko nielicznych można jeszcze gdzieś przeczytać (np. Haszaka w magazynie „Gramy!”) lub zobaczyć (np. Tadka Zielińskiego w roli prowadzącego e-sportowe imprezy).

Jedna z okładek GambleraJedna z okładek Gamblera

Co się stało?

„Gambler” ukazywał się w latach 1993-1999. Stosunkowo krótko, ale w tym czasie wydarzyło się tyle rzeczy, że spokojnie można by nimi obdzielić i dwie dekady. W Polsce wreszcie swoje miejsce w pismach o grach wywalczyły konsole. Gry przeskoczyły z dyskietek na płyty CD, a krótko później również DVD. Gry przeszły drogę od 2D do 3D, po drodze zaliczając jeszcze stację z napisem interactive movie, a same pecety otrzymały akceleratory 3D. Największa zmiana wiązała się z internetem, którego najpierw nie było, a gdy się pojawił, świat nie był już taki sam.

Miesięcznik Elektronicznych Szulerów wszystkie te zmiany obserwował i odnotowywał. Do czasu. Wbrew pozorom to nie internet go zabił, bo w tamtych czasach w sieci nie było jeszcze informacji w takiej ilości i jakości, które pozwalałyby ze spokojnym sumieniem zrezygnować z wydań papierowych. – Do dziś pamiętam jak ściągaliśmy arta z Tekkena 2 (z Heihachim) i trwało to dobre kilkanaście godzin. No ale rozdzielczość miał słuszną, pewnie z jakieś 1024×768… – wspomina Tadek Zieliński. – Już w 1995 roku awaria sieci poważnie opóźniła prace nad jednym numerem, zwłaszcza nad działem internetowym, który w końcu zrobiłem na podstawie zawartości pamięci podręcznej – dodaje Wojtek Setlak.

Powód kryzysu leżał gdzieś indziej. Zamiast treści byt na rynku zaczęła gwarantować zawartość dołączanego krążka. Liczyło się to, jakie pełniaki się na nim znalazły.

– Precyzyjnie możemy powiedzieć tyle: żadne z pism ery „przedCDkowej” nie przeżyło uCDkowienia – wspomina Alex. – Większość zeszła dość szybko. Inne się zmarginalizowały, choć długo walczyły. Na rynku pojawiła się obok jakości treści nowa zmienna decydująca o decyzji czytelnika: jakość płyty. To obiektywnie obniżyło rolę samej treści. Z drugiej strony ciężko mieć pretensje, że ludzie chcieli kupować tanie pełniaki, w dodatku legalne. Sam dużo im ich dostarczałem w ramach mojej późniejszej działalności. Nie mam tu klarownej konkluzji.

List od czytelnika: 'I jeszcze jedna sprawa: odpuście sobie internet. Większość ludzi posiadających komputery nie ma za co kupić modemu (a co dopiero jakiegoś dobrego)'. Takie to były czasyList od czytelnika: ‘I jeszcze jedna sprawa: odpuście sobie internet. Większość ludzi posiadających komputery nie ma za co kupić modemu (a co dopiero jakiegoś dobrego)’. Takie to były czasy


Wojciech Setlak dodaje: – Co prawda poziom treści w Gamblerze nie obniżył się aż do końca, ale miał coraz mniejsze znaczenie. Wprowadzenie płyt było jednak nieuniknione. Pomagało pismom o grach skutecznie konkurować z internetem do czasu, aż ściągnięcie 100 MB przestało stanowić jakikolwiek problem techniczny.

Dariusz Michalski: – Bezpośrednią przyczyną było zerwanie przez „CD Action” porozumienia o niepublikowaniu pełnych wersji gier zawartego między wydawcami pism i gier. Porozumienie przetrwało bodaj dwa miesiące. Jego zawarcie oznaczało dla nas spore zmiany w myśleniu o piśmie. Chyba kierownictwo nie było gotowe na taki ruch konkurencji. A może nie byliśmy już w stanie nawiązać walki na pełne wersje?

Tadek Zieliński: – „Kółka” były ważne, bo napędzały klientów, ale z perspektywy autorów to nie miało żadnego znaczenia. My byliśmy małą grupką zapaleńców, którzy po prostu opowiadali o swojej życiowej pasji, jaką były (i w wielu przypadkach nadal są) gry. Ja mogę tylko powiedzieć, że przez całą moją dziennikarską karierę nie robiłem niczego po łebkach i nigdy nie pracowałem z ludźmi, którzy pisaliby gorzej czy mniej rzetelnie tylko dlatego, że pismo sprzedaje przyczepiona do niego gra.

„Gambler” zniknął na przełomie 1999 i 2000 rynku z przyczyn ekonomicznych. Alex: – Pismo długo nie było rentowne, i chyba nigdy nie było powtarzalnie i wystarczająco rentowne. Piszę „chyba”, bo do danych finansowych nie miałem wówczas dostępu. W tym czasie Lupusa kupiło wydawnictwo niemieckie WEKA, zaczęło racjonalizować biznes i uznało, że tego już im nie potrzeba.

– Poszczególne numery przynosiły zyski, ale jak się wszystko zbilansowało z kosztami stałymi wydawnictwa, to nie wychodziliśmy na swoje – dodaje Wojciech Setlak. – Nawet z perspektywy lat trudno rzec coś mniej ogólnikowego niż „rynek się skurczył”. Czemu wypadł z niego „Gambler”, a nie „CD Action”? Zapewne gorzej spełniał oczekiwania rynku. No i mniej wydawaliśmy na reklamę.

W 2011 roku, gdy już mało kto o „Gamblerze” pamiętał, marka wróciła w postaci serwisu internetowego tworzonego przez zupełnie innych ludzi. Poza nazwą i logiem nie miał wiele wspólnego z pierwowzorem i po niecałych dwóch latach stronę przestano aktualizować.

N

Przedostatni numer GambleraPrzedostatni numer Gamblera

ajlepsza historia z czasów Gamblera

Poprosiłem moich rozmówców o przypomnienie jakiejś anegdoty związanej z czasami, kiedy pracowali w „Gamblerze”. Oto one:

Aleksy Uchański: – Nie będzie growa! Ja byłem wtedy fanatycznym kibicem Legii Warszawa. I tak się złożyło, że jakoś zaraz jak przyszedłem do Gamblera, pojechaliśmy na targi Playbox do Katowic. Mieliśmy tam stoisko. Na pewno Wojtek Setlak tam był, no i ja. A zarazem tego samego dnia (chyba w sobotę) Legia grała z… GKS-em Katowice. Tyle że w Warszawie. Więc co zrobił wierny kibic? Zostawiłem trochę niezadowolonego Wojtka na stoisku, siadłem w swojego 7-letniego Poloneza, pojechałem do Warszawy na stadion, obejrzałem mecz, wsiadłem w Poloneza i wróciłem do Katowic na targi. BTW, Legia wygrała 1:0. Aha, mecz był transmitowany w Canal+, a Canal+ miał wtedy stoisko na targach. Całkiem sporo chłopaków z Katowic przyszło na PlayBox obejrzeć widowisko. Więc miałbym całkiem dobrą transmisję na miejscu. Ale to nie to samo co mecz na stadionie.

Wojciech Setlak: – Podczas lupusowej imprezy integracyjnej na zamku w Gniewie zorganizowano zawody w strzelaniu w kuszy. Redakcja „Gamblera” zajęła w nich pierwsze miejsce dzięki snajperskiemu oku naszej sekretarz redakcji Eli Jaworskiej. Nagrodą nie była jednak kusza, a szkoda, bo nieterminowi autorzy mogliby zyskać dodatkową motywację do pracy.

Tadeusz Zieliński: – Wszystkie historie, które przychodzą mi do głowy, nie nadają się do druku. Jedyne co ze wstydem mogę powiedzieć, to że przez Gamblera zacząłem palić.

Jacek Grabowski: – Przyznam, że dziś niewiele przypominam sobie z tamtych czasów. Ale dobrze pamiętam, jak namawiałem Aleksa Uchańskiego na przejście do „Gamblera”. Alex, dzisiaj szycha w wydawnictwie Ringier Axel Springer, podówczas był jeszcze młodzieńcem, ale zdolnym i wyróżniającym się. Współpracował z „Top Secretem” i wcale nie spieszył się do „Gamblera”. Pomogła dopiero huczna impreza w pubie Baryłeczka na Mariensztacie, podczas której użyłem swojego osobistego uroku i hektolitrów alkoholu. Udało się! Ale przypłaciłem to strasznym kacem, niestety również moralnym.

Dariusz Michalski: – Nie wiem, czy ta anegdota była gdzieś przytaczana. Dotyczy drugiego życia, jakie otrzymałem w Gamblerze. 4 grudnia 1996, czyli wkrótce po przejściu do pisma, zostałem wysłany do Lublina na targi gier komputerowych. Była paskudna pogoda, padał śnieg z deszczem, jechałem na niemal łysych oponach i przed Garwolinem wziąłem się do wyprzedzania. Na środku drogi zaczęło mnie obracać w jedną stronę. Odbiłem, ale na tyle nieskutecznie, że zaczęło mnie obracać w drugą. Przeleciałem na drugą stronę jezdni, przerachowałem i zatrzymałem się w rowie. Przy tej szosie w regularnych odstępach stoją drzewa. Wpadłem do rowu idealnie zaraz za drzewem, a zatrzymałem się w miejscu, gdzie powinno być kolejne, ale akurat tego jednego nie było. Inaczej bym się na nim owinął. Z samochodu nic nie zostało, ja miałem tylko zadrapanie od bransoletki zegarka. Wkrótce potem dostaliśmy od prezesa Marcina Turskiego, który był spiritus movens lubelskiej imprezy, zażalenie, że nie pojawiliśmy się na imprezie. W podtekście – bo nie chcieliśmy promować konkurencji dla Gambleriady. Jak się dowiedział, co się stało, z zażalenia się wycofał.

Mój mały 'debiut' w Gamblerze 7/1997 - na żółtych stronach ukazał się krótki tekst o... golfieMój mały ‘debiut’ w Gamblerze 7/1997 – na żółtych stronach ukazał się krótki tekst o… golfie

“Gambler” był moim ulubionym magazynem o grach i pierwszym, który wydrukował mój tekst (miałem wtedy 14 lat i przez miesiąc chodziłem napuszony jak paw). Ale w 1999 roku na rynku były już pisma o konsolach i to je zacząłem zbierać zamiast miesięczników, w których PSX, Saturn i N64 zajmowały skromną stronę czy dwie. Co nie zmienia faktu, że tak odjechanego i jednocześnie dojrzałego magazynu bardzo na rynku brakuje.

Marcin Kosman

Dodaj komentarz

Zaloguj się by skomentować
  Subskrybuj  
Powiadom o