Zmien skórke
Logo Polygamii

ZapowiedziGrałem w Warhammer 40000: Inquisitor – Martyr. Minimalna zawartość Inkwizytora w Inkwizytorze

Mechanicznie zapowiada się bardzo dobrze, choć wymaga zbalansowania. Gorzej, jeśli wgryźć się w świat Czterdziechy.

Facebook Twitter Google Wykop

Zawsze szkoda mi takich tytułów jak Inquisitor – Martyr. Po pierwsze dlatego, że zwykle robią je bardzo pozytywni i doświadczeni ludzie, wszak Neocore Games ma na koncie serię Van Helsing, która okazała się porządnym action-RPG. Szczerze powiedziawszy, King Arthur: The Roleplaying Wargame też miło wspominam. Po drugie – niestety Imperialna Inkwizycja nie do końca jest materiałem na hack & slasha. Wiem, brzmi dziwnie, ale… Ale najpierw wypada choć minimalnie poznać, kim my w ogóle gramy.

Wyobraźcie sobie organizację dysponującą nieograniczonymi zasobami materialnymi i ludzkimi oraz, co ważniejsze, nieograniczoną władzą. Inkwizycji nie może w Imperium odmówić nikt, poza samym Imperatorem. Mistrzowie zakonów Adeptus Astartes, Magosowie Mechanicus, nawet Wysocy Lordowie Terry (wśród których swoją drogą zawsze zasiada przedstawiciel Inkwizycji) – wszyscy muszą być im posłuszni, choć oczywiście różnie z tym bywa i doświadczeni Inkwizytorzy wiedzą, że lepiej poprosić o pomoc Kosmicznych Marines niż jej od nich żądać.

Jest to też jedyna w pełni autonomiczna organizacja, której członkowie mogą skazywać na śmierć zarówno ludzi, niezależnie od ich rangi, jak i całe światy. Oczywiście to wszystko nie oznacza, że Inkwizytorzy nic nie robią, tylko przeprowadzają bombardowania wirusowe całych układów gwiezdnych czy latają od planety do planety, urządzając wojny.

Warhammer 40000: Inquisitor - Martyr
Mogą też "poprosić" Rogue Tradera o podwózkę. Albo urządzić sobie na jego statku mobilną bazę

Wielu jednak preferuje działać subtelniej, po cichu prowadząc, często ciągnące się dziesięcioleciami, śledztwa. Budują siatki kontaktów, tworzą swoją koterię, łączą się w kabały z innymi Inkwizytorami, zawierają sojusze i je zrywają. Często zdarza się, że władze planety w ogóle nie wiedzą, że w ich jurysdykcji działa Inkwizytor. Szukając, kopiąc, przesłuchując i oceniając.

I tego Inquisitor – Martyr nie oferuje, sprowadzając Inkwizycję do roli bezmyślnych siepaczy zrzucanych na powierzchnie opanowanych przez Chaos planet i przebijających się przez tabuny heretyków, demonów i innego ścierwa. Owszem, tacy też występują, ale to ledwie ułamek tego, czym ta organizacja się zajmuje. A jeśli już, to zwykle robi to z pomocą albo lokalnych sił zbrojnych, albo własnych wojsk.

Może uda się coś wpleść w finalną wersję, bo ta ma mieć fabułę, jednak sama filozofia hack & slasha uniemożliwia jakąś głębszą rozgrywkę na kształt książek o Eisenhornie czy Ravenorze. Szczerze powiedziawszy, w tego typu grze widziałbym albo jakieś gangi, albo łowców nagród, albo nawet Rogue Tradera, a nie Inkwizytora. Bo na razie to czuję się, jakbym grał członkiem jego świty. I to takim średnio lubianym, bo trafiającym w największe i najnudniejsze bagno.

Jeśli jednak na całość spojrzymy nie z perspektywy fana Warhammera 40000, a po prostu kogoś, kto lubi hack & slashe, to okazuje się, że mamy całkiem solidnie zapowiadający się tytuł. Generalnie widać, że za grę bierze się ekipa z pomysłem, przynajmniej w kwestii samej rozgrywki. Choć mamy klasy postaci – na razie dwie i trzecią w drodze – nie jesteśmy aż tak bardzo ograniczeni do konkretnego stylu. Bohaterowie nie mają umiejętności sami z siebie, ale dobierając im odpowiedni sprzęt, możemy stworzyć unikalny styl gry.

Wyposażenie jest co prawda ograniczone do danej klasy, zatem Krzyżowiec nie użyje egzotycznych mieczy Zabójczyni, ale już w tym obrębie jest z czego wybierać i można stworzyć postać skupioną na obronie albo po prostu klasycznego DPS-a w wariancie walki w zwarciu bądź na odległość. Ja na przykład porzuciłem charakterystyczną dla Krzyżowca tarczę i dzierżąc w jednej ręce piłomiecz, a w drugiej pistolet plazmowy, odpalałem plecak odrzutowy, by wpaść w sam środek wrogiej grupy, rozrzucając wszędzie flaki i posokę. Z kolei inni, z którymi grałem (bo jest multiplayer – zarówno kooperacja, jak i PVP), wykorzystywali rozstawiane wieżyczki, bawili się pułapkami i karabinami snajperskimi albo po prostu siali zniszczenie z pomocą ciężkich bolterów.

Do wyboru mamy całą gamę czterdziechowego sprzętu. Topory energetyczne, piłomiecze, boltery, broń plazmowa, laserowa, melta-broń, miotacze ognia, tarcze, do tego akcesoria typu granaty, osłony, teleportery i tak dalej. Oczywiście są też zbroje, implanty, pieczęcie czystości. Mokry sen każdego tech-kapłana. Niemal każdy element wyposażenia daje nam umiejętności z nim związane – karabinem laserowym możemy oddać precyzyjny strzał kończący się „krytolem”, a tarczą przywalić w ziemię, ogłuszając przeciwników.

Nie mogło też zabraknąć rozbudowanego craftingu umożliwiającego tworzenie, rozmontowywanie czy ulepszanie przedmiotów oraz… misji. Inquisitor – Martyr pozwala na craftowanie własnych misji z pomocą specjalnych kart tarota i systemu punktów przeznaczenia. Z zadań tych wypada nie tylko więcej doświadczenia, ale też lepsze przedmioty; bo tutaj wszystko kręci się wokół przedmiotów, jak na porządnego przedstawiciela gatunku przystało.

Dlatego szkoda, że ten system – choć bardzo ciekawy – kuleje. Bo owszem, jest różnica między strzelaniem z boltera, a karabinu plazmowego, ale między strzelaniem z boltera i boltera +1 już niespecjalnie. Progresja ekwipunku jest praktycznie niezauważalna, a do tego powolna i niedająca większej satysfakcji. Pamiętacie radość, kiedy w Diablo II z bossa wypadł lepszy miecz? Tutaj też wypada, ale albo jest słabszy od obecnie przez nas noszonego, albo różnica jest minimalna, albo w sklepiku na statku znajdziemy za nieduże pieniądze coś porządniejszego.

Na razie, w kontekście pełnej wersji, nie ma co się tym za bardzo przejmować. Po prostu widać elementy, na których ekipa obecnie się skupia i – co bardzo ważne – robi to dobrze. Pomijając już kwestię naprawdę ciekawego systemu ekwipunku czy craftingu misji, w Inquisitor – Martyr gra się po prostu przyjemnie. Otoczenie można niszczyć, poza zwykłym mięchem znajdziemy też oficerów, Kosmicznych Marines Chaosu, demony czy Helbrute’y. Cały czas mamy co siekać. Zresztą, rozłupywanie kolejnych fal heretyckiego ścierwa to czysta frajda i kiedy mocniej wciskamy przycisk myszy, żeby piłomiecz dłużej wgryzał się w toczone chorobą ciało Plaguebearera, czujemy niemałą przyjemność.

Jednak do poprawy jest sporo; przede wszystkim trzeba zbalansować zdobywanie doświadczenia i ekwipunku, a choć większość elementów da się zmienić z pomocą mniejszych i większych łatek, z jednym problemem twórcy nic nie zrobią. Inquisitor – Martyr ma zadatki na świetnego hack & slasha, ma nawet zadatki na dobrą grę z Warhammera 40000, ale nie będzie to dobra gra o Inkwizycji. Niekoniecznie bym ją z tego powodu skreślał, bo przecież Van Helsing też nie był o Van Helsingu, ale ostrzegam, że jeśli szukacie tu porywającej historii połączonej z ciekawymi śledztwami i jeszcze ciekawszymi postaciami, to się rozczarujecie.

  1. Kalimdor
    11:31 01.12.2017
    Kalimdor

    No szkoda…. Bardziej by mi odpowiadał jakiś zapomniany chapter w oku terroru ale no i niech będzie i ta herezja.

  2. igimat
    20:20 01.12.2017
    igimat

    W jaki sposób zapowiedziana gra action RPG zmieniła się w twoich fantazjach w grę o bogatej fabule?