Zmien skórke
Logo Polygamii

RecenzjeVikings: Wolves of Midgard – recenzja. Ragnarök niepotrzebny

Myślałem, że czas podrabiania Diablo mamy już za sobą.

Facebook Twitter Google Wykop

Victor Vran czy The Incredible Adventures of Van Helsing – by nie wspomnieć już o grach, które nie tyle Diablo kopiują, co rzucają mu wyzwanie – pokazywały, że można na ogranych fundamentach stworzyć coś ciekawego. Tego samego próbuje Games Farm z Wolves of Midgard, ale zalicza zbyt dużo potknięć, by liczyć na sukces. Choć daleki jestem od twierdzenia, że jest to gra zła.

Platformy: PC, PS4, Xbox One
Producent: Games Farm
Wydawca: Kalypso Media Digital
Dystrybutor: cdp.pl
Data premiery: 24.03.2017
Wymagania: 2,1 GHz Dual Core; 4 GB RAM; GTX460 2GB
Graliśmy na PS4. Grę do recenzji udostępnił dystrybutor, zdjęcia pochodzą od redakcji.

Trzy kampanie, które składają się na opowieść o wodzu plemienia Wikingów (można grać też kobitką) walczącemu najpierw o odbudowanie zniszczonej atakiem lodowych gigantów osady, a potem starającego się powstrzymać Ragnarök, zaliczyłem w 13 godzin. Moje wrażenia zmieniały się w tym czasie dwukrotnie. Na gorsze.

Na Odyna!

Przez kilka pierwszych godzin towarzyszyła mi myśl, że Wolves of Midgard jest lepsze niż sądziłem. Bardzo dynamiczne jak na hack and slasha. Uzbrojony w tarczę i miecz Maciu Macioffson sprawnie przeskakiwał od jednego przemielonego wroga do drugiego. Gdy wchodził „krytyk”, czas zwalniał, a kamera robiła najazd na żegnające się z ciałem członki pechowego przeciwnika. Po wbiciu kilku poziomów szlachtowanko zaczęło być urozmaicanie przez ciosy specjalne.

W Wolves of Midgard nie ma klas postaci jako takich

W Wolves of Midgard nie ma klas postaci jako takich. Zamiast tego do każdego stylu walki (broń dwuręczna, broń i tarcza, kostur, łuk, broń w każdej ręce) przyporządkowany jest bóg z nordyckiej mitologii. Ofiarując mu zdobytą na polu walki krew, możemy kupować umiejętności pasywne i aktywne.

Uszanowanko

A potem je ulepszać. Wystarczy zmienić uzbrojenie, by zmienić ich zestaw. W teorii to rozwiązanie pozwala na elastyczność i zmianę stylu zabawy w trakcie jednej rozgrywki bez konieczności tworzenia nowej postaci. W praktyce – rozwijając umiejętności miecza i tarczy, miałem dokładnie zerową motywację, by próbować czegoś innego. Po co w połowie gry porzucać umiejętności i od zera ładować się w inne drzewko?

To wciąż hack and slash, więc siekanie, siekanie siekaniem pogania

Na normalnym poziomie trudności gra absolutnie nie zmusza do żadnego wysiłku czy kombinowania z buildem. Zresztą atakujące gracza hordy są tu skromniejsze niż u konkurencji. Częściej walczymy z mniejszą liczbą silniejszych – korzystających z umiejętności czy potrafiących blokować ciosy – wrogów niż z zalewem mięsa armatniego. Dzięki temu walka jest ciut bardziej osobista, choć nie będę też czarował – to wciąż hack and slash, więc siekanie, siekanie siekaniem pogania.

Dużym plusem gry jest sensowne czerpanie z mitologii nordyckiej. Ale nie tylko, bo w trakcie przygody przyjdzie nam szukać sprzymierzeńców również na ziemiach Albionu – pewnie wiecie, co to oznacza. W ogóle jeśli idzie o różnorodność lokacji, to Wolves of Midgard naprawdę daje radę. Wpleciono też urozmaicenia – w skutych lodem jaskiniach Niflheimu od czasu do czasu trzeba się ogrzać przy palenisku. W lokacjach wypełnionych ogniem i lawą – odwrotnie. Choć dziwi na przykład fakt, że taki twardziel jak Maciu Macioffson mógłby bać się ciemności, przed którą ratują pochodnie.

Jedne lokacje wyglądają lepiej, inne gorzej, ale patrząc na dewelopera i wydawcę, spodziewałem się tu dużo niższych walorów produkcyjnych. Tymczasem to całkiem ładna gra. A najlepszym elementem oprawy jest fantastyczna ścieżka dźwiękowa. Bynajmniej nie grająca na jedno – folkowe – kopyto, a mocno urozmaicona, dająca motywacyjnego kopa, by przeć przed siebie.

Siecz, siecz, zieeeeewcz

No właśnie – przeć. Gdy minęły pierwsze godziny, podczas których okazało się, że Wolves of Midgard nie jest takie złe, miesiąc miodowy się skończył. O ile początkowo zachwycało mnie zróżnicowanie przeciwników, to później okazało się, że cały czas widuję tych samych. I nawet mając kilka poziomów mniej niż oni – bo dość prędko dałem sobie siana z nużącymi misjami pobocznymi pokroju „wróć jeszcze raz na tę samą mapę i zabij 50 wilków” – dalej nie musiałem się spinać.

Za to zaczęły denerwować braki systemu walki. W przypadku większych wrogów gra zalicza trafienia losowo. Uciekałem więc spod topora czy kopniaka, a i tak pasek zdrowia malał. Do unikania ataków służy tu turlanie się, ale ma takie opóźnienie, że w praktyce w większości przypadków jest bezużyteczne.

Mocno rozczarowują też zawsze wpisane w ten sam schemat misje

Mocno rozczarowują też zawsze wpisane w ten sam schemat misje, z najdurniejszym backtrackingiem jaki można sobie wyobrazić. Nie ma tu co liczyć na skróty. Gdy dojdziesz do celu, gra i tak wyśle cię na drugi koniec mapy. Czasem nawet na trzeci i czwarty, bo do otworzenia bramy konieczne będzie jakieś ustrojstwo.

Lepiej nie dało się tego ująć

A schemat, o którym wspomniałem, oznacza, że przed spotkaniem z bossem lokacji zawsze trafimy na kociołek odnawiający zdrówko i użycia leczniczego totemu. W trakcie przechodzenia misji nie ma się więc co oszczędzać. Zresztą bossowie – z kilkoma wyjątkami – to słabiutki element gry. Sami zobaczcie starcie z parką z drugiej połowy rozgrywki. Bez przygotowania, bez kombinowania.

Ciuszki nie cieszą

Wolves of Midgard rozczarowuje też w temacie absolutnego abecadła gatunku. Niby możemy sprowadzić do wioski kowala, płatnerza, mistrza run i jeszcze kilku specjalistów. Ale po co korzystać z ich usług, gdy po godzinie-dwóch cały ekwipunek gracza składa się już ze zdobytych na wrogach legendarnych przedmiotów? Po co miałbym wykuwać zbroję, gdy do wyboru mam pancerze Odyna, Beowulfa czy Fafnira? Początkowo przejmowałem się jeszcze tym, że ciężka tarcza czy zbroja spowalnia bohatera, ale potem doszedłem do wniosku, że nie ma to żadnego wpływu na rozgrywkę. A swojego arsenału nie zmieniałem przez jakieś ostatnie 4 godziny kampanii.

Kampanii, która jest zresztą o połowę za długa. Która zwyczajnie nudzi i traci atuty, gdy wysyła gracza na kolejną misję, która ewidentnie została dodana, by wydłużyć czas rozgrywki. Jak na dłoni widać tu zadania z jakimś pomysłem na siebie i „spulchniacze”. Pod koniec już bezceremonialnie ziewałem i oglądałem seriale na tablecie. Bez nich pewnie bym przy Wolves of Midgard zasnął, bo wszystko, co gra miała mi jeszcze do zaoferowania, widziałem wcześniej.

Jest tu tryb sieciowej kooperacji i nawet działa. Nie ma natomiast nic więcej. No, poza New Game+, które zachowuje poziom i umiejętności, ale odbiera wszystkie przedmioty. Ale nie wiem, czemu ktokolwiek chciałby przechodzić Wolves of Midgard dwa razy.

Jak na dłoni widać tu zadania z jakimś pomysłem na siebie i „spulchniacze”

Szlag

Gra byłaby dużo lepszą propozycją dla fanów gatunku, gdyby nie była wypchana niepotrzebną watą. Niepotrzebną z punktu widzenia frajdy gracza, ale chyba konieczną, gdy chce się sprzedawać grę za 220 zł – właśnie tyle wersja konsolowa kosztuje w sklepie dystrybutora. Kogoś mocno poniosło. To nie jest tytuł zły. Ale w tych okolicznościach absolutnie zbędny. Nic nie stracicie, po prostu go ignorując.

ZAGRAĆ?
OSTATECZNIE
2.5