Zmien skórke
Logo Polygamii

To nie jest kraj dla starych... twórców gier? Roland Pantoła o polskim gamedevie

Kojarzycie opublikowany na Polygamii niecałe dwa tygodnie temu wywiad z Rolandem Pantołą? Nasz rozmówca ma jeszcze coś do dodania.

Przeprowadzony przez Tomasza Mochockiego, opublikowany także na Polygamii wywiad z Rolandem Pantołą był prawdziwą retrociekawostką. Unikalną możliwością dowiedzenia się, jak to kiedyś było. Jeżeli czytaliście tamten tekst, to też zapewne pamiętacie, że Pantoła początkowo był niechętny rozmowie. Uważał, że jego wspomnienia mało kogo zainteresują. Cóż, mylił się. Co przyznaje w dalszej korespondencji.

Nie spodziewałem się takiego zainteresowania moimi wypocinami. Dziękuję za propozycję wywiadu, bo nie byłem do tego przekonany. Nie udzielam się na forach growych, bo nie lubię wdawać się w dyskusję o nieistotnych detalach, a z reguły do tego to prowadzi. Analizuję to, co się dzieje w grach. Szukam ogólnych trendów i nowych rozwiązań. Tych ostatnich jest coraz mniej. Jak się dostrzega rozwiązania ogólne, można kiedyś to wykorzystać. Szczególnie chodzi o gameplay, który jest moim konikiem. Przymierzam się od jakiegoś czasu do napisania jakiejś większej formy o grach komputerowych. Odzew na ten wywiad trochę mnie zmobilizował, może się uda. Wiele wniosków i analiz mi się uzbierało, zwłaszcza, że oglądałem wszystko z różnych perspektyw (i to tyle lat).

Mowa nienawiści w internecie niszczy w „realu”. Okazanie zainteresowania, przychylne opinie, słowa wsparcia czy zdawkowy komentarz „ciekawe, dzięki” potrafią natomiast niezwykle podbudować autora. Coś o tym wiem. Czy jak w przypadku tego wywiadu, rozmówcę autora wywiadu.

W rozmowie z Tomkiem, Roland opowiadał o swoim epizodzie w People Can Fly. Jak ledwie kilka lat po premierze jego gier, nikt z młodych pracowników firmy go nie kojarzył. Teraz podzielił się kolejną branżową ciekawostką, którą pozwolił przedstawić szerszej publiczności. Potraktujmy to jako aneks do tamtego wywiadu.

Dwa lata temu temu miałem ciekawe zderzenie z obecnym przemysłem growym. Ze względów finansowych poszedłem na rozmowę kwalifikacyjną do jednej z dużych firm, w której wcześniej pracowałem trzy lata. Ze zdziwieniem dowiedziałem się, że będą mnie „egzaminować” ludzie, którzy w branży są około 3 lata. Oczywiście przedstawiłem moje CV, co im absolutnie nic nie powiedziało. Ekipa kierownicza zmienia się w tej firmie co kilka lat. Czekałem na jakieś fachowe pytania (fachowa rozmowa była, gdy starałem się dostać dawno temu do People Can Fly), ale się nie doczekałem, więc zacząłem sam opowiadać.

Między innymi o tym jak zrobić dobry level, dobry gameplay itp. Niestety, jak zaczynam mówić o grach, to trudno mi skończyć, o czym wiedzą ludzie, którzy do mnie dzwonią. Obserwowałem bardzo duże zdziwienie na twarzach moich egzaminatorów. Zrozumiałem, że zastanawiali się pewnie, o czym ten facet truje. Skoro tak, zacząłem zadawać im pytania, żeby wyjaśniać, jeśli czegoś nie rozumieją. Z rozpędu odwróciłem role, za późno się jednak zorientowałem. Poprosiłem więc, aby oni zadawali mi pytania, bo chyba tak to miało wyglądać. Pytali mnie tylko, co robiłem wcześniej w ich firmie!!!.

Po trzech tygodniach doszła do mnie informacja, nie wprost, że jestem niekomunikatywny i nie nadaję się do robienia gier. Nie wiem, jak jest w innych firmach, ale jeśli tak to wygląda, to chyba dzieje się coś nie tak w branży.

Powyższy fragment trochę mrozi krew w żyłach, sugerując niekompetencję rekruterów. Choć daleki byłbym też od generalizowania, że tak jest w całej branży. Sporo w niej zapaleńców, którzy jeżeli nawet rzeczywiście mają krótki staż, to od lat grają, nadrabiając też retrozaległości i związane z nimi historie. Jeżeli się zastanowić, to wypowiedź Pantoły układa się jednak w pewną logiczną całość. Bo ilu kojarzymy wciąż aktywnych polskich twórców gier posiadających kilkudziesięcioletnie doświadczenie?

Mnie na myśl przychodzi Maciej Miąsik (który, co ciekawostka, pracował z Pantołą). W tym roku dostaliśmy od niego BeatCopa, nowa gra już powstaje pod egidą Movie Games. Ale co z innymi? Ludźmi, którzy byli pionierami polskiego gamedevu? Lektura książki „Nie tylko Wiedźmin. Historia gier komputerowych” czy właśnie internetowych publikacji w stylu linkowanego wywiadu albo naszego reportażu w GoG.com pokazują, że tamtych autorów dziś już w branży raczej nie ma. Czasem ciężko ich w ogóle znaleźć. Ekipa GoG opowiadała o swoich małych dochodzeniach, w których szukają autorów gier posiadających prawa do klasyków. Marcin Kosman po publikacji swojej książki wspominał, że znalezienie ludzi aktywnych w branży 2-3 dekady temu nieraz kończyło się działaniem niemal po omacku, porównywaniem zdjęć w mediach społecznościowych z archiwalnymi i niezliczonymi próbami kontaktu. A mowa przecież o ludziach, którzy często wymyślali o ile nie całe gatunki gier, to ciekawe mechanizmy, będąc też na bieżąco z obecnymi trendami czy technologią. Dziś często nie ma jednak dla nich miejsca.

Ciekawe, jak to wygląda z drugiej strony. Może zbyt długi staż jednak nie służy? Może starsi twórcy musieliby wykazać więcej pokory przed o wiele młodszymi przełożonymi? A może po prostu branżowych dinozaurów nie ma dziś w przemyśle gier, bo nie chcą w nim być? Praca w swoim hobby to świetna rzecz, która jednak wypala jak diabli.

Paweł Olszewski

Więcej na temat:

  1. 11:42 21.11.2017
    wiaderny

    Mnie dość mocno interesuje, co mają do powiedzenia ludzie tacy, jak Pan Pantołą. Wolę po prostu „starą szkołę robienia gier”, tamte historie, sposoby i idee, niż to, co serwują współczesne nam fabryki koszenia pieniążków typu EA (gdzieś ostatnio przeczytałem, że tam szefują ludzie, którzy nie znają się na robieniu gier, tylko robieniu pieniędzy, ale mowa tu właśnie o tych, co naciskają na „otwarte światy i gry jako usługi, bo to się lepiej monetyzuje”, a nie np. Redach).
    Tak więc, Panie Rolandzie, proszę pisać, ja przeczytam chętnie.
    PS. Mam pewną koncepcję w temacie ogólnych trendów i nowych rozwiązań, niech Pan zostawi jakiś kontakt w artykule, proszę 😉

    Ukryj odpowiedzi()
  2. indeed
    13:21 21.11.2017
    indeed

    Jesli chodzi o rekrutacyjne niepowodzenie to wydaje mi sie, ze w tym przypadku zabraklo troche tzw „soft skilli” u deva, ktory ze swojego opisu w pewnym momencie zaczal odpoytywac rekruterow. Inna sprawa, ze dev chyba nie musi byc w tej kwestii szalenczo wykwalifikowany – choc z drugiej strony pracujac z tlumem innych devow, moze i takie umiejetnosci sa cenne 😉

    Sorry za brak PL znakow – firmowy komp 🙂

    Ukryj odpowiedzi()
  3. 21:26 21.11.2017
    PaczajWSerce

    Ciekawe co to była za firma z takimi debilami rekruterami. Wiem, bo sam równiez rekrutuje (nie gamedev, niestety) i punkt w CV kandytada w postaci „juz tu kędyś i onegdaj pracowałem”, byłby pierwszym punktem zaczepienia.
    Z drugiej strony jesli popularny ostatnio CDR nałapał takich żab na stanowiska pół-managerskie (mam na myśli typów w rodzaju owych młodych rekruterów), to cały dział CDRHR jest do zaorania i nic dziwnego, że tam sie dzieją dantejskie sceny, a ludzie uciekają.