Zmien skórke
Logo Polygamii

RecenzjeTiny Metal – recenzja. Skoro samouczek mamy już za sobą…

Miał być spadkobierca Advance Wars. Jest?

Facebook Twitter Google Wykop

Idą dobre czasy dla fanów taktycznych gier, które w mniejszym lub większym stopniu czerpią inspiracje z wspomnianej serii. Nie mogę się doczekać Wargroove, Into the Breach również zapowiada się pysznie. Ale pierwsze przeniesie nas w realia fantasy, a drugie ma sporo wspólnego z Pacific Rim. Tiny Metal to turowa strategia, która ma pancerną duszę. Wróć. Ma czołgi, artylerie i latające fortece. Duszy jako takiej nie stwierdzono.

Platformy: PC, PS4, Switch
Producent: Area 35
Wydawca: Sony Music Entertainment
Dystrybutor: –
Data premiery: 21.12.2017
PL: Nie
Graliśmy na PS4.
Grę do recenzji dostarczył wydawca.

Przede wszystkim to gra wypuszczona zbyt szybko

Przede wszystkim to gra wypuszczona zbyt szybko. Widać to już na pierwszy rzut oka, gdyż pod opcją multiplayer w menu widnieje informacja, że takowa zostanie dodana… wkrótce. Spokojnie, jest całkiem długa kampania fabularna, którą dodatkowo można sobie wydłużyć, szukając wszystkich sekretów (jednostki, ukryte misje). Również w trybie New Game+. Ale po spędzeniu z nią i z pojedynczymi misjami w trybie skirmish 10 godzin dziwne rozwiązania, braki i niedoróbki widzę na każdym kroku. Są tu jak chwasty, które przed premierą powinny zostać wyplewione przez producenta.

Czasem jedynie dziwią. Na przykład gdy jednostki na polu walki zgłaszają gotowość płynną angielszczyzną, a na zakończonej chwilę wcześniej odprawie bohaterowie mówili po japońsku. Czasem irytują. Gdy wspomniana odprawa to dwie, trzy czasem nawet pięć minut przeklikiwania się przez pozbawione polotu dialogi dwóch portretów, w których każde „och!” musi mieć swoją kartę dialogową.

Opowiadana w Tiny Metal historia nie jest niczym wybitnym, ale swoje zakręty ma. I byłaby plusem gry, gdyby zaprezentowano ją w przystępniejszej formie. Wiecie, jak żenująco wygląda scena bohaterskiej śmierci rozpisana na dwie gadające sylwetki? Ja już wiem. Wiem też, jaką ulgę czułem, gdy po uruchomieniu opcji przewinięcia gadania „na podglądzie”, uświadamiałem sobie ile jeszcze czasu bym na nie stracił.

Gadka, misja, gadka w trakcie misji, podsumowanie i następne zadanie. Tiny Metal opiera się na klasycznym schemacie. Z kilkoma urozmaiceniami, jak ukryte misje czy specjalni bohaterowie, którzy pomiędzy zadaniami nie tracą rangi.

Ale ich też czasem trzeba znaleźć. A potem na polu bitwy wyszukać budynek pozwalający ich wezwać.

Rozgrywka Tiny Metal ma solidne fundamenty. Sporo zróżnicowanych jednostek, których silne i słabe strony są mocno akcentowane przez ciasne mapy. Sytuacje, w których na ekranie obserwujemy swoisty przekładaniec z obu armii zgromadzonych na sąsiadujących polach nie są tu rzadkością.

Rozgrywka Tiny Metal ma solidne fundamenty

Autorzy postarali się o rozsądną głębię. Im dalej w kampanię, tym więcej typów jednostek trafia pod komendę gracza. Piechota dość szybko traci na bojowym znaczeniu, ale tylko ona może przejmować miasta i budynki. Pierwsze dostarczają pieniędzy, drugie (fabryki, lotniska) pozwalają wydać je na nowe maszyny i oddziały. W ostatnich misjach zdarza się nawet, że zaczynamy tylko z kasą na koncie i armię trzeba zbudować od zera.

Właśnie w nich (i w pojedynczych skirmishach), gdy gracz zostaje spuszczony ze smyczy, najlepiej widać potencjał taktycznej warstwy Tiny Metal. No, jego namiastkę, bo choć knucie jak najlepiej wykorzystać swoje siły jest przyjemne, po jakimś czasie zauważa się, że SI wrogów Westpoint na pewno nie skończyło.

SI wrogów Westpoint na pewno nie skończyło

Same misje z rzadka są bardziej urozmaicone niż „zabij wszystkich wrogów lub zdobądź ich bazę”, więc o scenariuszach przypominających sprytne, taktyczne zagadki możecie zapomnieć. O presji ze strony krzemowego oponenta również. Dysponując ilościową i jakościową przewagą jednostek, cierpliwie poczeka, aż uzbieracie kasę na armię, która zdoła go pokonać. Żenująco łatwo poświęca w swojej turze atak najmocniejszych jednostek, by ubić podsuwaną mu pod nos piechotę. Która nawet nie zadrapałaby karabinami pancerza metala (tutejsze czołgi). Niechętnie przejmuje budynki gracza czy w ogóle zbliża się do jego bazy. Nie produkuje też tylu jednostek, ilu by mógł. Więc jeśli pomysł na szybkie wdarcie się do wrażej bazy nie wypali, prędzej czy później i tak wybijemy jego jednostki w myśl strategii „kupą, mości panowie”.

Wiecie, co jest w Tiny Metal najtrudniejsze? Powstrzymanie SI od samobójczych ataków pod koniec misji. To czas na przeszukanie mapy pod kątem sekretów. Samo w sobie wkurzające przez mgłę wojny, która nie tylko nie pozwala jednostkom ruszać się dalej niż widzą. Ona nie przepuszcza nawet kursora, nie dając graczowi szans na ocenę, w którym miejscu znajdują się granice mapy. A gdy już widać sylwetkę budynku do zbadania, okazuje się, że konsola postanowiła spróbować szans opancerzonego transportera w starciu z dopakowanym kolejnymi awansami śmigłowcem bojowym i misja się kończy. A zwycięstwo smakuje jak porażka.

Listę mniejszych lub większych głupotek, przeoczeń czy nawet wizualnych utrapień (zielona plansza z zielonymi jednostkami wroga jest <sarkazm> suuuper) mógłbym jeszcze ciągnąć, ale nie wydaje mi się, by Tiny Metal zasługiwało na więcej znaków w recenzji.

Autorzy zapowiadają, że poprawa algorytmów SI to dla nich priorytet. Ale skoro multiplayera nie ma, a SI kuleje, to dlaczego stwierdzili, że gra jest gotowa i chcą za nią ponad 100 złotych? Najgorsze, że być może pogrzebano w ten sposób szanse gry na rozkwitnięcie.

Nie mam żadnych złudzeń, że fabularna kampania miała być tu tylko samouczkiem przed sieciowymi bataliami. Świadczy o tym jej konstrukcja, poziom trudności oraz fakt, że niektórym jednostkom nie daje zabłysnąć. Bezużyteczne są chociażby radary (z wyjątkiem samolotu AWACS, ten rządzi) i artyleria. By być skuteczne, muszą działać w tandemie, a to droga i nieefektywna zabawa, gdy przeciwnikiem jest tutejsze SI. Inaczej mogłoby być w starciu z graczem, który też tonie w tej cholernej mgle wojny i nie ma pojęcia, skąd nadejdzie atak.

Nie mam złudzeń, że fabularna kampania miała być tu tylko samouczkiem przed sieciowymi bataliami

Opis jednostki specjalnej piechoty sugeruje tu działanie za liniami wroga. Ale grając z konsolą nie ma czegoś takiego. Jest tylko linia frontu, która nieuchronnie zbliża się do jego bazy. I znów – widzę, że ta bardzo mobilna jednostka mogłaby być przydatna przy przejmowaniu niechronionych budynków w starciu z żywym graczem.

Ale takie Tiny Metal istnieje jedynie w mojej wyobraźni. Gra, która trafiła do sprzedaży, jest tylko jego namiastką. Do tego drogą. Z każdą godziną coraz bardziej nużącą (animacje ataku włączałem tylko, po to, by zrobić fotkę nowej jednostce). Czyli przeciwieństwem tego, czym porządna strategia powinna być.

ZAGRAĆ?
OSTATECZNIE
2.0

  1. Aimagylop
    11:36 17.01.2018
    Aimagylop

    Jak na apkę na androida to nie jest źle. Oh wait.