Zmien skórke
Logo Polygamii

RecenzjeTeenage Mutant Ninja Turtles: Mutants in Manhattan – recenzja. Cawałbagna

To nie jest dobry rok dla Żółwi. Zawiodły w kinie, zawodzą w grze.

Nie lubię takich rollecoasterów, na jakie zabiera nas ostatnio Platinum Games. Po Transformersach nikt niczego szczególnego się nie spodziewał, ale fani zostali przyjemnie zaskoczeni. Nie ma co szczególnie przesadzać z zachwytami, ale to była po prostu fajna gra. A skoro tak, to w przypadku Teenage Mutant Ninja Turtles: Mutants in Manhattan zaczęliśmy mieć już bardziej sprecyzowane oczekiwania. I znów zaskoczenie. Ale in minus.

Rany, ile to już lat minęło, odkąd mogłem jarać się czymś z Żółwiami Ninja. Ostatnim razem chyba przy Teenage Mutant Ninja Turtles z Xbox Live Arcade, w które z dziką radością cięliśmy z kumplami z ówczesnej Polygamii. Prostacka naparzanka z kilkoma urozmaiceniami w zupełności wystarczyłaby mi i dziś. Tyle, że cena Mutants in Manhattan wskazuje, że miał to być tytuł z wyższej półki. A nie jest – w tej grze mało co działa.

2000 pizz pepperoni

Jedynym plusem, który przychodzi mi do głowy są sami bohaterowie. Pomiędzy misjami jest trochę scenek, w których Mikey, Donnie, Leo i Raphael mogą podokazywać i skrzętnie z tego korzystają, pokazując swoje charakterki. Okazjonalnie uśmiech na twarz wrzuci nam nawet sam mistrz Sprinter. Fajnie się patrzy na te pociągnięte mocnym, cell-shadingowym sznytem animacje. Szkoda, że nie są wstępem do ciekawszej gry.

To naprawdę fajnie wygląda w ruchu
Oddział specjalnej troski

Czego chcą fani Żółwi? Naparzanki. W czym Platinum jest dobre? W naparzankach. Więc czemu po zagraniu drugiej misji, miałem już tej gry dość? Zacznijmy od tego, że każda z nich to ten sam schemat. Nasza banda (zawsze we czterech, nawet gdy grasz sam) trafia do jakiejś małej lokacji udającej otwartą, by wykonać tam szereg bzdurnych, powtarzających się i zaprojektowanych na zasadzie „stójcie tu, a my dorzucimy 7 wiader przeciwników” zadań. Niezależnie od tego czy trzeba rozbroić bombę, pokonać wyznaczonych zbirów, zniszczyć jeżdżący wokół bloku van czy dostarczyć coś gdzieś (w różnych odmianach), zawsze odbywa się to na zasadzie dobiegnij/doskocz przez pustą i brzydką planszę, a potem opędzaj się od chmary wrogów przez kilka minut.

SI może nas chronić, albo szukać celów. Mało to zmienia

Dobiegnij/doskocz przez pustą i brzydką planszę, a potem odpędzaj się od chmary wrogów przez kilka minut.

W pierwszej misji nie było to jeszcze takie złe, bo nie wiedziałem, że dalej jest tak samo. Tylko gorzej. Niestety późniejsze zadania wyglądają na próbę ukarania graczy za to, że sięgnęli po ten tytuł. Nie dość, że ganiania w tę i nazad za bzdurnymi zadaniami jest więcej a przeciwnicy twardsi, to w trakcie pomniejszania ich numerów walą w nas pioruny, wiatr nie pozwala utrzymać równowagi, a jakieś fioletowe guano wyglądające jak błąd w teksturze odbiera nam władzę nad bohaterem na kilka boleśnie długich sekund. Nie wspomniałem jeszcze o wybuchających beczkach czy granatach, które wyrzucają nas w powietrze nawet, gdy jesteśmy poza zasięgiem. I błędach. Masie, MAAAAAAAASIE błędów. Od wtapiania się w otoczenie (np. w ogień…), po automatyczne skakanie postaci.

Może żeby to wyrównać, czasem dostaje się też przeciwnikom. Co powiecie na to, że wielki, okładany przez 4 Żółwie drab nagle gubił orientację (nad głową pojawiał mu się pytajnik) i przestawał atakować? Przeciwnicy potrafią też zawisnąć w powietrzu zaraz po przeteleportowaniu się na arenę, czekając na szlagi. Rany, gdybym miał dalej wymieniać, co to ja tu widziałem…

April, patrzę właśnie na licznik i coś mi tu nie gra

Ale ok – naparzanka nie została zaprojektowana finezyjnie i jest pełna błędów. Nie musi to jeszcze oznaczać, że nie da się wyciągnąć z niej frajdy. Ta niemożność bierze się z czegoś innego.

Turtle Power

Byłbym w stanie sporo wybaczyć tej grze, gdyby walka sprawiała frajdę. Domyślacie się już pewnie, że tak nie jest. Jak wspomniałem, po planszy zawsze biega cała czwórka ninjasów (no, ninjażółwi, widział ktoś sowy ninja?), co przekłada się na cztery wirujące tornada żelastwa i ciosów specjalnych, wariujące na niewielkiej przestrzeni, na której spawnują się przeciwnicy. Powiedzieć, że na ekranie nic nie widać, to nic nie powiedzieć. No kurde, przecież o to chodzi, gościu – zakrzyknie zaraz ktoś z czytelników. Nie, nie tym razem. Jakkolwiek by to brzmiało, jest chaos, nad którym można w jakiś sposób zapanować skillem i jest chaos z Mutants in Manhattan.

Autentycznie żal mi było pada na naparzanie przycisków. Ciosy w zasadzie nie mają tu mocy. Przeciwnicy rzadko na nie reagują, więc nigdy nie wiesz czy trafiasz, czy sieczesz powietrze. Trzeba obserwować paski zdrowia wrogów, by wiedzieć czy nasze akcje przynoszą skutek. A to smuci, bo widać wtedy, jak mało zdrówka zabierają im nasze combosy. Zwłaszcza w późniejszych misjach można zacząć się zastanawiać, czy aby na pewno nie mamy teraz nic lepszego do roboty. Mi chociaż za recenzje płacą…

„Jaki nieładny film o niczym” – zobacz naszą recenzję filmowych Żółwi Ninja.

[…]jest chaos, nad którym można w jakiś sposób zapanować skillem i jest chaos z Mutants in Manhattan

By odpalić ciosy specjalne trzeba przytrzymać lewy spust, a one same nie załączają się od razu, więc wrogowie często albo uciekną, albo zginą od ciosów innego. Grając samotnie, możemy przełączać się między Żółwiami, by korzystać z innych specjali, gdy arsenał poprzedniej postaci się regeneruje (cooldowny są bardzo długie), ale zapomnijcie o własnoręcznym czesaniu widowiskowych combosów z wykorzystaniem całej ekipy. Od czasu do czasu da się jedynie odpalić predefiniowane, coopowe zagranie.

EVERYBODY DANCE NOW!
Rozmowy o niczym z szefostwem

Wspomniałem o rozważaniach nad sensem powolnego odłupywania zdrówka przeciwnikom, pozwólcie więc, że temat rozwinę. W każdej misji po zaliczeniu bzdurnych zadań pobocznych (jeśli bug pozwoli) trafiamy do bossa. Wyglądają super, mają nawet ciekawe zestawy ataków, ale mają też cholernie twardą skórę oraz kapitalną opiekę zdrowotną od Generała Klanga i Szreddera, która zapewnia im jakieś 7 pasków zdrowia. A bywa, że i kilka razy więcej. Więc, gdy już zrozumiecie schemat ataków i będziecie umieli ich unikać, czeka Was kilka dłuuugich minut łapania się każdej okazji, by odłupać kilka milimetrów z tej autostrady zdrówka. Trudno tu zginąć na dobre, bo nawet gdy kamrat padnie i nikt nie zdoła go ocucić, to po jakimś czasie wróci. Ale zdarzyło mi się przegrać pod koniec walki z bossem, bo byłem już tak znudzony, że jedną ręką sprawdzałem maile na tablecie. Słowo zucha.

Był zawsze trochę z boku, na bakier trochę był
Wszedł Żółw do kanału i koniec kawału

Może powinienem napisać jeszcze o tym, że za awanse możemy nauczyć się nowych umiejętności, ale większość z nich jest nieprzydatna. Albo że Sprinter prowadzi sklepik z gadżetami pokroju wyrzutni rakiet i wieżyczek z działkami. O wkurzającej April, która w trakcie misji ciągle powtarza to samo.

O fabule, która co misję serwuje nam taki dialog:
– Żółwie, nie wiem co tam się dzieje, ale idźcie sprawdzić.
– April, tu coś się dzieje, zaraz to zbijemy.
– Żółwie, nie wiem co tam się dzieje, ale idźcie sprawdzić.
– April, tu coś się dzieje, zaraz to zbijemy.
– Żółwie, nie wiem co tam się dzieje, ale idźcie sprawdzić.
– April, tu coś się dzieje, zaraz to zbijemy.
– Wuaaarghh, jestem wielkim bossem i was zjem.
– No, wielki bossie, pokonaliśmy cię, więc powiedz nam, co tu robiłeś.
– Wuuuaaarghh, pokonaliście mnie, ale wam nie powiem i uciekam.
– April, czy ty wiesz, co tu się działo?

Platformy: PC, PS3, PS4, 360, Xbox One
Producent: Platinum Games
Wydawca: Activision
Dystrybutor: cdp.pl
Data premiery: 24.05.2016 r.
PEGI: 12
Wymagania: Core 2 Duo E4400 @ 2.0GHz / Athlon II x2 250 @ 3.0GHz; 1 GB RAM, GeForce 8800 GT / Radeon HD 4770
Grę udostępnił dystrybutor. Testowaliśmy wersję na PS4. Screeny pochodzą od redakcji.
Mówiłem, że przeciwnicy są coraz _twardsi_

Ale prawda jest taka, że choć można o tej grze napisać więcej, to nie ma takiej potrzeby. Lepiej oszczędzać klawiaturę na lepsze pozycje. Czy zagrać w Teenage Mutant Ninja Turtles: Mutants in Manhattan? Może gdy będzie w cenie dużej classic z lokalnej pizzerii. Ale i wtedy pamiętajcie – kooperacja działa tu tylko przez sieć, więc nie rozpędzajcie się z zapraszaniem kumpli. Chciałbym zakończyć recenzję pozytywnie, więc zaznaczę, że nie jest to absolutnie katastrofa na miarę ostatniego Afro Samuraia. Da się w to grać. Aczkolwiek nie wiem, po co ktoś miałby to robić.

  1. Simplex
    12:37 09.06.2016
    Simplex

    „Cawałbagna”

    Aż się prosiło o podkreślenie sylaby „kał” 😉

    Ukryj odpowiedzi()
  2. gsg
    13:14 09.06.2016
    gsg

    Te niekończące się paski zdrowia wroga brzmią jakby recenzenci przegapili jakiś skrzętnie ukryty system craftingu :>
    Wpada do mnie od czasu do czasu znajomy na Hyper Light Drifter w co-opie. Wszystko było łatwe i przyjemne (bo plansze się nie zmieniają, a co dwie kosy to nie jedna) aż do bossów, którzy na tę okazję mają zdrówka dwa razy więcej. Co ma sens, ale za pierwszym razem boleśnie zaskoczyło. Ale ta piątka przybita na podsumowanie półgodzinnego starcia – tego nie będzie w Soulsach (chyba że ktoś zrobi soulsowe LAN party).