Zmien skórke
Logo Polygamii

ZapowiedziStar Citizen to po prostu zlepek pomysłów połączonych menu głównym… i legendą Chrisa Robertsa

Z wielkimi pieniędzmi przychodzi wielka odpowiedzialność. Coś, z czym nie wszyscy sobie radzą.

Facebook Twitter Google Wykop

Mam taką zasadę, że nie kupuję będących jeszcze w produkcji gier. Star Citizen to jednak produkt na tyle wyjątkowy, że postąpiłem wbrew sobie i od miesiąca jestem szczęśliwym posiadaczem dostępu do tego obrazu nędzy i rozpaczy, jakim tytuł Chrisa Robertsa na razie jest.

Platformy: PC
Producent: Cloud Imperium Games
Wydawca: Cloud Imperium Games
Data premiery: BRAK
Wymagania: 4-rdzeniowy procesor, karta graficzna obsługująca DirectX 11 z 1 GB VRAM, 8 GB RAM
Grę kupiliśmy sami. Screeny pochodzą od redakcji.

Dlaczego tak? Wszyscy tylko piszą, ile to Star Citizen zebrał pieniędzy, ale mało kto gra w mokry sen każdego fana space-simów. Albo inaczej, graczy jest sporo, jednak niewielu ma ochotę dzielić się swoimi doznaniami. Pewnie dlatego, że niespecjalnie jest czym…

Czy te oczy mogą kłamać?

15 października 2012 roku wydarzyło się coś niesamowitego. Przynajmniej dla mnie, wielkiego fana space-simów, który serie takie jak Wing Commander, X-Wing, TIE Fighter, Privateer, Freespace czy Elite zna na pamięć i bardzo za nimi tęskni. Oto w sieci pojawia się duch przeszłości. Po ponad 10 latach nieobecności do gry wraca Chris Roberts. Ojciec właśnie Wing Commandera, Privateera czy genialnego Freelancera. A żeby było jeszcze lepiej – pojawia się z zupełnie nowym tytułem!

Star Citizen miał realne szanse stać się najlepszym przedstawicielem gatunku wszech czasów. Gra oferowała nie tylko kampanię fabularną, ale też możliwość pominięcia jej i wsiąknięcia w olbrzymi, otwarty świat stworzony przez Robertsa i Cloud Imperium Games. No i ta niesamowita imersja. Dopracowane w najdrobniejszych szczegółach statki kosmiczne, z kokpitami pełnymi wyświetlaczy i przycisków, które możemy wciskać i które spełniają jakieś funkcje. Nawet wsiadanie do myśliwca ma swoją animację.

Roberts potrzebował na Kickstarterze 500 tysięcy dolarów, by spełnić nasze marzenia. Razem z prowadzoną równolegle przez stronę gry zbiórką udało się zgromadzić ponad 6 milionów. Premiera? 2014 rok. To musiało się udać, w końcu „Krzyś” coś już miał, a z takimi pieniędzmi bez problemu mógł to rozwinąć w pełną grę.

W końcu jakaś realna data

No i tak sobie rozwija. Rok 2016 powoli dobiega końca, obiecany na okolice grudnia element fabularny, Squadron 42, został przełożony, Star Marine, czyli dedykowany moduł FPS, nie działa, w zasadzie to prawie nic nie działa i gra jest w całkowitej rozsypce. Nie ma nawet jednej misji treningowej, a w przypadku takiej gry jest to absolutny „must have”.

Rozumiem zasady działania różnych form wczesnego dostępu, a właśnie tak trzeba ten tytuł traktować, i zdaję sobie sprawę z faktu, że nie wszystko będzie działać jak należy. Mimo tego większość gier, które obrały ten model jest właśnie tym – grami. Często pełnymi błędów, okrojonymi z zawartości, ale jednak (w miarę) pełnoprawnymi grami. Jak choćby opisywany niedawno przeze mnie Everspace, gra na pewno niekompletna, ale oferująca masę dobrej zabawy.

Ano mogą

Star Citizen to po prostu zlepek pomysłów połączonych ze sobą wspólnym menu głównym. Pomysły te w żaden sposób się nie przenikają i powodują, że grając czujemy się, jakby przed naszymi oczyma był po prostu prototyp albo demo technologiczne silnika prezentujące, co można za jego pomocą osiągnąć.

No właśnie, a co jest dostępne dla każdego, kto postanowił rzucić w Robertsa i spółkę pieniędzmi. Na razie są to trzy „moduły”: ArcCorp, Crusader i Arena Commander. Pierwszy to fragment miasta na powierzchni planety, który zapiera dech w piersiach widokami, by zaraz potem wymóc westchnienie rozczarowania.

Star Citizen to po prostu zlepek pomysłów połączonych ze sobą wspólnym menu głównym.

Trzeba przyznać, że wygląda to świetnie

Możemy pochodzić po ulicach, zrobić zakupy w kilku sklepach oferujących kosmetykę i broń (swoją drogą, ceny w grze są chore) i… to wszystko. Większość obszarów zablokowanych jest płotami z napisem „Under construction”, a w barze mającym być swego rodzaju centrum spotkań z innymi graczami możemy co najwyżej poprzyglądać się bandzie klonów w żółtych czapeczkach. Niestety, o nawet prostym kreatorze postaci nikt nie pomyślał. Rozumiem, że nie to jest teraz priorytetem, ale z drugiej strony – po pozostałych elementach nie widać, żeby było nim cokolwiek.

Tutaj kiedyś kupimy statek kosmiczny
A tutaj kiedyś coś będzie się działo

Kiedy już się nachodziliśmy i napatrzyliśmy na rzeczy, na które nas nie stać, pora udać się ku gwiazdom. Nie ma jednak mowy o płynnym przejściu z powierzchni planety do przestrzeni kosmicznej. Trzeba wyjść do menu głównego i wybrać drugi z dostępnych modułów, czyli Crusader.

Tym razem lądujemy na stacji kosmicznej, na której mamy dokładnie te same sklepy, co na powierzchni i terminal, z którego wybieramy nasz statek. I znowu, widoki są przepiękne, szczególnie kiedy staniemy przed dużym oknem wychodzącym na platformę startową i dalej, na wielką planetę, po orbicie której porusza się stacja.

Teraz może stać się jedna z trzech rzeczy: albo gra się wysypie, albo komputer powie nam, że choć platforma jest pusta, miejsca dla naszego statku na niej nie ma, albo faktycznie wylecimy w kosmos.

Zakładając, że jednak się uda, przed nami staje gigantyczny, otwarty wszechświat pełen innych graczy, sterowanych przez komputer pojazdów i kipiący od wszelkiej maści zadań.

Niby platforma pusta, ale dla mojego myśliwca i tak zabrakło miejsca

To znaczy kiedyś stanie, bo na razie poza lataniem po okolicach planety, naprawianiem satelitów komunikacyjnych, okazjonalnymi walkami z zupełnie niewymagającymi piratami i jedną misją fabularną, polegającą na doleceniu do źródła sygnału i odsłuchaniu audiologa, nie możemy w tym module zrobić absolutnie nic. Ach, jest jeszcze stacja kosmiczna, na której możemy postrzelać do innych graczy w trybie FPS. Byłoby to nawet przyjemne, gdyby nie fakt, że zbyt wielu osób tam nie znajdziemy, a sterowanie myszą działa tak, jakby ktoś bardzo nieudolnie próbował emulować pada.

W ogóle wszystko działa dość słabo, bo Star Citizen albo co chwilę wyrzuca nas do pulpitu, albo się zawiesza, albo pokazuje, że GTX 1070 to słaba karta, bo na wcale nie najwyższych ustawieniach animacja potrafi spadać do 20 – 25 klatek na sekundę.

Star Citizen albo co chwilę wyrzuca nas do pulpitu, albo się zawiesza (…)

Słuchaj Chrisa Robertsa

W końcu dochodzimy do ostatniego, oferującego najwięcej frajdy modułu, czyli Arena Commandera. Tutaj faktycznie jest bardzo dobrze. Możemy wspólnie z wirtualnymi skrzydłowymi walczyć z botami napierającymi w kolejnych falach i o dziwo jest naprawdę trudno, bo przeciwnik świetnie wykorzystuje dostępne uzbrojenie i fakt, że w kosmosie dziób statku wcale nie musi być ustawiony zgodnie z kierunkiem poruszania się. Tak że dość często oglądamy, cholernie brzydką swoją drogą, animację eksplozji naszego myśliwca.

Jeśli znudzą nam się komputerowi przeciwnicy, nic nie stoi na przeszkodzie, by polatać z innymi graczami, którzy postanowili „zainwestować” swoje pieniądze w Star Citizena. I znowu jest świetnie. Poza standardowymi trybami jak deathmatch czy jego wersja z podziałem na szwadrony, mamy też wariację na temat trybu capture the flag, wspólną walkę z botami czy ściganie się między wieżowcami na jakiejś planecie.

W tym momencie warto wspomnieć o sterowaniu i zachowaniu się statków kosmicznych, bo model lotu jest jednym z lepszych, z jakimi miałem do czynienia w space simach. Pierwsza opcja to system „fly-by-wire” przypominający model lotu w atmosferze. Po prostu otwieramy przepustnicę, kierujemy nos myśliwca w interesującym nas kierunku i komputer robi całą resztę.

Jest jednak pewien haczyk. Mimo wsparcia ze strony komputera pokładowego statek zachowuje pewną bezwładność, możemy zatem zapomnieć o bezproblemowym lawirowaniu między asteroidami czy ścinaniu zakrętów w wyścigach. Innymi słowy, swoje ruchy trzeba planować z wyprzedzeniem.

Model lotu jest jednym z lepszych, z jakimi miałem do czynienia w space simach.

Ravcore Javelin

Czym latać?

Dawno, dawno temu dżojstik był obowiązkową pozycją w domu każdego miłośnika latania w kosmosie. Mało tego, wiele gier, jak na przykład X-Wing: Alliance, w ogóle się bez niego nie odpalało. Dziś niestety nie jest tak dobrze, bo w większość przypadków kosmiczne tytuły działają z myszą i klawiaturą czy, o zgrozo, padem, a producenci sprzętu jakby zapomnieli o potrzebach domowych pilotów.

Są jednak firmy nadal produkujące te, wydawałoby się, prehistoryczne kontrolery. Logitech, Thrustmaster, Mad Catz czy Saitek to główni przedstawiciele tej branży. Niedawno natomiast dołączyła do nich polska firma Ravcore, której dżojstik Javelin jest jednym z lepszych, z jakimi miałem do czynienia. A przez ponad 25 lat kariery gracza było tego u mnie naprawdę sporo. Miałem nawet polskiego Skorpiona, nie wspominając o różnych modelach Logitecha, Saiteka czy replikach wolantów prawdziwych myśliwców.

Sprzęt Ravcore’a jest świetnie wyprofilowany, a dostęp do przycisków łatwy i bezproblemowy, choć z przycisku u podstawy wolantu firma mogła zrezygnować. Do tego dzięki zastosowaniu magnetycznych czujników, zamiast mechanicznych, opartych na sprężynach elementów, dżoj jest bardzo precyzyjny i stawia minimalny opór. Poza tym jest naprawdę fajnie zaprojektowany i wykonany z wytrzymałych elementów. Kto urwał kilka razy wolant wie, o co mi chodzi.

Czy dżojstik ma wady? Ja zauważyłem dwie. Po pierwsze, z jakiegoś powodu gry go nie wykrywają, zatem konieczna jest ręczna konfiguracja po podłączeniu. Nie jest to coś strasznego, ale w przypadku bogatej klawiszologii Star Citizena czy Elite: Dangerous, na pewno upierdliwego. Po drugie, brakuje pełnowymiarowej przepustnicy, charakterystycznej dla innego modelu w tym przedziale cenowym – Thrustmastera T.Flight HOTAS. Ta wbudowana w podstawę sprzętu jest mała i nieprecyzyjna, choć widać, że producent pomyślał o przyszłości, bo Javelin ma gniazda umożliwiające podłączenie nie tylko osobnej przepustnicy, ale też pedałów. Na razie jednak w ofercie ich brak.

Dżojstik do testów dostarczył producent, firma Ravcore.

Opcją drugą jest natomiast wyłączenie całego wspomagania i poruszanie się w zgodzie (no, w miarę) z zasadami dynamiki Newtona. Piszę „w miarę”, bo jednak nadal jest to uproszczone i model lotu w tej wersji znajduje się gdzieś pomiędzy pierwszą, a drugą zasadą, ale nadal akcje rodem z „Battlestar Galactica” są możliwe.

Andrzejku, spokojnie. Wyklepie się

Niezależnie od wybranego modelu lotu, między którymi oczywiście można się dowolnie przełączać, starcia myśliwców wyglądają bardzo nudno, co w tym przypadku nie jest przytykiem. Czytaliście serię „Zaginiona Flota” Jacka Campbella? Bardzo dobrze opisał on tam walki w przestrzeni kosmicznej. Otóż nie wygląda to jak w Gwiezdnych Wojnach, gdzie myśliwce zachowują się jak samoloty w atmosferze. W próżni dwie floty ustawiają się tak, by w pewnym momencie się spotkać, wymienić pociskami i odlecieć w siną dal. Dokładnie tak samo, choć na mniejszą skalę i w uproszczonym modelu, działa to w Star Citizenie. Nie wiem jak dla was, ale dla mnie jest to bardzo ważne, bo dodaje smaczku rozgrywce i powoduje, że aby kogoś zestrzelić trzeba się nieźle nagimnastykować.

Starcia myśliwców wyglądają bardzo nudno, co w tym przypadku nie jest przytykiem.

A zimą w sandałach będziesz chodził
Kokpity wyglądają genialnie, ale i tak nic w nich nie działa

Wszystko super, ale choć Arena Commander daje sporo frajdy, nie oferuje niczego, czego nie mają inne, darmowe albo tańsze (i skończone) produkcje. A na pewno nie ma niczego, co usprawiedliwiałoby wydanie pieniędzy na dostęp do gry w obecnej wersji 2.5. Elite: Dangerous oferuje podobny model lotu (i masę innych rzeczy), Star Conflict to również walki z innymi graczami, ale w modelu free-to-play. Z kolei za Elite: Dangerous Arena, czyli sam moduł potyczek w kosmosie, zapłacimy niecałe siedem euro na Steamie. Tymczasem najtańszy pakiet dający dostęp do Star Citizena to 50 euro.

To bardzo dużo i siłą rzeczy człowiek zaczyna zastanawiać się, czy pojawiające się pod niemal każdym artykułem o grze Robertsa zarzuty nie są prawdą. Czy Star Citizen to największe w historii crowdfundigu oszustwo? W mojej opinii, mimo zbliżającego się do 130 milionów dolarów budżetu, mimo ponad czterech lat w produkcji i mimo opłakanego stanu, w jakim jest gra – nie.

Mało tego, jestem przekonany, że zapowiadając swoją grę Chris Roberts miał jak najlepsze zamiary i nadal je ma. Zresztą, gdyby chciał kogokolwiek oszukać, jego firma nie organizowałaby CitizenConu, konwentu poświęconego tylko jednej grze. Nie zapraszałby fanów do studia, nie organizował darmowych weekendów, czy nawet całych tygodni, jak ostatnio, a youtube’owy kanał Cloud Imperium Games nie pękałby w szwach od wszelkiej maści materiałów.

Star Citizen to coś zupełnie innego. To dowód na to, że sukces finansowy nie musi oznaczać sukcesu gry. Gdyby po zakończonej pierwszej zbiórce Roberts wraz z ekipą skupili się na dostarczeniu nam Squadron 42, a dopiero potem dodawali do niego kolejne moduły, byłoby zupełnie inaczej. Od dobrego roku mielibyśmy naprawdę fajnie zapowiadającą się kampanię, a teraz czekalibyśmy na kolejne elementy. Otwarty wszechświat, moduł FPS, lądowanie na planetach i tak dalej.

Przecież dokładnie taki model rozwoju obrało Frontier Developments z Elite: Dangerous. Gra na początku była tylko „latadłem” w otwartym świecie, a dopiero później, w ramach season passa, dodawano nowe elementy, jak właśnie lądowanie na planetach, crafting czy ostatnio, w ramach patcha Guardians, możliwość zatrudniania pilotów i kupowania myśliwców stacjonujących na większych okrętach.

I gdyby Cloud Imperium Games poszło w tym samym kierunku, mielibyśmy dziś nie jeden, a dwa świetne space simy udowadniające, że ten gatunek wcale nie umarł.

  1. Simplex
    16:00 01.11.2016
    Simplex

    Kolejny artykuł o SC i kolejny raz zmarnowana szansa na podlinkowanie do bardzo długich i wyczerpujących artykułów o SC i jego problemach opublikowanych na Kotaku. Zrobili kawał dobrej roboty, prawdziwe rzetelne dziennikarstwo więc nie wiem czemu nie linkujecie.
    http://www.kotaku.co.uk/tag/inside-star-citizen/ – jeżeli ktoś się interesuje tym co dzieje się z SC to lektura obowiązkowa. Artykuy mają pokilkadziesiąt tysięcy znaków, najdłużśzy to chyba ponad godzina czytania.

    Ukryj odpowiedzi()
    • Bartosz Stodolny
      16:11 01.11.2016
      Bartosz Stodolny

      Po prostu tyle razy je tu już wrzucałeś, że nie miało to większego sensu 🙂

      Nieco poważniej natomiast. Po pierwsze: Mimo wszystko wolę bazować na własnych odczuciach związanych z grą, a nie kogoś innego. Jak świetne by one nie były. Po drugie: To jest tekst „Stodolny zagrał w Star Citizena i mu się nie podobało”, a nie „Badamy proces powstawania Star Citizena”. Jeśli kiedyś pojawi się ten drugi to możesz być pewny, że artykuły z Kotaku zostaną podlinkowane. Po trzecie: Jesteśmy Polygamia, a nie polski oddział Kotaku. Jeśli już linkujemy coś z innych serwisów to tylko w ramach źródeł, a nie dlatego, że jest to fajne.

      Ukryj odpowiedzi()
  2. angh
    16:12 01.11.2016
    angh

    Chris „Niczego jeszcze nie doprowadzilem do konca” Roberts…
    Dla niego wazny jest proces, nie wynik. Pierwsza zasada rozpczynania projektu: stworz liste celow i nie zaczynaj nowych dopoki te nei beda osiagniete/usuniete z listy. Bez zamrozonej specyfikacji nie ma szans na normalna developerke.

    Ukryj odpowiedzi()
    • lukaszsa
      09:06 02.11.2016
      lukaszsa

      Zamrozona specyfikacja w gamedev? Chyba ci sie cos pomylilo:). To nie wytwarzanie softu dla ubezpieczen czy banku gdzie nomen omen wymagania tez potrafia sie zmieniac w trakcie projektu.

      Ukryj odpowiedzi()
      • angh
        12:01 02.11.2016
        angh

        zamrozona, do pewnego stopnia. Okreslasz granice, i mniej wiecej sie tego trzymasz. Nie mowisz: chlopaki, zrobmy kosmiczny symulator! ale wrzucmy tam shooter! i strategie! jestescie juz w polowie? no to zmienmy teraz to, co mamy i wrzucmy tam racing game!
        Specyfikacja wiedzmina, skyrim, cywilizacji byla zamrozona. Wiadomo bylo jaki gatunek, jaki przekaz tworcy chca dostarczyc. Poszczegolne etapy sa oczywiscie szlifowane, ale wizja jest jedna.
        W Elite: Dangerous podejscie rowniez mialo sens. Producent dostarczyl dzialajaca gre, i teraz regularnie rozszerza psozczegolne aspekty. Dzieki czemu mamy juz podstawowy swiat i engine, i kazdy kolejny modul (tak, moze nawet fps) po prostu zostanie tam bezbolesnie wrzucony.
        a poniewaz wiedze o developerce w ubezpieczeniach/bankach itp mam na codzien, zapewniam, ze chcialbym miec tak spokojny i stabilny poziom wymagan, jaki istnieje w game development.

        Ukryj odpowiedzi()
  3. wombat
    16:34 01.11.2016
    wombat

    „Jakby przed naszymi oczyma był po prostu prototyp albo demo technologiczne silnika prezentujące, co można za jego pomocą osiągnąć.”

    Bo przecież dokładnie tym w tej chwili SC jest i przecież nikt nie udaje że jest inaczej.

    I nie, nie jest to żadne ‚oszustwo’ (rzadko można spotkać osobę pracująca ciężej niż CR) tylko typowy przykład feature creep i rozdmuchanego budżetu i problemów z project managementem.

    Czas pokaże czy uda mu się jakoś nad tym wszystkim zapanować, chociaż z punktu widzenia historii i podobnych projektów, niestety wygląda to wszystko szczególnie optymistycznie.

    Mimo wszystko trzymam kciuki, widać że pasji i zapału do pracy ekipie SC nie brakuje.

  4. 16:44 01.11.2016
    ks.Ignacy

    Potwierdzam, ta gra to totalny crap. Nuda, nuda i jeszcze raz nuda. Na szczęście nie kupowałem tylko dostałem kupon na grę z kartą graficzną i żałuję, że nie wykorzystałem na inną grę.

  5. 17:48 01.11.2016
    wasylij

    To… jeszcze się wstrzymać z zakupem? Bo ja myślałem nad zakupem Founders Pack za 300 Euro. Albo Frajers Pack za 600. Ale w sumie w Realu promocja na worki z kotami i magiczne nasionka fasoli jest, to chyba na to się zdecyduję. 🙂

  6. 20:38 01.11.2016
    Spacesimfun

    Jestem stałym czytelnikiem Polygami. Od czasu do czasu zdarzał się wam gorszy tekst. Ale ten na temat SC to prawdziwy upadek. Do tego stopnia, że postanowiłem się zarejestrować i skomentować to żałosne dzieło.

    Z wykształcenia jestem dziennikarzem nie pracującym w zawodzie (nie wiem cholera jakie licho mnie podkusiło aby studiować ten kierunek). Co za tym idzie wiem co odróżnia blogera od dziennikarza. Gdyby ktoś nie wiedział to informuję: Bloger nie musi pisać pod artykułem, że jest on sponsorowany.

    Ok, może jest to krzywdzące bowiem, istnieje jeszcze możliwość, że Pańskie słowa są podyktowane tym, że nie wie Pan o czym pisze. Bloger nie musi.

    Ale jak zatem wytłumaczyć fakt, że pisze Pan coś takiego: „Gdyby po zakończonej pierwszej zbiórce Roberts wraz z ekipą skupili się na dostarczeniu nam Squadron 42, a dopiero potem dodawali do niego kolejne moduły, byłoby zupełnie inaczej.” „Przecież dokładnie taki model rozwoju obrało Frontier Developments z Elite: Dangerous.”

    Naprawdę? Ale Pan to serio pisze? Z tego co mi wiadomo jako, początkującemu w Star Citizen to Squadron 42 jest modułem Offline. Frontier obiecał taki moduł podczas zbierania funduszy na grę, ale zapomniał jakoś go do tej pory zrobić. WTF? Albo Pan świadomie wciska kłamstwa aby udowodnić swoją tezę. Albo nie ma Pan bladego pojęcia jak wygląda model rozwoju obydwu gier…

    „Elite: Dangerous. Gra na początku była tylko „latadłem” w otwartym świecie, a dopiero później, w ramach season passa, dodawano nowe elementy”

    Zasadniczo gram w ED od wypuszczenia bety i mimo że od chwili oficjalnego wydania gry minęło niemal dwa lata to ED nadal jest tylko jak Pan to wdzięcznie określił „latadłem”. A żeby się stało jeździdłem musiałem zapłacić kolejne 40 Eu, choć nie przypominam sobie aby ktokolwiek wcześniej wspominał, że za każde rozszerzenie trzeba będzie zapłacić równowartość gry. Nie wspomnę o niespełnionych obietnicach, o których producent przypomniał sobie na dwa tygodnie przed premierą. Pisałem o tym powyżej. Jeżeli nadal uważa Pan, że taki model rozwoju gry jest Ok, to gratuluję Panu dobrego samo poczucia.

    Ogólnie rozczarowany ED skierowałem swoje zainteresowania w stronę Star Citizen. Jako, że cały czas dopiero poznaję grę. I prawdę powiedziawszy spodziewałem się, że gra jest na wyższym poziomi zaawansowania. Tym bardziej widząc tytuł artykułu sądziłem, że znajdę kilka wartościowych informacji bądź co bądź na temat arcyciekawego projektu. Zamiast tego otrzymałem masę hejtu typowego blogera. A co gorsza nie wiem o czym napisał Pan tekst!

    Z jednej strony Pańskie uwagi są sformułowane jakby opisywał Pan gotowy produkt, który oficjalnie został wydany. Z drugiej pisze Pan: „Rozumiem zasady działania różnych form wczesnego dostępu, a właśnie tak trzeba ten tytuł traktować, i zdaję sobie sprawę z faktu, że nie wszystko będzie działać jak należy. Mimo tego większość gier, które obrały ten model jest właśnie tym – grami. Często pełnymi błędów, okrojonymi z zawartości, ale jednak (w miarę) pełnoprawnymi grami.”

    Sorry zapytam jeszcze raz o czym jest Pański Tekst? O tym, że jest to słaba gra? Czy o tym, że jest w tak wczesnej fazie, że nie można tego nazywać grą tylko (pozwolę sobie na cytat) „Star Citizen to po prostu zlepek pomysłów połączonych ze sobą wspólnym menu głównym. Pomysły te w żaden sposób się nie przenikają i powodują, że grając czujemy się, jakby przed naszymi oczyma był po prostu prototyp albo demo technologiczne silnika prezentujące, co można za jego pomocą osiągnąć. „

    Tak to Pańskie słowa. Jeżeli Pan to wie to po co ten cały artykuł stawiający największy projekt produkcji gry finansowany przez społeczność, w wyjątkowo negatywnym świetle? W dodatku pełnym Pańskich osobistych wycieczek pod adresem twórcy projektu. Słabe to.

    Ja też, mam zasadę, że nie kupuję czegoś co nie zostało sprawdzone i tak jak Pan uznałem, że SC to projekt tak interesujący, że warto wydać kasę na starter. I gdy go kupowałem widziałem informację, że jest to produkt we wczesnej fazie i cały czas jest rozwijany. Pan tego nie widział? Ale jako dorosły facet świadomie podjąłem decyzję i kupiłem pakiet z Mustangiem Alfa i z ciekawością czekam, czy projekt urośnie do takich rozmiarów jak obiecuje to Chris Roberts, czy znów się przejadę jak na Elite Dangerous, gdzie dużo obiecano a mało dano w dodatku jeszcze musiałem za to zapłacić dwa razy.

    Na koniec jeszcze raz apeluję do Pana aby wyjaśnił Pan o czym napisał Pan tekst? O tym, że SC to słaba gra? Czy o tym, że nie podoba się Panu to, że producent udostępnia do zabawy demo technologiczne?

    Tylko nie wiem czy, ktoś kto obiektywnie podejdzie do sprawy może mieć o to żale. Bo jakby nie patrzeć, twórcy gry wypełniają w ten sposób obietnicę daną tym, którzy na ich konto cały czas wpłacają pieniądze.

    Przykro mi, ale na razie mam wrażenie, że przeczytałem tekst z bloga fanboya ED, hejtującego potencjalnego konkurenta jego ukochanej gry, a nie artykuł z poważnego sajtu dla miłośników gier komputerowych. Słabiutko Polygamia.

    Ukryj odpowiedzi()
    • 21:24 01.11.2016
      ks.Ignacy

      Synu grzeszysz i błądzisz. Star Citizen to syf. Sprawdziłem naocznie

    • wombat
      22:57 01.11.2016
      wombat

      Pan Bartosz po prostu odkrył dzięki SC jak wygląda software development we wczesnej formie od podszewki – masa oddzielnych buildów / branchy, kupa niedziałający rzeczy, zlepki kodu które w żaden sposób nie przypominają gotowego produktu – tak wygląda wczesny cykl tworzenia każdego software.

      Natomiast moim zdaniem SC nie powinno być publiczne wypuszczone w takiej formie, wlasnie że względu na ludzi którzy takich zawiłości nie są w stanie przetrawic.

      Ta ‚gra’ jest obecnie na etapie wczesnej Alfy, czyli wręcz dema technologicznego i potrzebuje jeszcze dobrych kilku lat, recenzowanie tego czegoś w obecnym momencie to jakieś wielkie nieporozumienie.

      Ukryj odpowiedzi()
    • 00:22 02.11.2016
      Ukryj odpowiedzi()
    • Bartosz Stodolny
      10:39 02.11.2016
      Bartosz Stodolny

      Panie Tomku, niezmiernie miło mi powitać pana w gronie aktywnych czytelników Polygamii. Cieszy mnie też, że odwiedza pan naszą stronę regularnie i mam nadzieję, że nie będzie to jedyny pana komentarz tutaj.

      Zgadzam się z panem, iż tekst sponsorowany powinien być wyraźnie oznaczony i to niezależnie od tego, czy pisze go dziennikarz, czy blogger. Jest to po prostu etyczne zachowanie i pozwala uniknąć nieporozumień. Dlatego też w ramce pod opisem dżojstika Javelin jest napisane, że sprzęt do testów dostarczył jego producent. Rozumiem, że zdanie to mogło lekko zamieszać pańską percepcję ramki, za co serdecznie przepraszam. Inna sprawa, że opis ten nie jest w żaden sposób sponsorowany. Producent dostarczył nam sprzęt, bo nie wyobrażam sobie grać w space sima czymś innym, niż dżojstik, a mój poczciwy Thrustmaster powoli się, jak to mawiają, kończy.

      Cieszy mnie też, że poważne polskie uczelnie na poważnym kierunku, jakim jest dziennikarstwo, uczą o różnicach między właśnie dziennikarzem, a bloggerem. Ciekawe, czy jest to względnie nowy przedmiot, wprowadzony do planu kosztem na przykład interpunkcji.

      Odnośnie pańskich pozostałych zarzutów, to spieszę z wyjaśnieniem, iż mógł pan błędnie odczytać moje zdanie dotyczące modelu przyjętego przez Chrisa Robertsa i konkurencyjne studio Frontier Developments, odpowiedzialne za Elite: Dangerous. Przejrzałem jeszcze raz opis kampanii tej drugiej gry na Kickstarterze i nigdzie nie znalazłem informacji o module fabularnym. Po prostu, ED od początku miało być otwartą grą, w której mogliśmy robić co nam się spodoba (źródło: https://www.kickstarter.com/projects/1461411552/elite-dangerous). Squadron 42 to z kolei kampania fabularna i właśnie tym na początku miał być Star Citizen.

      Porównując oba te tytuły chodziło mi tylko o podejście do produkcji gry. Frontier Developments wydało najpierw podstawową, grywalną wersję, by później dodawać do niej kolejne moduły. Owszem, były kontrowersje z zapowiadanym elementem offline, co okazało się nieprawdą, bo nawet tryb „solo” wymaga połączenia z serwerami gry, ale mimo wszystko dostaliśmy produkt, w który da się grać. Teraz, w ramach DLC Horizons, dostajemy każdy kolejny dodatek. Zgodzę się z panem, iż sprzedawanie Horizons graczom, którzy zapłacili za grę pełną cenę w okolicach premiery jest bardzo nie fair, ale tekst jest o Star Citizenie, nie o Elite: Dangerous.

      Uważam również, iż model rozwoju gry polegający na rozszerzaniu podstawowej wersji o nowe elementy jest idealny w przypadku tak rozbudowanych produkcji, jakimi są zarówno Star Citizen, jak i Elite: Dangerous. Po prostu podejście Chrisa Robertsa, który chce dostarczyć wszystko na dzień premiery, powoduje, że po ponad czterech latach w produkcji i budżetu gry AAA nadal nie mamy praktycznie nic.

      Przechodząc dalej, przykro mi, że nie zrozumiał pan o czym jest komentowany przez pana artykuł. Tym bardziej dziwi, że postanowił pan napisać tak długi wywód na temat tekstu, o którym – jak sam pan pisze – nie ma pan pojęcia. Wyjaśniam natomiast, że od czasu do czasu na Polygamii gramy w nieukończone gry, jak na przykład linkowany w powyższym materiale Everspace, by później opisać swoje wrażenia z wczesnej wersji. Nie jest to recenzja, zresztą jako nasz stały czytelnik na pewno pan wie, czym się one u nas charakteryzują. Może faktycznie powinienem w tytule napisać: „Moje wrażenia z grania w wersję Alpha 2.5 Star Citizena. Nic więcej”. Kto wie, czy wtedy udałoby się uniknąć kolejnego nieporozumienia?

      Nie widzę też nigdzie tej „masy hejtu”. Uważam, iż rzetelnie opisałem stan, w jakim obecnie znajduje się Star Citizen. No chyba, że gdzieś w swoich wrażeniach napisałem nieprawdę. Wtedy proszę o wskazanie zdania i zobaczymy, co da się z tym zrobić. Pragnę też ponownie podkreślić, iż są to moje wrażenia i, podobnie jak w przypadku recenzji, nie może być tu mowy o jakimkolwiek obiektywizmie. Zwracam pana uwagę na przykład na opis modułu Arena Commander, w którym jasno zaznaczam, że bawiłem się w nim bardzo dobrze. Nie wiem też, w którym miejscu zauważa pan „pełno osobistych wycieczek pod adresem twórcy projektu”?

      Proszę też pamiętać, że fakt, iż gra jest robiona przez znaną osobę w żaden sposób nie usprawiedliwia tego, co ma obecnie miejsce. Pisze pan o wypełnianiu przez twórców obietnicy danej graczom wpłacającym pieniądze. Ja widzę to zupełnie inaczej. Obiecano moduł Star Marine, którego nie ma. Obiecano jeszcze w tym roku kampanię dla jednego gracza, która została przełożona „gdzieś na 2017 rok”. Obiecano bardzo dużo rzeczy, a jak na razie wszystko jest przekładane. To, według pana, jest „spełnianie obietnicy danej graczom”?

      Gdyby Star Citizen powstawał od roku, jego obecny stan byłby jak najbardziej usprawiedliwiony. Gdyby obecna wersja była sprzedawana za 10, a nie 50 euro – również. Tymczasem mamy do czynienia z czymś, co w produkcji jest od co najmniej czterech lat, co nadal nie oferuje praktycznie niczego. Mało tego, nie zapowiada się, aby w najbliższym czasie cokolwiek miało ulec w tej kwestii zmianie.

      „na razie mam wrażenie, że przeczytałem tekst z bloga fanboya ED, hejtującego potencjalnego konkurenta jego ukochanej gry, a nie artykuł z poważnego sajtu dla miłośników gier komputerowych.”

      Pozwoli pan, że do tego się nie odniosę, bo dokładnie to samo, tylko w drugą stronę, mógłbym napisać o pańskim komentarzu.

      Ukryj odpowiedzi()
    • 15:49 02.11.2016
      simpson

      Ja wywnioskowałem, że jest rozdarty po środku i po prostu grając, na sucho przedstawił swoje wrażenia, czasem lepsze, czasem gorsze, tyle. Zdania jeszcze nie ma

  7. SebaOnePL
    10:36 02.11.2016
    SebaOnePL

    Dla mnie Star Citizen to jeden z największych przekrętów ostatnich lat. Gracze dali na ten projekt mnóstwo pieniędzy, a rezultat jak na razie jest mizerny. Zbiórka zaczęła się w 2012 roku, a za chwilę będziemy mieli 2017. Przez ten czas i z taką kupą pieniędzy powinno być zrobione dużo więcej. Obecnie dostaliśmy coś w rodzaju niezoptymalizowanego, małego pokazu fajerwerków, który wystarcza na 30 minut, a twórcy nie są w stanie powiedzieć kiedy będzie reszta.
    Obym się mylił, ale moim zdaniem skończy się tak, że za jakiś czas dostaniemy małego potworka z małym procentem tego co Roberts obiecał i… rozpocznie się zbiórka na Star Citizen 2 w którym to dopiero będą obiecane cuda.

  8. 10:45 02.11.2016
    RealWaaagh

    „Mało tego, jestem przekonany, że zapowiadając swoją grę Chris Roberts miał jak najlepsze zamiary i nadal je ma. Zresztą, gdyby chciał kogokolwiek oszukać, jego firma nie organizowałaby CitizenConu, konwentu poświęconego tylko jednej grze. Nie zapraszałby fanów do studia, nie organizował darmowych weekendów, czy nawet całych tygodni, jak ostatnio, a youtube’owy kanał Cloud Imperium Games nie pękałby w szwach od wszelkiej maści materiałów.”

    Własnie ten fragment najbardziej przekonuje mnie że SC to jeden wielki przekręt. Chris Roberts właśnie wydaje pieniądze ze zbiórki na rzeczy niezwiązane z tworzeniem gry, tylko na sprytny „marketing” aby tychże pieniędzy więcej uzyskać. Jeśli ta gra powstanie, to będzie to daleko po roku 2020 i już dawno nie będzie robiła na nikim wieliego wrażenia.

  9. 13:10 03.11.2016
    Buceek

    Kupowanie gier „Early Access” przypomina mi prenumerowanie czasopism DeAgostini i według mnie ma tyle samo sensu.

  10. kabotyn
    14:10 05.11.2016
    kabotyn

    Roberts doskonale wyczuł koniunkturę, i skorzystał z nostalgii wywoływanej przez tytuły, które współtworzył. Kickstarter jako platforma nadawał się do tego znakomicie. Nie widzę najmniejszego usprawiedliwienia dla niedokończonego projektu, po wielu latach pracy, przy tak monstrualnym budżecie.
    Gdy planuje się stworzyć wielowarstwowy gameplay na wielką skalę, wypadałoby zacząć od solidnego planowania PRZED podjęciem kampanii na Kickstarterze. Nie znam się na procesie deweloperki, jednak po lekturze kilku solucji wokół planowania pracy na Gamasutrze, trudno mi uwierzyć w jakość tego procesu w przypadku SC.
    Wokół SC tworzy się emocjonalne napięcie, świadczące o ogromnych pokładach zaufania jakiego doświadczył ten projekt. Twórcy tego tytułu powinni szanować graczy nie jako klientów, ale ludzi dla których granie jako idea, to jeden z integralnych elementów ich życia (trochę szacunku c`nie?)
    Byłoby fajnie, gdyby Chris Roberts nie okazał się kolejnym Peterem Molyneux czy Nealem Stephesonem ze swoim CLANG (Do tego grona wielu dorzuca Tima Schaefera, ale trudno wyczuć jak to w końcu jest z tym gościem)