Zmien skórke
Logo Polygamii

PolecamySNES Classic – takie retro również rozumiem

Sprawdzamy następną puszkę nostalgii w domowych warunkach.

Facebook Twitter Google Wykop

Kolejny rok, kolejna bomba retro od Nintendo. I tym razem niepozbawiona kontrowersyjnej otoczki, choć problem nie jest już na skalę globalną. Wiecie nie od dzisiaj, że polski (no, polsko-czeski) dystrybutor firmy z Kioto dość wyraźnie podbił cenę SNES-a Classic. A zatem nie ma potrzeby tego ponownie opisywać. Jest wyraźnie drożej niż w przypadku zeszłorocznego NES-a (dwieście złotych więcej). W zamian zestaw posiada od razu dwa kontrolery, pady mają dłuższe przewody, a w bebechach nie brakuje gier, które – uwzględniając, że nie gardzicie japońskimi erpegami – spokojnie wystarczą na blisko sto pięćdziesiąt godzin zabawy. No i nadal wychodzi to-to taniej niż cały zestaw tytułów w wersji elektronicznej na Wii U lub (niebawem) Switchu. Dla mnie kwota, choć już odrobinę nieprzyjemna, wciąż nie była za wysoka, by pudełko kupić. W razie czego przypominam, że SNES będzie dostępny w sklepach nieco dłużej niż jego poprzednik.

Pytanie powinno brzmieć raczej tak: „czy era szesnatobitowców jest dla Was źródłem nostalgii?”. Bo odpowiedzi będzie wiele, w zależności od przeróżnych czynników. Moje pokolenie niemal zupełnie przegapiło te konsole. Z Pegasusa przesiedliśmy się od razu na PlayStation. SNES-a widziałem raz u kuzynki, ale Super Mario World wziąłem za kolejny hack jakiegoś innego tytułu z wklejonym w miejsce protagonisty Wąsaczem. Słowem – żyłem w nieświadomości. O tym, że biblioteka Super Nintendo jest bodaj jedną z najlepszych w historii naszej pasji (jeśli nie tą najlepszą), dowiedziałem się o wiele za późno. Classic Mini to okazja do spełnienia pewnego marzenia – grania w te cudeńka na niemal oryginalnym sprzęcie, na TYM padzie, a nie dzięki Wirtualnej Konsoli. „To weź sobie kup na Allegro starą konsolę i już, retrodziwaku” – powiecie. A czy sprawdzaliście kiedyś, ile na aukcjach kosztuje SNES-owe wydanie Super Metroida? No właśnie.

O tym, że biblioteka Super Nintendo jest bodaj jedną z najlepszych w historii naszej pasji, dowiedziałem się o wiele za późno

Wracamy zatem z naszym trochę przydrogim SNES-em Classic do domu i otwieramy pudło. O tym, że w zestawie będą dwa pady, już wiecie, podobnie jak o długości kabli. Niemal dwukrotnie dłuższe od tych z NES-a, ale nadal nie pozwalają na w pełni komfortowe granie z odległości mojej kanapy. Przynajmniej nie trzeba siedzieć po turecku na dywanie. Oprócz tego jeden uniwersalny kabel USB zasilający cały sprzęt i jeden HDMI. Jeżeli, podobnie jak pierwsi szczęśliwcy we Wrocławiu, którzy nie mogli wytrzymać z rozpakowaniem jeszcze przed wyjściem ze sklepu, zdziwicie się, że frontowe wejścia na kontrolery to atrapa, wiedzcie, że są one… wyciąganą klapą skrywającą rzeczywiste sloty. Nie wygląda to wyjątkowo gustownie, gdy z konsoli „coś dynda”, ale ostatecznie to zaledwie drobny szczegół. Cała reszta jest już pierwszorzędna, a zaskakująco wygodne pady, maksymalnie wierne swym pierwowzorom, stanowią wisienkę owego retrotorciku.

Oczywiście, wszystkie kwestie „zewnętrzne” tracą znaczenie, gdy SNES-a uruchomimy. System po raz kolejny pozwala na zapisywanie gier w dowolnym momencie, tym razem wzbogacone o – uwaga – opcję przewijania czasu na wzór The Disney Afternoon Collection od Capcomu lub nowszych odsłon Forzy. Czas zagrywki uzależniony jest od wybranego tytułu, lecz w przypadku wyjątkowo zręcznościowych szlagierów nie muszę nawet wyjaśniać skali przydatności takiego drobnego oszustwa. Wiadomo, że palce już nie działają tak, jak lata temu. Zmysły estetyczne smyrają zaś: filtr nadający obrazowi wrażenie ekranu telewizora CRT (identyczny pojawił się w NES-ie) oraz kilka ramek wypełniających pustą przestrzeń poza prostokątem 4:3, w którym obserwujemy gry. Pierdoła, ale ramka z szesnatobitowym miastem nocą ma w sobie element tego „czaderstwa” lat dziewięćdziesiątych.

Zupełnie szczerze – lista gier to pewnego rodzaju obligatoryjne minimum. Jako maniak firmy i ultras przypominanej tutaj epoki czuję delikatne rozczarowanie. Jasne, fan RPG-ów znajdzie tutaj Final Fantasy VI (pod sentymentalną przykrywką trójki w tytule), Super Mario RPG, Secret of Mana i Earthbounda, badacz wyścigów Super Mario Kart czy F-Zero, zwolennik zręcznościówek Donkey Kong Country, Yoshi’s Island, Kirbiego, Ghouls ‚n Ghosts lub Mega Mana X, gość od bijatyk muzealne Street Fighter II Turbo, a okołosportowy Super Punch-Out. Oczywiście, całość domyka nadal idealny trzeci Metroid, a kropkę nad „i” stawia The Legend of Zelda: A Link to the Past. Ja rozumiem, że nie powinno się narzekać na taki zestaw. Ale jednak… Gdzie pozostałe Donkey Kongi, gdzie pozostałe 16-bitowe Finale, gdzie Żółwie Ninja, co z Chrono Triggerem? Szkoda tym większa, iż dodając góra dziesięć istotnych pozycji Nintendo zamknęłoby buźkę wszystkim marudom. W tym mnie. Tymczasem trzeba będzie kilka zaległości nadrabiać poprzez Virtual Console.

Nigdy nie dogodzisz graczom, a szczególnie racjonalnie myślącym fanom. To po prostu dobrze świadczy o Super Nintendo, że narzekam, mając do dyspozycji dwadzieścia jeden fantastycznych pozycji. Ten „jeden” to, rzecz jasna, Star Fox 2, który dzięki konsolce Classic po raz pierwszy w historii ujrzał światło dzienne. Wiąże się z nim także dość osobliwa kwestia – jest jedyną pozycją w zestawie, jakiej nie odpalicie na starcie. By ją odblokować, trzeba przelecieć przez pierwszą misję piewowzoru. Być może po to, by przygotować się na ze wszech miar archaiczne doświadczenie? Wektorowy „trójwymiar” śmigający w piętnastu klatkach na sekundę w dzisiejszych czasach wypala oczy. Warto jednak spróbować, bo poznawanie „nowej” premiery na emulatorze sprzętu z lat dziewięćdziesiątych ma w sobie jakiś mistyczny urok. No i fajnie przygotuje Was na następne w kolejce Star Fox 64.

Bo to będzie już trend, prawda, Nintendo? Następnego malucha w przyszłym roku biorę za pewnik. Są już zresztą pierwsze wzmianki, iż firma zaatakuje przepełnionych tęsknotą fanów N64 Classic Edition. Teoretycznie – świetna decyzja, bo to jedyna konsola w dziejach firmy, której wystarczyłoby dwudziestotytułowe kompedium do bycia „kompletną”. Osobiście jednak życzyłbym nam takiego odświeżenia czarno-białych Game Boyów w pierwszej kolejności. W obu przypadkach sukces byłby zresztą przesądzony. „Wielkie N” zapoczątkowało nowy rozdział retroszaleństwa i przez następnych kilka lat każdy sezon jesienny wygra bez problemu. A może do wyścigu zachęci także tokijską konkurencję? Nie pogardziłbym czymś podobnym od Sony, zdecydowanie nie pogardziłbym.

„Wielkie N” zapoczątkowało nowy rozdział retroszaleństwa

Wracając jeszcze na chwilkę do SNES-a – bądź co bądź, jest to konkret. Mnóstwo zabawy, gadżeciarsko-kolekcjonerska otoczka, wygodne ułatwienia, kopalnia nostalgii. Marudzę, bom z natury maruda, lecz tak naprawdę tylko czekam, by zakończył się sezon gorących premier. Zacznę od Secret of Mana, będzie to mój pierwszy kontakt z tym klasykiem. A potem po kolei cała reszta. Zajawkowy kumpel też czeka, nigdy nie grał w trzecią Contrę, przejdziemy razem. W Mario Kart chciałby mnie również pokonać, ale bądźmy szczerzy – nie ma najmniejszych szans.

Adam Piechota

  1. Ameba w Panierce
    16:17 10.10.2017
    Ameba w Panierce

    Zaopatrzyłem się w konsolkę ze względu na Secret of Mana. Z jakiegoś powodu nie szło mi jej ogarnąć na klawiaturze.
    Poza tym za dzieciaka zawsze marzyłem o SNES-ie lub Sedze MegaDrive. Natomiast odstawiając „feel-sy” na bok mam parę refleksji.
    W Star Fox-a grałem po raz pierwszy w życiu i muszę powiedzieć, że mam problemy z orientacją w tej grze. Nie ogarniam tego co się dzieje na ekranie i co jest czym. Jak dla mnie spokojnie można było tą grę olać. Co do Ghouls n Ghots to też mam problemy z „chrupaniem”. Nie wiem czy tak było w oryginale, ale bywa, że gra zwalnia do kilku klatek.

    Ukryj odpowiedzi()