Zmien skórke
Logo Polygamii

PublicystykaPoważne gry na Kinecta i dlaczego to nie ma sensu

Do tej pory niespecjalnie wiedziałem, co sądzić o tak zwanych „poważnych grach na Kinecta”. Pojechałem jednak na E3, widziałem je, …

Do tej pory niespecjalnie wiedziałem, co sądzić o tak zwanych "poważnych grach na Kinecta". Pojechałem jednak na E3, widziałem je, w niektóre grałem. Teraz już wiem: to nie ma sensu.

Na konferencji Microsoftu, tuż przed E3, mogliśmy zobaczyć, jak Kinect działa w Ghost Recon: Future Soldier. Fragment z kucającym i strzelającym w ten sposób twórcą gry wielu zapadł w pamięć. Na jednych robi to naprawdę spore wrażenie (da się!), inni jednak zauważają, że to strasznie durne.

Okazuje się, że sami twórcy raczej zbliżają się do tego drugiego podejścia. Jak zdradził mi Tomek Kreczmar z telewizji Hyper, miał okazję przeprowadzać wywiad z jednym z nich i oczywiście o Kinecta zapytał. Pytany odparł, że w pełnej grze nie będziemy tak strzelać, "bo to przecież głupie". To na konferencji to był tylko pokaz możliwości. Normalni gracze Kinecta wykorzystają tylko do modyfikacji broni i komend głosowych.

Na imprezie Microsoftu Ubisoft pokazuje więc, do czego zdolny jest ten sprzęt, "patrzcie, inwestorzy, warto włożyć w Kinecta kasę!", gdy już jednak przychodzi do graczy, z pomysłu się wycofuje, najwyraźniej zdając sobie sprawę, że takie wykorzystanie tego akcesorium nie jest ani przydatne, ani potrzebne.

To przykład numer jeden: firma, która od Microsoftu dostała na pewno jakieś pieniądze za wykorzystanie jego sprzętu, wycofała się jednak z najbardziej śmiałych pomysłów. Już nieważne czy z obawy przed reakcją graczy, czy też faktycznie twórcy uznali to za głupie.

Star Wars Kinect i ja

Przykład numer dwa: Star Wars Kinect i Rise of Nightmares. Dwie "tylko kinectowe" gry. Jak idzie mi granie w pierwszą, możecie zobaczyć tutaj. Gdy się to robi samemu, wcale nie jest lepiej, niż gdy się na to patrzy. Lag co prawda nie jest zauważalny, ale sama rozgrywka nie sprawia zbyt wiele przyjemności. Problemem są zbyt małe możliwości: wyobraźcie sobie normalną grę, w której za wszystkie te gesty odpowiadałyby przyciski - chcielibyście w nią grać? Myślę, że raczej nie. Produkcja, w której można się błyskawicznie przemieszczać w kierunku przeciwnika, uderzać go i poruszać wybrane przedmioty przy użyciu telekinezy to za mało. Dlaczego ktoś miałby chcieć w nią grać? Tylko dlatego, że wszystko można robić własnym ciałem? Żart, zwłaszcza, że dla niektórych to wręcz minus, a nie plus.

Jeśli miałbym się naprawdę zainteresować grą na Kinecta, to musiałaby mi ona zaoferować coś, czego normalna nie jest w stanie. Dlatego na przykład podoba mi się Dance Central (choć jest produkcją "casualową"). A Star Wars Kinect? Jeśli będę chciał poczuć się jak Jedi, odpalę stareńkie Star Wars: Jedi Academy i wrażenia będą dziesięć razy lepsze. W przypadku "poważnych" produkcji Kinect ma ten problem, że dla osób znających się na grach, w przeciwieństwie do ludzi nie mających z nimi do czynienia, plusem nie jest to, że są one intuicyjne: dla nich taki jest także zwykły pad.

Rise of Nightmares

Podobny problem ma Rise of Nightmares, "horror" na Kinecta od Segi (słowo "horror" w cudzysłowie, bo, owszem, są zombie i krew, ale ze straszeniem to nie ma nic wspólnego). Gra toczy się z perspektywy pierwszej osoby. By się poruszać, należy wystawić jedną nogę do przodu albo do tyłu i skręcać ciałem. By uderzać, macha się rękami. To nawet działa (choć lag jest straszny), ale samo granie najbardziej kojarzy mi się z... Wolfenstein 3D. Nie można się rozglądać w pionie, brakuje dokładnej kontroli nad wykonywanymi ruchami. Pomijając już tragiczną jakość wykonania, pytanie brzmi: po co w ogóle miałbym się zainteresować tą grą, jeśli mogę odpalić dowolną inną z tego samego gatunku, ale niewykorzystującą Kinecta, która będzie lepsza i zaoferuje mi więcej możliwości?

Peter Molyneux zarzeka się, że Fable: the Journey będzie rozbudowanym RPG-iem, że mimo Kinecta gracze będą mieć swobodę wyboru i otwarty świat przed sobą. Dostaną jednak także mnóstwo uproszczeń, które to akcesorium wymusza, jak uczynienie scen akcji rozgrywką "na szynach". Znów: po co miałbym grać w taki tytuł, skoro mogę odpalić Fable III albo innego RPG-a, który będzie miał to samo, tylko bez tych "ułatwień"? Żeby pomachać rękami przed telewizorem? Wybacz, Peter, to za mało.

Peter Molyneux na prezentacji Fable: the Journey

Problemem "poważnych" gier na Kinecta nie jest to, że nie działają. Kwestią nie jest technologia (nawet jeśli teraz jest średnio, to Microsoft cały czas ją rozwija i założę się, że za jakiś rok wszystkie te lagi i inne tego typu rzeczy, na które teraz narzekamy, nie będą już obecne), ale to, że próbują one przenosić znane nam już gatunki w środowisko tego akcesorium. To wymusza uproszczenia, a te z kolei sprawiają, że takie produkcje nie mają startu do tradycyjnych, ale bardziej rozbudowanych.

Jeśli gry na Kinecta mają mieć sens dla zapalonych graczy, to muszą zaoferować coś zupełnie nowego, czego nie ma nigdzie indziej, bo nie jest tak, że ich zaletą z automatu jest wykorzystanie nowego akcesorium. Na razie nie pokazały, że są w stanie to zrobić.

Kinect działa. Nikt nie zarzuci Microsoftowi, że stworzył bubel, bo technologia naprawdę potrafi zrobić wrażenie. Ale, na bogów, w pralce nie zmywa się naczyń. Miałem wątpliwości (nadzieje?), zastanawiałem się czy rzeczony sprzęt może być atrakcyjny w przypadku "poważnych" gier. No więc pojechałem na E3, popatrzyłem sobie na nie z różnych stron i upewniłem się, że nie. Miejsce Kinecta widzę w Dance Central, Kinect Sports i temu podobnych produkcjach. Kinect Disneyland Adventures to znakomity pomysł, dzieciaki będą zachwycone, ale komendy głosowe w Mass Effect 3? Super, że się da, ale na serio ktoś będzie z tego korzystał, jeśli w rękach i tak trzymał będzie pada? Bez żartów.

Kinect

W całym tym zamieszeniu jest jednak jeszcze jedna rzecz, o której nie można zapominać: pieniądze. Pamiętacie, jak wiele lat temu wciśnięto nam technologię LCD, mimo że w tamtym momencie oferowała gorszą jakość niż CRT? Tak samo niestety może być z Kinectem. Jeśli Microsoft się uprze, to wprowadzi swoje akcesorium do "poważnych" gier na dobre. I być może kiedyś doczekamy się jednak naprawdę rozbudowanych, dobrych, wciągających produkcji na nie przeznaczonych. Wcześniej jednak koniecznością będą lata prób i błędów twórców, kiedy do czynienia będziemy mieć z rzeczami średnio udanymi albo po prostu marnymi. To możliwy scenariusz.

Nie jestem do końca przekonany czy chce w nim czynnie uczestniczyć.

Tomasz Kutera

Tomasz Kutera 12.06.2011

Do tej pory niespecjalnie wiedziałem, co sądzić o tak zwanych „poważnych grach na Kinecta”. Pojechałem jednak na E3, widziałem je, w niektóre grałem. Teraz już wiem: to nie ma sensu.

Na konferencji Microsoftu, tuż przed E3, mogliśmy zobaczyć, jak Kinect działa w Ghost Recon: Future Soldier. Fragment z kucającym i strzelającym w ten sposób twórcą gry wielu zapadł w pamięć. Na jednych robi to naprawdę spore wrażenie (da się!), inni jednak zauważają, że to strasznie durne.

Okazuje się, że sami twórcy raczej zbliżają się do tego drugiego podejścia. Jak zdradził mi Tomek Kreczmar z telewizji Hyper, miał okazję przeprowadzać wywiad z jednym z nich i oczywiście o Kinecta zapytał. Pytany odparł, że w pełnej grze nie będziemy tak strzelać, „bo to przecież głupie”. To na konferencji to był tylko pokaz możliwości. Normalni gracze Kinecta wykorzystają tylko do modyfikacji broni i komend głosowych.

Na imprezie Microsoftu Ubisoft pokazuje więc, do czego zdolny jest ten sprzęt, „patrzcie, inwestorzy, warto włożyć w Kinecta kasę!”, gdy już jednak przychodzi do graczy, z pomysłu się wycofuje, najwyraźniej zdając sobie sprawę, że takie wykorzystanie tego akcesorium nie jest ani przydatne, ani potrzebne.

To przykład numer jeden: firma, która od Microsoftu dostała na pewno jakieś pieniądze za wykorzystanie jego sprzętu, wycofała się jednak z najbardziej śmiałych pomysłów. Już nieważne czy z obawy przed reakcją graczy, czy też faktycznie twórcy uznali to za głupie.

Star Wars Kinect i ja

Przykład numer dwa: Star Wars Kinect i Rise of Nightmares. Dwie „tylko kinectowe” gry. Jak idzie mi granie w pierwszą, możecie zobaczyć tutaj. Gdy się to robi samemu, wcale nie jest lepiej, niż gdy się na to patrzy. Lag co prawda nie jest zauważalny, ale sama rozgrywka nie sprawia zbyt wiele przyjemności. Problemem są zbyt małe możliwości: wyobraźcie sobie normalną grę, w której za wszystkie te gesty odpowiadałyby przyciski – chcielibyście w nią grać? Myślę, że raczej nie. Produkcja, w której można się błyskawicznie przemieszczać w kierunku przeciwnika, uderzać go i poruszać wybrane przedmioty przy użyciu telekinezy to za mało. Dlaczego ktoś miałby chcieć w nią grać? Tylko dlatego, że wszystko można robić własnym ciałem? Żart, zwłaszcza, że dla niektórych to wręcz minus, a nie plus.

Jeśli miałbym się naprawdę zainteresować grą na Kinecta, to musiałaby mi ona zaoferować coś, czego normalna nie jest w stanie. Dlatego na przykład podoba mi się Dance Central (choć jest produkcją „casualową”). A Star Wars Kinect? Jeśli będę chciał poczuć się jak Jedi, odpalę stareńkie Star Wars: Jedi Academy i wrażenia będą dziesięć razy lepsze. W przypadku „poważnych” produkcji Kinect ma ten problem, że dla osób znających się na grach, w przeciwieństwie do ludzi nie mających z nimi do czynienia, plusem nie jest to, że są one intuicyjne: dla nich taki jest także zwykły pad.

Rise of Nightmares

Podobny problem ma Rise of Nightmares, „horror” na Kinecta od Segi (słowo „horror” w cudzysłowie, bo, owszem, są zombie i krew, ale ze straszeniem to nie ma nic wspólnego). Gra toczy się z perspektywy pierwszej osoby. By się poruszać, należy wystawić jedną nogę do przodu albo do tyłu i skręcać ciałem. By uderzać, macha się rękami. To nawet działa (choć lag jest straszny), ale samo granie najbardziej kojarzy mi się z… Wolfenstein 3D. Nie można się rozglądać w pionie, brakuje dokładnej kontroli nad wykonywanymi ruchami. Pomijając już tragiczną jakość wykonania, pytanie brzmi: po co w ogóle miałbym się zainteresować tą grą, jeśli mogę odpalić dowolną inną z tego samego gatunku, ale niewykorzystującą Kinecta, która będzie lepsza i zaoferuje mi więcej możliwości?

Peter Molyneux zarzeka się, że Fable: the Journey będzie rozbudowanym RPG-iem, że mimo Kinecta gracze będą mieć swobodę wyboru i otwarty świat przed sobą. Dostaną jednak także mnóstwo uproszczeń, które to akcesorium wymusza, jak uczynienie scen akcji rozgrywką „na szynach”. Znów: po co miałbym grać w taki tytuł, skoro mogę odpalić Fable III albo innego RPG-a, który będzie miał to samo, tylko bez tych „ułatwień”? Żeby pomachać rękami przed telewizorem? Wybacz, Peter, to za mało.

Peter Molyneux na prezentacji Fable: the Journey

Problemem „poważnych” gier na Kinecta nie jest to, że nie działają. Kwestią nie jest technologia (nawet jeśli teraz jest średnio, to Microsoft cały czas ją rozwija i założę się, że za jakiś rok wszystkie te lagi i inne tego typu rzeczy, na które teraz narzekamy, nie będą już obecne), ale to, że próbują one przenosić znane nam już gatunki w środowisko tego akcesorium. To wymusza uproszczenia, a te z kolei sprawiają, że takie produkcje nie mają startu do tradycyjnych, ale bardziej rozbudowanych.

Jeśli gry na Kinecta mają mieć sens dla zapalonych graczy, to muszą zaoferować coś zupełnie nowego, czego nie ma nigdzie indziej, bo nie jest tak, że ich zaletą z automatu jest wykorzystanie nowego akcesorium. Na razie nie pokazały, że są w stanie to zrobić.

Kinect działa. Nikt nie zarzuci Microsoftowi, że stworzył bubel, bo technologia naprawdę potrafi zrobić wrażenie. Ale, na bogów, w pralce nie zmywa się naczyń. Miałem wątpliwości (nadzieje?), zastanawiałem się czy rzeczony sprzęt może być atrakcyjny w przypadku „poważnych” gier. No więc pojechałem na E3, popatrzyłem sobie na nie z różnych stron i upewniłem się, że nie. Miejsce Kinecta widzę w Dance Central, Kinect Sports i temu podobnych produkcjach. Kinect Disneyland Adventures to znakomity pomysł, dzieciaki będą zachwycone, ale komendy głosowe w Mass Effect 3? Super, że się da, ale na serio ktoś będzie z tego korzystał, jeśli w rękach i tak trzymał będzie pada? Bez żartów.

Kinect

W całym tym zamieszeniu jest jednak jeszcze jedna rzecz, o której nie można zapominać: pieniądze. Pamiętacie, jak wiele lat temu wciśnięto nam technologię LCD, mimo że w tamtym momencie oferowała gorszą jakość niż CRT? Tak samo niestety może być z Kinectem. Jeśli Microsoft się uprze, to wprowadzi swoje akcesorium do „poważnych” gier na dobre. I być może kiedyś doczekamy się jednak naprawdę rozbudowanych, dobrych, wciągających produkcji na nie przeznaczonych. Wcześniej jednak koniecznością będą lata prób i błędów twórców, kiedy do czynienia będziemy mieć z rzeczami średnio udanymi albo po prostu marnymi. To możliwy scenariusz.

Nie jestem do końca przekonany czy chce w nim czynnie uczestniczyć.

Tomasz Kutera