Zmien skórke
Logo Polygamii

RecenzjePokemon Sun & Moon – recenzja. Nawet Snorlax zasługuje na wakacje

Z odwagą stań i graj.

Facebook Twitter Google Wykop

Cwaniak, który jest fanem serii od dwudziestu lat, powie, że oszałamiający sukces nowych Pokémonów – dziesięć milionów sprzedanych egzemplarzy w pierwszy tydzień – nie ma nic wspólnego z tegorocznym fenomenem Pokémon Go. Daleko mi od takiego cynizmu. Lato 2016 udowodniło światu skalę naszego sentymentu do „łapania ich wszystkich”. I obudziło tęsknotę za pierwszymi rozdziałami marki. Ta zaś, nawet pomimo ośmiuset potworków w miejsce klasycznych stu pięćdziesięciu, od wielu lat żeruje właśnie na tym sentymencie. Innym „długowiecznym” wytyka się powtarzalność. Pokémony za nią głaszcze z kolei po kartridżach. To nie tyle dowód niesprawiedliwości całej branży, ile wyznacznik, jak genialna już w 1996 roku była formuła studia Game Freak.

Platformy: 3DS
Producent: Game Freak
Wydawca: Nintendo
Dystrybutor: Conquest
Data premiery: 23.11.2016
Grę do recenzji udostępnił dystrybutor, zdjęcia pochodzą od wydawcy.

Na Poksy zawsze trzeba się naczekać, trzeba zatęsknić

Inną kwestią jest eksploatacja takiego geniuszu. Na Poksy zawsze trzeba się naczekać, trzeba zatęsknić. Sun i Moon od poprzedników dzielą aż trzy lata. Ba, nawet od remasterów Ruby i Sapphire minęły dwa kalendarze. Wystarczająco, by X lub Y całkowicie wymasterować, zrobić pobieżny maraton pozostałych pięciu generacji, obejrzeć pierwszy sezon anime z polskim dubbingiem i obowiązkowym słoneczkiem Polsatu, załapać się na miesiąc maszerowania z Go w telefonie oraz przygotować ciało niczym sam Reggie. Albo w ogóle zapomnieć, co z czym, by ponownie to odkryć właśnie tutaj. I klik – gierka w 3DS-ie, nagle znowu zaczyna działać magia. Prawda? Ha. Akurat w tym przypadku odpowiedzi mogłyby być jednak dwie.

Przez pryzmat ryzyka, jakie dotychczas podejmowali weseli panowie z Game Freak, tutejsze innowacje wydają się reprezentować wagę ciężką

Ze mną chodź, już nadszedł czas

Ale ta odmowna wcale nie będzie oznaczała, że słoneczno-księżycowe Pokémony okazały się wtopą. Po prostu przez pryzmat ryzyka (lub jego braku), jakie dotychczas podejmowali weseli panowie z Game Freak, tutejsze innowacje wydają się reprezentować wagę ciężką. Jak na przykład setting. Wyspy Alola to – bijcie, jeśli chcecie – pierwszy prawdziwy, logicznie skonstruowany świat w tej serii. Grupowy wyjazd na Hawaje musiał dać twórcom istnego kopa weny. Nowy region nie należy do największych, niemniej swoją atmosferą potrafi wynagrodzić czas spędzony przed konsolką. Wiecie: palmy, plaże, szklane mikromiasteczka, nadmorskie zbocza, niepokojące młode dziewczęta w bikini oraz wakacyjne instrumentarium w słuchawkach. Alolę eksploruję z poczuciem beztroski, co w obliczu tak nerwowego okresu w tej branży uważam za niemały wyczyn.

Knypek, w którego przyjdzie Wam się wcielić, w nosie ma odwieczne tradycje. A może to mieszkańcom wysp sielanka wybiła z czerepów wybudowanie kolejnych ośmiu gymów do podbicia. Stąd nowa formuła na przygodę. A może raczej „odmienna”, bo choć próby, jakie postawią przed nami spotkani pokéwymiatacze, przebiegają teraz w inny sposób – zamiast szeregu nacechowanych elementami pojedynków są to po prostu konkretne zadania („pokonaj w jaskini ileś danych stworków”, „znajdź tyle a tyle takich przedmiotów”) – to ich finałem i tak będzie staroszkolne mano a mano z gościem, który nie spodziewał się, że gracz spędzi godzinę na doszlifowanie swoich pupilków. Krótszym zdaniem: spuszczenie komuś siermiężnego łomotu. Tylko bez znanego na pamięć wstępu.

Odznaki nie miały przecież i tak żadnego sensu. To może zamiast nich rozdawać będą specjalne kamienie, takie z odczuwalnym wpływem na dalszą rozgrywkę? Każdego Poksa wyekwipować możemy w rzeczony bajer, by w walce wykonać Z-move, znaczy taktykę poprzedzoną animacją rodem z Dragon Balla, a siekającą niczym podkręcony legendarny. As w rękawie to zawsze dobra rzecz, zwłaszcza gdy jakiś zaskakująco wytrzymały lokator wysokiej trawy wezwie na pomoc sąsiada. Dwóch na jednego to banda łysego. Czyli banda połowy redaktorów Polygamii. Chociaż tak naprawdę Ruchów-Z używać będziecie rzadziej, niż Wam się wydaje – to nie jest szczególnie trudna pozycja.

To nie jest szczególnie trudna pozycja

Resztę modyfikacji wrzuciłbym już do szufladki „kontynuacja wymaga”. Nawet w Game Freak zauważają, że coraz więcej z nas lubi sobie czasem posnorlaksić. Dlatego powrót zalicza osądzone od czci i wiary EXP Share (część drużyny, która grzała ławę, i tak otrzyma połowę punktów doświadczenia po każdej walce), dlatego na dolnym ekranie podejrzymy sobie mapkę wyspy z zawsze zaznaczonym celem fabularnym i dlatego – kurczę, nareszcie – gdy raz powalimy na glebę jednego dziwoląga, już zawsze będziemy mieli pogląd na jego słabostki, a przy nazwie naszego ruchu zobaczymy stosowną informację, że jest on w tym przypadku albo „super efektywny”, albo ledwo drapnie wrogi pasek życia. Przy obecnym pokéwachlarzu oraz liczbie typów stworków to szalenie przydatny motyw, kropka.

Ramię w ramię w wielki bój

Wspomniana wcześniej magia ukryta jest zatem pod płaszczykiem z nowinek. Definicja „klasyki”, jak to w przypadku Pokémonów bywa od zawsze. Gdy ogrywałem kilka tygodni temu średnio udane World of Final Fantasy, kilka razy zdarzyło mi się zwątpić, czy to ja się zestarzałem i kolekcjonerska formuła nie rusza mnie tak, jak w podstawówce, czy pozycja od Square coś zawaliła. A skoro cicho piszczę z radości, że mój Metapod nareszcie ewoluuje w Butterfree, odpowiedź powinna być oczywista. Niezależnie od tego, czy hawajska miejscówka z Wami klika oraz jak wielką tolerancję wykażecie wobec blaszanych dialogów w Sun lub Moon, do konsoli wracać będziecie regularnie. By zbudować własną armię i – w bliżej nieokreślonej przyszłości – przejąć kontrolę nad pokéświatem. Biorąc pod uwagę, jak wiele stworków stanie na Waszej drodze… No, chwilkę to zajmie.

Dawna magia ukryta jest pod płaszczykiem z nowinek

Lwią część poświęconego Pokémonom czasu spędzicie na buszowaniu w wysokiej trawie. Nikogo nie powinno to szokować. Wszelkie „lochy” (najczęściej jaskinie) to zaledwie cienie swoich przodków z pierwszych generacji, dlatego pękają niczym opakowania z zupką chińską pod koniec miesiąca. Mały zgrzyt, owszem, niemniej skoro seria i tak słynie z wielogodzinnego grindingu – nie przez poziom trudności, ale z chęci wyciśnięcia ostatnich soków ze wszystkich podopiecznych – najwyraźniej małą różnicę w Game Freak robiło, gdzie będziecie kręcić się w kółko. Ja mam przeciwnie, bo nie chciałbym, żebyście ziewali. A możecie. Bo jeżeli myślicie, że ten podstawowy rdzeń rozgrywki wyleciał daleko od czasów Red i Blue, to macie za dużo czasu na przemyślenia i powinniście wziąć się do jakiejś roboty.

To własnie Ty

A skoro już o zgrzytach czy ziewnięciach było, warto wątek pociągnąć. Bo wbrew temu, co piszą zachodnie portale, wcale nie jest tak absolutnie perfekcyjnie. Przede wszystkim – minie wiele tarcz zegara, nim tak naprawdę przejmiecie kontrolę nad swoim losem. Ograniczenia, samouczki, barykady na drogach (niewielkiego świata, przypominam) i tona przerywników filmowych to lekkie faux pas w czasach, gdy najpierw hasa się dla frajdy pięć godzin, a potem zaczyna zadawać jakiekolwiek pytania. Jeżeli na dodatek, podobnie jak niżej podpisany, po furiatycznych wakacjach zrobiliście sobie rzeczywiście mały powrót do przeszłości i wszystko, czego próbują Was tutaj „nauczyć”, pamiętacie zbyt dobrze, to początek może okazać się prawdziwą katorgą. Szczęśliwie – przynajmniej walki można odcedzić z większości animacji i w późniejszych, bardziej schematycznych etapach zabawy znacząco je skrócić.

Za równie chybiony pomysł uważam cały „scenariusz” nowych Poksów. Bo dużo postaci i próba zmontowania fabularnego rusztowania całej przygody oznaczają kupę dialogów do przeklikania. Gdyby zaangażowano tłumaczy od ostatniego Paper Mario, mogłoby się to udać. Ale Pikachu nie miał tyle szczęścia. Pozostaje zatem ratowanie się umiejętnościami z dawnych „olimpiadek” i naparzenie przycisku z prędkością światła. Odnoszę wrażenie, że bohaterowie Sun/Moon zostali stworzeni wyłącznie pod przyszłe Amiibo lub gościnne występy w Smash Bros. Zwłaszcza nasz nieszczęsny rywal, Hau – ten gdyby mógł, to pocałowałby bohatera za spranie jego Pokémonów. Albo Lillie, która… już została zapowiedziana w popularnej bijatyce Nintendo.

Wbrew temu, co piszą zachodnie portale, wcale nie jest tak absolutnie perfekcyjnie

Zagadka-udręka: dwie kulki i palemka

Nie lubimy, jak w recenzji stwierdza się, że gra „nie jest dla każdego”, bo to trochę kisiel. W przypadku Poksów mieliśmy dwadzieścia lat, by przekonać się, czy ich formułę wciągamy jak makaron, czy darzymy nadal obojętnym niezrozumieniem. Nawet jeśli nowa generacja odkrywa, że warto ten schemat trochę odświeżyć (a robi to całkiem dobrze), po kilku pozytywnych zaskoczeniach zostajecie… z Pokémonami. No a jak inaczej. Na pewno ich najprzystępniejszą i przeogromną pod względem liczb wariacją. I jeżeli – z różnych powodów, nie oceniam, wcale-a-wcale nie próbuję nawiązać do Go – jakoś w tym roku za Pokémonami zatęskniliście, wiecie, co robić. Sun/Moon to w moich oczach także idealne miejsce do rozpoczęcia całego romansu z serią. Niezależnie od wcześniejszego doświadczenia – spędzicie tutaj kilkadziesiąt pozytywnych godzin.

Adam Piechota

ZAGRAĆ?
WARTO
4.0

  1. Whis
    15:20 29.11.2016
  2. 18:42 29.11.2016
    Eerion

    Ogólnie Nintendo bardzo dużo się nauczyło w tej grze.
    Komentarze ze zdjęć bardzo często przypominają komentarze pod czymkolwiek (Konieczny spinacz, człowiek który stwierdzi, zę zrobiłby to lepiej, troll), itd.
    Co do zmian – sporo zmienili. Dla mnie jest to ciekawe odświeżenie od rutyny (i mówi to człowiek, który ograł każdą generację poza 4).
    Choć jak czytałem opinie, to wiele osób było oburzone brakiem gymów. No, ale ludzi nie da się zadowolić…

    Mam już 15 godzin wbitych i jestem bardzo z gry zadowolony. Po raz pierwszy też odczuwam, że w tej grze jest jakaś fabuła. I nie przeklikuje wszystkich czatów. Materiał na książkę to nie jest, ale przyjemnie się ogląda rozwój historii.

  3. 20:03 29.11.2016
    konbezzebow321

    Ogólnie bardzo pozytywnie, ale to w jaki sposób twórcy ograniczają eksplorację jest tragiczny. Nie mówię o samym fakcie blokowania przejść. Na przykład chcesz sobie przejść mostem i twórcy postanawiają że wygodniej im żebyś tego nie robił. Co wymyślili? Trener szuka przedmiotów akurat w miejscu wejścia na most razem z pokemonem, który szuka ich po zapachu. Chcesz wejść do miasta? Nie wejdziesz bo akurat stoi tam tauros, ale spoko kiedy linia fabularna będzie wymagała od Ciebie żebyś tam się udał to ten znajdzie się w innym miejscu – odgradzając inną drogę. Tak samo wspomniane w recenzji barykady. Ktoś stoi przy nich i sprawdza czy aby na pewno masz z-kamień. Serio Alola to region, w którym jeśli nie pokonasz teoretycznie najsilniejszych trenerów na całej wyspie to nie możesz odwiedzić znajomego z innego miasta?

    Ja wiem, że nie powinienem doszukiwać się sensu w takich rzeczach, ale myślę że półgodzinna burza mózgów wśród ekipy i można wpaść na coś choć odrobinę wymyślnego, a już na pewno nie żałośnie prymitywnego.