Zmien skórke
Logo Polygamii

Najlepszy Assassin's Creed to... [Klub Dyskusyjny]

Jest w czym wybierać - seria to wszak dobre kilkanaście części.

Paweł Olszewski: Najlepszy Assassin’s Creed to pierwszy Assassin’s Creed. On był najświeższy, najbardziej przełomowy. Dziś może to brzmieć śmiesznie, ale 10 lat temu (sic!) naprawdę byłem pod wrażeniem wielkości tej mapy i faktu, że to wszystko TAK wygląda, a do tego mogę wleźć na każdy budynek. Animacja Altaira była z kolei czymś, co osładzało mi brak kolejnych części Prince of Persia od Ubisoftu. I chociaż wciąż uważam, że to właśnie przez Altaira i kolejnych potomków Desmonda Książę odszedł w niebyt, to i tak dobrze go wspominam. Co wcale nie oznacza, że dziś chciałbym w pierwszego Assassyna grać, a tym bardziej komuś go polecać. Do tego nadaje się „dwójka”, która była dla mnie takim Assassynem Ultimate – nic lepszego w serii już potem nie spotkałem. Nic dziwnego też, że właśnie ta część wraz z bezpośrednimi kontynuacjami doczekała się remasterów na PS4 i Xboksie One. Wątek amerykański „trójki” był ciekawy, okręty z Blach Flag fajne, a tłumy na ulicach Unity imponujące, ale prawdziwe emocje czułem przy „jedynce”. I bardzo chciałbym znów je poczuć przy Origins.


Maciej Kowalik: Ach… Pierwszy asasyn, czyli jedna z pierwszych gier, które dostaliśmy do recenzji. W której grę… trochę zjechałem, wystawiając jej ostatecznie 7/10. Pierwszy telefon do naczelnego od niezadowolonego PR-owca, który myślał, że coś wskóra.

Wspomnienia, wspomnieniami, ale najlepszym Asasynem jest dla mnie Brotherhood. Gra, przy której ostatecznie wyzbyłem się mrzonek o tym, że Ubi tworzy „Splinter Cella w średniowieczu” i czerpałem frajdę z potęgi, jaką dawało przywództwo bractwu. Jest spora frajda w tym, gdy Ezio idąc w stronę przeciwników zaciska pięść, a kilka sekund później wszyscy oni giną od strzałów i sztyletów współbraci. Seria nie dała mi nigdy skradanki na jaką liczyłem, ale tego typu akcje prawie mi to wynagrodziły. No i ten Rzym, którym można było niemalże oddychać, taki był śliczny. To chyba ostatnia część jaką ukończyłem. Jeśli przeszedłem Revelations, to tego nie pamiętam. Późniejszych jedynie kosztowałem. Doceniam Black Flag, ale taki z tego „asasyn”, jak z koziej… bródki trąba. Długo wytrzymałem z Connorem, bo wybrany punkt historii świata był nader ciekawy, ale w którymś momencie miałem już dość schematów. Może Origins je przełamie.


Patryk Fijałkowski: Jestem w tym samym obozie co Maciu i najbardziej cenię sobie Brotherhooda. Assassin’s Creed osiągnął tam szczyt swojej formuły, a Rzym był niesamowitym miejscem do zwiedzania i chłonięcia każdego detalu. Wciąż też pamiętam, jak skończyłem tę część jakoś o czwartej nad ranem, siedząc przed Xboksem z rozdziawioną gębą, porażony cliffhangerem jakiego zafundowano nam na końcu. Pamiętacie? W kluczowym momencie chyba z pięć minut stałem w bezruchu, licząc na to, że to może tylko jakaś pomyłka, że może da się inaczej, że to tylko test. Silna scena. I jedno z najbardziej zapadających w pamięć zakończeń – nie tylko w historii samej serii.


Dominik Gąska: Assassin’s Creed: Black Flag. Co by Maciu nie pisał, to gra z „Assassin’s Creed” w tytule, więc oczywiście, że łapie się do kategorii „najlepszy asasyn”. Poza tym to tytuł, który pokazał, że właśnie te gry są najlepsze, kiedy wykorzystują wszystkie te „asasynowe” mechanizmy jedynie jako bazę, fundament, na którym budują coś dodatkowego. Samo bieganie po dachach, zabójstwa, walki, animacje już nie wystarczą. To było fajne i rewolucyjne, dopracowane do perfekcji w trzech „dwójkach” (Assassin’s Creed II, Brotherhood i Revelations), teraz potrzeba czegoś więcej.

Twórcy Black Flag to rozumieli, dodając do tego świetną grę o piratach z chyba wciąż najlepszymi bitwami morskimi w historii. I rozumieli to również przy Origins, robiąc na bazie mechanizmów asasyna rozbudowane action-RPG w niewyeksploatowanych realiach. Taka jest moim zdaniem droga w przyszłość dla tej serii, jeżeli ma ona jeszcze cokolwiek znaczyć. Asasynowa podstawa, na której nadbudowuje się coś więcej. W ten sposób Ubisoft może nas jeszcze wiele razy miło zaskoczyć.


adam2Adam Piechota: Najlepiej wspominam „dwójkę”. W oryginał zagrałem z kilkuletnim opóźnieniem, raczej z przymusu niż rzeczywistych chęci. Liczne kontynuacje przychodziły już bez większych zaskoczeń (choć piaskownica „trójki” była absolutnie wyjątkowa, a śmiganie po morzach w Black Flag radośnie „nieasasynowe”, a przez to fajne). Tymczasem Ezio uderzył we mnie jak grom. Calutki miesiąc wpompowałem w maksowanie tej pozycji, nieświadom, że za chwilę będę miał odruchy wymiotne na samą myśl o tych wszystkich aktywności pobocznych. Nie zdziałał scenariusz. Zadziałały realia i oprawa. Przecież byłem w Wenecji. Widziałem, jak fantastycznie oddana jest unikalna atmosfera tego miasta. A muzyka Jespera Kyda? Powraca w moich głośnikach do dzisiaj. „Dwójka” nie była perfekcyjną produkcją już wtedy – nie jest tym bardziej obecnie. Klikała ze mną najmocniej na poziomie osobistym. Dzięki niej zdecydowałem się śledzić losy serii i za to otrzymuje ode mnie głosik. Rekłieskat in pacze.


Bartek Stodolny: Okej, to pierwszy Assassin’s Creed zrobił najlepsze wrażenie, bo tak olbrzymia swoboda w grze była wtedy czymś stosunkowo rzadko stosowanym przez deweloperów. I przez pierwsze godziny było naprawdę ciekawie, ale potem zaczęła się powtarzalność i zalążek tego, czym jest dziś Ubigame. Odpuściłem gdzieś w połowie, a z wszystkich pięciu części, w które grałem, skończyłem tylko dwie.

Dwójka podeszła mi dlatego, że usprawniała praktycznie wszystkie bolączki poprzedniczki. Lepiej się biegało, lepiej się walczyło, a w porównaniu z koszmarnie nudnym i miałkim Altairem, Ezio był po prostu fajnym bohaterem, z którym chciało się spędzać czas. Najmilej jednak wspominam – uwaga, uwaga – Assassin’s Creed III. A powód takiego stanu rzeczy jest prosty: „trójka” pięknie obnaża, kim tak naprawdę są Asasyni – bandą zbuntowanych nastolatków z durnymi ideałami, którzy dają się wykorzystywać ludziom potrafiącym w te ideały uderzyć. Poza walkami morskimi, trzecia część dobrze robi tylko to, czyli idiotę z Connora i całego zakonu. Do dziś pamiętam, jak bodajże pierwsza ofiara śmieje się temu dzieciakowi w twarz mówiąc, że Asasyni i Templariusze dążą do tego samego, a zabijając go umożliwił wrogowi dalsze działania. Albo jak na końcu gry główny bohater dostaje od wszystkich po tyłku.

No dobra, jeszcze jedna rzecz była w trójce fajna – prolog, w którym wcielaliśmy się w Haythama Kenwaya. Pierwszym zaskoczeniem było, że w końcu pojawił się gość, który zachowuje się tak, jak powinien zabójca. Wyrachowany, pragmatyczny, dążący do celu. A potem drugie zaskoczenie – on jest Templariuszem, a nam przyjdzie grać jednym z największych idiotów w historii gier wideo. Ale i tak ten zwrot fabularny był genialny.

Przeczytaj także:

Redakcja

 

Więcej na temat:

  1. 10:45 28.10.2017
    Redemptor

    AC2
    AC:B
    AC3
    AC:ROGUE
    AC:Unity
    AC: Black FLAG
    AC
    AC: Syndicate
    AC:Revolution

    Ukryj odpowiedzi()
  2. 11:15 28.10.2017
    Blue__

    Grałem tylko w dwójkę, brotherhood i unity. Dwójka była rewelacyjna, brotherhood miał okropne 0,5s freezy na ps3 i mnie znudził, bo dla mnie za mało różnił się od 2 części. Unity mi bardzo „robiło”(i serio wolałem w niego grać niż w bartherhood jak idzie o wydajność na konsolach), ale jakoś tak wyszło że ruszyłem coś innego i już nie wróciłem. Tyle, oddajcie mojego księcia persji(podobał mi się bardzo ten ostatni bajowy, którego ludzie zjechali za niski poziom trudności[teraz takie checkpointy by nikogo pewnie nie zdziwiły, a przynajmniej są „natywne”, a nie abstrakcyjne] etc. ;).

  3. 11:48 28.10.2017
    mimochodem

    brotherhood. bieganie po rzymie było magicznym przeżyciem, a ost kida do teraz mi towarzyszy.

  4. 12:49 28.10.2017
    Winch2005

    Największe wow w swoim czasie wywołała u mnie jedynka. Wielka mapa z ogromnymi miastami po których można było się swobodnie przemieszczać. W jednych rycerze mówili po francusku, a w innych po angielsku. W Jerozolimie po Rosyjsku 🙂 Tak! Grałem wtedy na piracie i miałem zbugowany release w wersji angielskiej. Gra się wysypywała w momencie wejścia do Jerozolimy i wtedy kopiowałem save’y do wersji Rosyjskiej 😀

    Wspomnienia : ) Najlepsza dla mnie była druga część z pięknymi Włoskimi miastami. Co ciekawe wychwalany Brotherhood całkowicie mnie już nużył. Później odbiłem się jeszcze od trzeciej części i trochę pograłem w czwartą. Miała fajny piracki klimat ale to ciągłe pływanie również mnie w końcu wynudziło.

    Ukryj odpowiedzi()
  5. Freszu
    13:26 28.10.2017
    Freszu

    Pierwszego Asasyna ogrywałem po AC2 i AC:B, więc wrażenie zrobił na mnie żadne. Jeśli chodzi o pojedynek dwóch pierwszych gier z Eziem jako gł. bohaterem, to wg. mnie wygrywa Brotherhood, które lepiej rozwijało renesans w serii, lepiej pokazywało zepsucie rodzin we Włoszech, a o architekturze Rzymu nawet nie wspomnę. Mimo wszystko, z perspektywy czasu najlepszą pozycją z serii jest Black Flag, który oczywiście nie robi nic przełomowego (bo statki, rum i Karaiby widzieliśmy w podobnej formie w Pirates! Sida Meyera). Dla mnie każdy Asasyn miał liniową oraz płytką rozgrywkę, a jej niedociągnięcia nadrabiał otwartym światem, który nawet nie był dobrze wykorzystywany. Dopiero Black Flag tak dobrze zachęcał do ich eksploracji, ale – paradoksalnie – architektura Karaibska była po prostu biedna. Dlatego uważam, że to Origins ma szansę stać się najlepszą z serii – łączy eksplorację Black Flaga z bodajże najciekawszym miejscem i czasem akcji w całej serii. Może kiedyś wybierzemy się także do Persji?

  6. 13:32 28.10.2017
    ammarmar

    Mnie najbardziej podobał się Black Flag. Mogłem pływać godzinami i słuchać, jak moim marynarze śpiewają szanty. Zresztą szukanie nowych piosenek w którymś momencie było moim głównym zajęciem.

    Pierwsze części były nowatorskie, miały ciekawą fabułę, ale mało kto pamięta, jak okropne było sterowanie (mam na myśli wersje na PC). W gry na grę je poprawiali, żeby w końcu stało się tak samo intuicyjne, jak w innych tego typu grach.

    Np. ile razy zdarzyło się wam skoczyć nie tam, gdzie trzeba w ACII? Sporo misji polegało na gonieniu kogoś po dachach, jeden nieudany skok i misja nieudana.
    Albo pamiętacie jak diabelnie trudne było wspinanie się na budynki w części pierwszej? Momentami przypominało to zagadkę logiczną z elementami zręcznościowymi (przechodnie rzucali w nas kamieniami i ciągle spadaliśmy).

    Kolejne części były coraz bardziej doszlifowane i sama rozgrywka była mniej frustrująca. Gry miały coraz słabsze oceny, gdyż po prostu nastąpiło zmęczenie materiału.

  7. yesman
    15:00 28.10.2017
    yesman

    Assassin’s Creed dla mnie to trylogia Ezio. 2, Brotherhood i Revelations traktuje jako jedną całość i to właśnię jest moja ulubiona część

  8. 19:25 28.10.2017
    madoc

    Jakoś nie trafiła do mnie ta seria, dlatego jedynym Asasynem którego przeszedłem od początku do końca jest Black Flag, który podobno jest tym najmniej asasynowym. Świetna gra, ale byłaby lepsza, gdyby to nie było AC, bo jej największe wady to cechy charakterystyczne dla tej serii (fatalna walka wręcz, przeskoki do współczesności, futurystyczny interfejs, asasyński wątek odciągający od świetnego wątku pirackiego).

  9. 20:54 28.10.2017
    daget24

    Brotherhood Najlepsze bo był najlepiej rozbudowaną częścią serii która to jeszcze zachowywała jakąś świeżość. Fajny protagonista i okej fabuła. No i jak tu nie lubić biegania po Rzymie. Szkoda że Revelation wybrała dość denny czas by osadzić grę w Konstantynopolu i ogólnie było meh.

  10. Lord Bart
    21:38 28.10.2017
    Lord Bart

    Jak zawsze odwieczne pytanie: najlepszy czy mój ulubiony? Bo ludzie bardzo często nie widzą różnicy.

    Taka prawda, że w (prawie) każdym AC jest coś co mi się podoba. Czasami historia, czasami miejscówka, czasami gameplay… ale najlepszą częścią (chociaż nie moją ulubioną) jest pierwsza, bo to jedyna w której jesteśmy naprawdę Zabójcą, poza tym Asasyni i Templariusze idealnie do siebie pasowali, nie tylko z ogólnej nazwy, ale z realiów.

    Każda następna gra to już tylko wymieszanie Zabójcy z czymś jeszcze, później już przewaga tego czegoś sprowadzająca tytuł AC do gry o piratach (jak BF), czy teraz o egipskim pseudo-wiedźminie w egipskim farkrajowym wydaniu.

    Nie wspominam już z litości o tym co zrobiło Ubi z Abstergo, ale marka już dawno odeszła od założeń… od idei na rzecz dostosowywania się do trendów i konkurencji.

    Dlatego najlepszy jest imho Assassin’s Creed 2007.

    Ukryj odpowiedzi()
  11. Simplex
    08:52 29.10.2017
    Simplex

    Maciu, skoro piszesz o swojej recenzji na Poly, to warto podlinkować w tekście, w końcu www z założenia miało być hipertekstowe 🙂

    http://polygamia.pl/assassin-s-creed-recenzja/

  12. Simplex
    08:54 29.10.2017
    Simplex

    Z asasynów to grałem w jedynkę, dwójkę, Black Flag i kawalek brotherood.
    Jedynka szokowała grafiką i animacją, a nużyła powtarzalnością. Dwójka to wiadomo – powszechnie uważana za najlepszego asasyna i się z tym zgadzam, choć wolę tego teraz nie sprawdzać. Black Flag to najmniej asasynowy asasyn ze wszystkich, mogli wywalić tego animusa i byłaby świetna gra o piratach – świetnie się bawiłem żeglując, choć wcale nie mam jakiejś strasznej zajawki na piratów. Muszę ograć w końcu AC: Rogue.

    Ukryj odpowiedzi()
  13. Simplex
    08:57 29.10.2017
    Simplex

    Uwaga, jak ktoś nie grał, to są drobne spoilery z ACIII i z Brotherhooda. Ja akurat nie grałem, no ale te gry mają swoje lata.

  14. Malachai
    13:33 30.10.2017
    Malachai

    nr 1. Trylogia z Ezio (florencja, venecja, rzym, konstantynopol)
    nr 2. Unity (Paryż oraz nowe animacje zwaliły z nóg – do dzsiaj jedna z naładniejszych gier z otwartym świetem)
    nr 3. AC3 (najlepeszy animcje walki setki ciosów, dzikie tereny, nowe animacje)
    nr 4. Black Flag (świetna gra o piratach, słaba o assasynach)
    nr 5. AC 1 (za średniowiecze i klimat, nudna, powtarzalna, słaby bohater)
    nr 6. AC Syndykat (piękna graficznie, najsłabsza gameplayowo – beznadzijne postacie)