Zmien skórke
Logo Polygamii

Mam nadzieję, że gdy Assassin's Creed wróci z urlopu, poznamy "nowego Ezio"

10.01.2017 Maciej Kowalik
Nie chodzi o życiorys, charakter czy umiejętności. Chodzi o rolę w serii.

Żeby było śmieszniej, w momencie premiery Assassin’s Creed 2 nie zachwyciłem się sequelem i „Edziem”. Tajemniczy Altair z jedynki bardziej mnie kręcił. To jego chciałem zobaczyć w kolejnej, rozbudowanej i dużo ciekawszej grze. Bo przecież było co poprawiać. Jak na hype towarzyszący wprowadzaniu na rynek zupełnie nowej serii, mającej na lata stać się niezbywalnym elementem kalendarza wydawniczego Ubisoftu, Assassin’s Creed rozczarowywał. Napisałem to nawet w recenzji (7/10). Jeśli mnie zresztą pamięć nie myli, była to pierwsza gra, jaką nasza mała redakcja wypożyczyła od dystrybutora (Ubisoft Polska jeszcze wtedy nie było). Ten swoją drogą zawracał potem Piotrkowi Gnypowi głowę, że ocena jakaś taka niska. To też pokazuje, że oczekiwania w stosunku do Assassin’s Creed były spore. Debiut ich nie udźwignął – coś trzeba było zrobić.

Tak jak teraz coś trzeba zrobić. Bo seria straciła na znaczeniu, rozwadniana przez przygody, z których większość wydawała się bardziej spin-offami głównej idei niż etapami jej rozwoju. Jeszcze trochę i doczekalibyśmy się pewnie akcji w kosmosie, w myśl zasady jeśli nie spróbujemy, to się nie dowiemy, czy to działa. Może Ubisoft przykładał zbyt wielką wagę do corocznych wyliczanek, plotek czy fantazji fanów marki, których wyobraźnia podpowiadała, że fajnie byłoby rzucić asasynów i templariuszy tu i tam, by „wszyć” ich w ulubioną epokę. W efekcie obrodziło nam jednorazowymi bohaterami, których po „zużyciu” po prostu wyrzuca się do kosza.

Dlatego potrzebujemy „nowego Ezio”.

W trakcie urlopu miałem wreszcie czas usiąść do Ezio Collection i wydaje mi się, że dopiero teraz tak naprawdę, naprawdę doceniam „jego” trylogię. O samych remasterach nic szczególnie dobrego powiedzieć się nie da, bo Ubi poszło po linii najmniejszego oporu – nie ingerując w gry, a oprawę poprawiając jedynie w minimalnym zakresie. Warstwa pudru jest zbyt mała, by ukryć wiek tych tytułów, a nawet po aktualizacjach co kilka kroków natykamy się na jakiegoś „robala” niebędącego bynajmniej zaplanowanym glitchem Animusa. Szkoda, bo Ezio zasługuje na więcej.

Gdyby nie on, seria mogłaby nie dostać szansy zostania wieloletnim tasiemcem, który zabrnął w ślepą uliczkę desperackiego poszukiwania świeżości. Skakanie po epokach uwypuklało ograniczony zestaw mechanik tej serii. Bo choć nagle niby zmieniało się wszystko, to tak naprawdę nie zmieniało się prawie nic. Wyjątkiem Black Flag, ale w moim sercu to bardziej gra o piratach niż Assassin’s Creed. Zabrać jej kaptury, zabrać AC z tytułu i Ubi miałby nową, fajną markę.

Ezio Auditore da Firenze był kotwicą, która legitymizowała zacumowanie trzech części serii w jednej epoce. Dawał jej dokładnie to, czego potrzebuje dzisiaj – czas na odnalezienie własnego „ja” i jego rozwój. Researcherzy mogli przeorać renesans wzdłuż i wszerz, by zafundować graczom fascynującą lekcję (alternatywnej) historii mającej wszystko na swoim miejscu. Łącznie z umieszczonym w centrum świetnie napisanym bohaterem, któremu dano czas, by dorósł i z lekkoducha wkradającego się nocą do damskich sypialni przemienił się w budzącego szacunek weterana i przywódcę tajnego bractwa. Można by postawić go w Sevres jako wzór asasyna, bohatera kompletnego, który powinien zamknąć pewien etap w historii serii na klucz.

Ale też wzór protagonisty, którego łączy z graczem więź mocniejsza niż zwykle. Byliśmy przy jego narodzinach, uganialiśmy się za spódniczkami we Florencji. Staliśmy obok, gdy szubienica przekreśliła jego beztroski żywot i zmusiła do do walki. Jako beztroski szczyl działał mi na nerwy, ale tym przyjemniej było patrzeć jak dorasta i powoli się z nim zaprzyjaźniać. Był na to czas. Pamiętając siwiejącą brodę Ezio w Revelations, dziwnie czułem się wracając do remastera dwójki. Poznajecie tego bobasa?

Szanuję Ubisoft za decyzję o rezygnacji z wydawania nowego Assassin’s Creed co roku i wcale nie muszę dostać kolejnej części w tym. Firma zaspała, gdy Ezio przechodził na emeryturę. Nie było godnego następcy, więc szukano go, podsuwając kandydatów na ślepo. Nie jestem spokojny o nowe otwarcie. Plotki o Egipcie pachną mi uproszczeniem podstawowych mechanik (parkour, wspinaczka), jakie zafundowała nam rewolucja amerykańska w AC3. Pamiętam też, że nawet dyrektorowi kreatywnemu „trójki” Egipt wydał się swego czasu kiepskim pomysłem.

Ludzie w internecie sugerują najbardziej nudne epoki (…) Trzy najczęściej postulowane to druga Wojna Światowa, feudalna Japonia i Egipt. To trzy najgorsze epoki dla Assassin’s Creed.

Ale czas na nową strategię. Czas zapuścić korzenie na dłużej i na bohatera, który znowu zdefiniuje tę serię tak, jak robił to Ezio, zawłaszczając opowieść na kilka lat. Mimo tego, że ostatnich odsłon już nie zmęczyłem, wciąż mam do AC spory sentyment, bo debiutowała w momencie, gdy i Polygamia wchodziła na wyższy poziom. Animus to być może najlepszy wytrych dla scenarzystów w historii branży. Ale wydawca musi przestać traktować go jak zabawkę.

Maciej Kowalik

  1. 14:28 10.01.2017
    pomson

    Assassin’s Creed w 2WŚ i Egipcie to nuda – tu się zgodzę.

    Ale, że niby Feudalna Japonia też? Plażo proszę…

  2. Sevven
    22:03 10.01.2017
    Sevven

    Po ograniu drugiej części psów przestałem się martwić o nowe przygody zabójców. Jak swego czasu lubiłem psioczyć na Ubi to muszę przyznać że ostatnio widać u nich zdecydowaną poprawę i znów zacząłem czekać na to co pokażą.
    Swoją drogą ciekawi mnie to nowe IP w kosmosie którego trailer kradniemy w jednej misji w nowych Watch Dogsach. Chodzą plotki że podobno jest prawdziwe, jeżeli tak to ciekawy pomysł na budowanie hype’u .

  3. 22:11 10.01.2017
    Sly

    Och ten fragment – „Już pierwszy rzut oka na instrukcję gry wyjaśnia wszystkie wątpliwości co do >>futurystycznych<< znaczków, jakie mogliśmy oglądać na trailerach."
    Gdzie się podziały tamte instrukcje?
    Gdzie te gry? Gdzie tamten świat?

    Koniecznie obejrzyj Assassin's Creed: Embers jeśli jeszcze nie oglądałeś, bo bardzo fajnie domyka trylogię. Nawet swego czasu popchnął mnie do napisania podobnego tekstu (https://multiwersum.wordpress.com/2013/04/27/zegnaj-ezio/).

    Zdecydowanie brakuje tak krwistych postaci w grach. Zazwyczaj dostajemy swego rodzaju figury (archetypy?) – jak Mario, Master Chief, Kratos, Lara Croft czy Drake. Nie umniejszając tym postaciami i historiom, które przeżywają, to jednak zazwyczaj ich charaktery, wiek, sytuacja życiowa pozostają mniej lub bardziej niezmienne. "Wskakujemy" w nie w momencie, gdy są już dojrzałe i ukształtowane. Tu trochę może namieszać nadchodzący God of War, ale skoro to alternatywna rzeczywistość, to też należy na to inaczej patrzeć.

    Poznawanie historii Ezia to za to doświadczenie przypominające czytanie czyjejś biografii. Szkoda, że Ubi nie uczynił z tego znaku rozpoznawczego swojej serii. Pewnie dlatego skończyłem swoją przygodę na AC III, mimo że ciągle obiecuję sobie powrót do serii.