Zmien skórke
Logo Polygamii

RecenzjeLoot Rascals – recenzja. Rogalik na słodko

Gdzie się nie obejrzeć, tam wielka premiera. Ale przyjdzie czas, gdy zapragniecie chwili wytchnienia od ratowania świata, epickich przygód i batalii na śmierć i życie. Wtedy przypomnijcie sobie o Loot Rascals.

Facebook Twitter Google Wykop
Heksagony na wesoło

Loot Rascals to strategia (przez bardzo małe s) turowa szybsza niż klasyczne RTS-y. Każda proceduralnie generowana plansza jest podzielona na sześciokąty – przejście z jednego do drugiego to właśnie tutejsza tura regulująca ruchy gracza i jego przeciwników. Jeśli potrzeba czasu do namysłu w trudnej sytuacji, jest go tyle, ile chcemy, ale jeśli chwilowo nic nie zagraża naszemu kosmonaucie, bieży on przez planszę bez przystanków.

Platformy: PC, PS4
Producent: Hollow Ponds
Wydawca: Hollow Ponds
Dystrybutor: –
Data premiery: 07.03.2017
Wymagania: AMD Athlon 64 X2 Dual Core 6400+ @3.2GHz/Intel Core2 Duo E8400 @3.0GHz; 1GB RAM; 9800 GTX/Radeon HD 5850
Graliśmy na PS4. Grę do recenzji udostępnił dystrybutor, zdjęcia pochodzą od redakcji.

Żeby było ciekawiej, na planecie, na której się rozbił, jest cykl dni i nocy. Cykle trwają po kilka tur i potrafią mocno wpłynąć na sytuację na planszy. Decydują chociażby o tym, jacy wrogowie przyjmują postawę defensywną (gracz zaatakuje pierwszy) lub ofensywną (wróg zaatakuje pierwszy), co jest tu podstawową informacją dla wytyczania strategii na kilka ruchów do przodu. Niektórym twardzielom wystarczy zamienić mrok na jasność, by wyparowali, inni zyskują natomiast nowy zestaw możliwości.

Stworki mają czasem asy w rękawie

Oczywiście im dalej w grę, tym takich zależności do brania pod uwagę więcej, wrogowie coraz ciekawsi, a okolica coraz bardziej niebezpieczna, najeżona pułapkami, bombami, teleportami przywołującymi wrogów do momentu wyłączenia albo zwyczajnie niegościnna – oblodzona czy igrająca z dostępnymi umiejętnościami. Pisałem o strategii przez bardzo małe s, ale zdarzają się w Loot Rascals sytuacje, które wymagają główkowania i rozegrania z planem kilku tur w gąszczu niebezpieczeństw. Niby walka opiera się tu na prostej matematyce poziomów ataku i obrony przeciwników spotykających się na tym samym polu, ale często jest to tylko zwieńczenie strategii zaczętej kilka ruchów wcześniej.

I tak z jednej sytuacji do rozwiązania wpadamy w kolejną, i następną. A musicie wiedzieć, że gracz działa tu pod lekką presją czasu. Po wyczerpaniu limitu tur na planszę, zaczynają pojawiać się na niej coraz silniejsze stwory, które guzdrałów jedzą na śniadanie.

Talia warta śmierci

Zdarzają się w Loot Rascals sytuacje, wymagające główkowania i rozegrania z planem kilku tur w gąszczu niebezpieczeństw.

Trzeba więc łączyć rozglądanie się za wyjściem z eksploracją planszy w poszukiwaniu coraz ciekawszych kart. Czasem jednak warto powiedzieć sobie „dobra, czas stąd spadać” i liczyć, że w kolejnym świecie bogowie gier roguelike dorzucą szczyptę szczęścia przy wyborze drogi albo w temacie wypadających z wrogów kart.

Bo karty są tu wszystkim.

Loot Rascals
Niektórzy zamiast walczyć wolą kraść!

Z grubsza można podzielić je na dwie grupy – dodające punkty do obrony lub ataku – ale wraz z postępami sytuacja zacznie się komplikować. Niektóre karty można „odwracać” – w zależności od tego czy idziemy kopać tyłki, czy to nasz tyłek zostanie zaraz skopany i jednak trzeba podbić defensywę. Odmienny typ sam w sobie nic nie oferuje, ale połączony z inną kartą daje bohaterowi dodatkowe możliwości – leczenie, ataki żywiołami na dystans i w zwarciu, teleportację itp. Są też karty, których nie musimy nawet ekwipować, by robić rzeczy niemal boskie, jak natychmiastowa zmiana pory dnia czy odkrycie calutkiej mapy z zaznaczonymi wszystkimi ciekawymi miejscami. Choć takie moce kosztują.

Żetony zarabiamy na mieleniu niepotrzebnych już kartoników lub… na wykonywaniu zadań zlecanych przez kucharza z Kopuły – jedynego bezpiecznego miejsca na planszy. Zwykle biedak prosi o załatwienie jakiegoś stwora, który ukradł mu ciekawą kartę. Gdy już ją dorwiemy, możemy zwrócić zgubę właścicielowi lub zachować dla siebie. Pokusa bywa silna, bo te karty potrafią być potężne. Kuszą też karty skradzione przez potwory w grach innych graczy. Po ubiciu niemilucha kartonik możemy zwrócić lub zatrzymać. W pierwszym przypadku hologram właściciela może wpaść pomagać do naszej gry.

W drugim możliwa jest holograficzna inwazja. Przed premierą takie przypadki należały jednak do rzadkości, więc trudno mi ocenić jak ten element będzie wpływał na codzienną rozgrywkę i jej balans.

Ładny mam klaser?

Choć o ten drugi pośrednio dba też system ekwipowania kart. Miejsce jest bardzo ograniczone, a poszczególne kartoniki dość szybko zaczynają stawiać graczowi warunki. Ustaw mnie w nieparzystym rzędzie, to będę silniejsza, ustaw mnie w parzystym, to karta nade mną będzie słabsza, wzmocnię wszystkie karty na lewo ode mnie, jeśli będę jedyną tego typu kartą w ekwipunku, to moja moc wzrośnie itd. Dziwi mnie i bardzo cieszy jednocześnie brak jakiegoś przycisku, który automatycznie tak by to wszystko sortował, maksymalizując obronę lub atak. Bo choć początkowo aspekt karcianki wydaje się potraktowany po macoszemu, później potrafiłem spędzić dobrych kilka minut, próbując rozkminić najefektywniejszy układ. Oczywiście za moment wpadała jakaś karta specjalna, rozwalająca go w drzazgi. Bo nie pasująca nigdzie, ale jednocześnie tak przydatna, że aaaAAARGHHmuszęjągdzieśupchnąć!

Miejsce jest bardzo ograniczone, a poszczególne kartoniki dość szybko zaczynają stawiać graczowi warunki.

W koło Macieju

Coś za coś, wybory, a potem i tak czeka nas śmierć. I cała talia wyparowuje. No, zdradzę, że są sposoby, by trochę złagodzić ten cios, ale odkryjcie je sami. Bo choć przekreślająca wszystko i cofająca golutkiego gracza do pierwszego świata – śmierć w Loot Rascals nie boli.

To zbyt pogodna gra, by się nią przejmować. Zbyt pełna okazji do zobaczenia w dopiero co rozpoczętej rozgrywce czegoś nowego – wroga, pola, umiejętności, bo karty to na pewno. Koniec jednej rozgrywki jest początkiem kolejnej okazji do odkrycia fajnych rzeczy, a Loot Rascals jest na tyle bogate, by ten cykl prędko się nie znudził. Choć sporo zależy tu też od uśmiechu losu. Ale to normalne w tego typu grach. Kumaty gracz będzie wiedział jak zmaksymalizować swoje szanse, nawet gdy tego uśmiechu brak.

Koniec jednej rozgrywki jest początkiem kolejnej okazji do odkrycia fajnych rzeczy.

Choć gdyby spojrzeć na sprawę poważniej, Loot Rascals to gra survivalowa, w której celem bohatera lub bohaterki jest przebicie się przez szereg wypchanych niebezpieczeństwami światów, by wreszcie uciec i dopisać względnie szczęśliwe zakończenie do misji ratunkowej, na którą wyruszamy na starcie. Ba, skoro jest survival, to jest też crafting (wzbogacanie kart efektami, łączenie ich)! Ale trochę się tu naigrywam z banałów współczesnej branży. Loot Rascals tworzy z nich coś skrzącego się świeżością.

Już lecę, głowo Barry'ego!

Jest też pozytywnym przykładem gry dla każdego. Infantylizm oprawie można zarzucić jedynie oglądając statyczne obrazki. Każdy smutas spod znaku „nie gram w gry dla dzieci” uśmiechnie się już na intrze i potem ta pogoda ducha zostanie z nim, pomagając przełknąć utratę kolejnej talii. A w miarę zagłębiania się w Loot Rascals i dochodzenia dalej, i dalej rozgrywka robi się ciekawsza. Miła niespodzianka, do której przyjemnie się wraca na kwadrans, dwa lub trzy.

ZAGRAĆ?
WARTO
4.0