Zmien skórke
Logo Polygamii

Polecamy„Logan: Wolverine” – recenzja filmu. Brutalna walka o to co ważne

Logan to nie tylko dobry film o Wolverinie, na który fani postaci czekali tak długo. To również najlepszy film o X-Menach od czasu „Pierwszej klasy”, a może i w ogóle.

Facebook Twitter Google Wykop

Tego chcieliśmy. Mrocznego, brutalnego, dojrzałego Wolverina. Filmu, który być może nigdy by nie powstał, gdyby nie sukces „Deadpoola”. Gdyby amerykańskie wytwórnie nie zorientowały się, że zrobienie filmu superbohaterskiego tylko dla dorosłych ma sens. Rezultat w postaci „Logana” jest dowodem na to, że nawet w tym tak wyświechtanym gatunku coś jeszcze może nas zaskoczyć.

A porównanie do „Deadpoola” jest dla niego przy okazji obraźliwe. Film z Ryanem Reynoldsem wykorzystał swoje ograniczenie wiekowe do sprzedania kilku mniej lub bardziej udanych żartów, kilku mniej lub bardziej udanych prób zaszokowania widza. Ale wszyscy dobrze wiemy, że najlepiej bawili się na nim nastoletni chłopcy. Logan zaś to, i to jest w nim najlepsze, naprawdę film dla dojrzałego widza.

Mniej znaczy więcej

Film Jamesa Mangolda to przede wszystkim najbardziej ludzka, intymna i przy tym chyba najbardziej emocjonalna historia, jaka w ogóle ukazała się z logo Marvela. Przed premierą zarówno Hugh Jackman (Wolverine) jak i Patrick Stewart (Profesor X) mówili, że będzie to dla nich pożegnanie z serią. Można się więc było spodziewać, że będzie trochę dramatycznie, trochę sentymentalnie, trochę finalnie.

To jednak, co zaskakuje, to jak zdecydowanie reżyser tworząc ostatnią część pewnego cyklu postanowił zrobić kilka kroków wstecz. W końcu mamy pierwszoligowy, superbohaterski film, w którym główny bohater nie musi uratować świata przed inwazją przynajmniej trzech obcych sił z innych wymiarów i czasów. Ba, nie musi w zasadzie ratować nikogo poza sobą samym i swoimi bliskimi.

Tego chcieliśmy. Mrocznego, brutalnego, dojrzałego Wolverina.

I jak dobrze w końcu w tego rodzaju filmie zobaczyć scenę, gdy obdarzony nadludzkimi mocami heros pomaga zwykłym, przypadkowym ludziom w zwykłym, przyziemnym problemie. Na tym powrocie do prostych emocji i prostych problemów „Logan” korzysta niesamowicie.

Akcja w służbie historii
LOGAN

To zmniejszenie skali, skoncentrowanie na mniejszej, bardziej osobistej historii nie oznacza jednak, że w filmie zabrakło efektownej akcji. Są tu sceny walki z brutalnością tak dosłowną, że momentami wręcz przesuwające film gatunkowo w stronę slashera. Są momenty autentycznie spektakularne. Robią one wielkie wrażenie nie dlatego, że na naszych oczach wali się całe miasto, tylko dlatego, że widzimy wiarygodnych, obchodzących nas ludzi w ekstremalnych sytuacjach.

Udała się nawet kolejna wariacja na temat słynnej już sceny Quicksilvera z „Przeszłości, która nadejdzie”. Nawet ona jednak, chociaż ewidentnie powstała jako „ta sekwencja, którą widzowie będą wspominać”, nie jest pusta. Nie jest bezcelowa. Nie jest, jak jej pierwowzór, ładnym świecidełkiem, teledyskiem wciśniętym w środek przeciętnego filmu. Działa wizualnie i działa emocjonalnie – bo, tak jak w całej reszcie filmu, czuć jej stawkę.

 W końcu mamy  superbohaterski film, w którym główny bohater nie musi uratować świata.

„Mniej gadania, więcej walki”

Olbrzymia w tym zasługa inteligentnego, minimalistycznego wręcz jak na standardy takiego kina scenariusza. Nie ma tu wielominutowych rozmów, służących przedstawianiu widzowi świata i tłumaczenia mu, o co tu właściwie chodzi. Duża część antyutopijnej wizji świata w 25 lat od czasów pojawienia się ostatniego mutanta znajduje się tu na obrzeżach filmu. Mało się tu o tym świecie mówi i całe szczęście – ważny jest tu los głównego bohatera, ukrywanego przez niego Profesora X i tajemniczej dziewczynki z bardzo przypominającymi kogoś mocami.

logan

Zarówno tematycznie jak i w sposobie realizacji trochę jest tu Cuaronowskich „Ludzkich dzieci”. Trochę „Leona zawodowca”. Wszystko to spina rewelacyjny Hugh Jackman, swoją grą aktorską niosący na barkach cały ten film. Pracuje tu tak ciężko i daje z siebie tak wiele, że trochę przykro, jak bardzo momentami przyćmiewa go Patrick Stewart.

Ważny jest tu los głównego bohatera, ukrywanego przez niego Profesora X i tajemniczej dziewczynki z bardzo przypominającymi kogoś mocami.

To on jest bowiem emocjonalnym sercem tego filmu, on dodaje mu nieoczekiwanego ciepła, tak wyśmienicie kontrapunktującego sceny brutalnej akcji. To ciche sekwencje z jego udziałem najbardziej zapadają w pamięć, nie efektowne bijatyki głównego bohatera. I chyba to ostatecznie cieszy najbardziej – że ktoś przypomniał sobie również, że od tego jak się walczy ważniejsze jest o co.

Dominik Gąska

  1. 18:55 06.03.2017
    madoc

    Trochę przeszkadza mi porównywanie tego filmu do innych filmów superbohaterskich. To nie jest tak naprawdę film tego typu, bo Logan po prostu ma moce, ale nie jest superbohaterem.

    A film bardzo dobry. Mimo że zawsze lubiłem kreację Jackmana, to jakoś jak dla mnie szczęścia do filmów nie miał – mój ulubiony film o X-Menach to Pierwsza Klasa, w którym właściwie go nie ma. Dlatego też miło, że ostatni jego film w tej roli jest jednocześnie najlepszym.

    Brakuje mi w tej recenzji wzmianki o świetnej Dafne Keen w roli Laury, przekonującej zarówno w beztroskich scenach, jak i tych dosyć przerażających. Bez niej ten film nie byłby tak dobry.

  2. Aimagylop
    10:45 07.03.2017
    Aimagylop

    X-23 to pierwszy fajny ekranowy dzieciak w historii kinematografii. Film ma bardzo dobry początek, potem dzieje się czasen słabo i głównie dziwnie (profesor wózek inwalidzki bezużyteczny jak zawsze) . Fabuła jest prosta jak cep, po wyjściu z kina nie ma o czym rozmyślać. Ale końcówka to gula w gardle i męskie łzy mimo bandy gówniaków z których jeden czaruje trawą xD
    No i jest nadzieja że w końcu filmy akcji z powrotem będą miały R rating, tak jak to było za starych dobrych czasów, a nie PG-13.