Zmien skórke
Logo Polygamii

RecenzjeLife is Strange: Before the Storm – recenzja. Cofnijmy się w czasie

Tym razem bez pomocy Max.

Facebook Twitter Google Wykop

Mnóstwo graczy pokochało emocjonalny roller-coaster, jakim było Life is Strange; nawet jeśli ktoś nie spodziewał się, że może zaangażować się w życie uczuciowe wyimaginowanych nastolatek, na koniec obgryzał paznokcie z nerwów albo i łkał jak dziewczynka pod wpływem finałowego katharsis. Dontnod zdecydowanie stworzyło coś wyjątkowego, co zasługiwało na paradę pochwał, jaka przetoczyła się po premierze.

Platformy: PC, PS4, Xbox One
Producent: Deck Nine
Wydawca: Square Enix
Dystrybutor: Cenega
PL: brak
Data premiery: pierwszy odcinek – 31.08.2017
Graliśmy na PS4. Grę do recenzji udostępnił dystrybutor, zdjęcia pochodzą od redakcji.

Dlatego teraz nie dziwi, że mamy trzyodcinkowy prequel o Chloe od zupełnie innego studia i nadchodzący pełnoprawny sequel od Dontnod. Uniwersum się kręci. I o ile wszyscy raczej bardziej czekają na Life is Strange 2, a obawiają się Before the Storm, ja miałem na odwrót. To Life is Strange 2 napawa mnie lękiem przed skopaniem idealnej historii (bo o czym niby ma być dwójka?), a Before the Storm od początku wydawało się prequelem potrzebnym – w końcu u Chloe przed wydarzeniami z jedynki działo się bardzo dużo. Jest to postać z łamiącym kręgosłup bagażem emocjonalnym, która trzyma w sobie wiele tajemnic. Trzyodcinkowy prequel wydawał się zatem jak najbardziej usprawiedliwiony, choć oczywiście smuciło trochę, że nie robią go oryginalni twórcy Life is Strange.

Teraz, po premierze pierwszej z trzech części historii Chloe, można chyba uznać, że ten smutek był niepotrzebny. Deck Nine może i nie tworzyli jedynki, ale podczas pierwszego aktu Before the Storm (odcinek trwa standardowo około trzy godziny) udowodnili, że doskonale rozumieją klimat pierwowzoru i to, co czyniło go wyjątkowym. Może nawet zbyt dobrze go rozumieją? Bo jeśli ktoś liczył na to, że inne studio wprowadzi więcej kolorytu i przedstawi Life is Strange z nowej perspektywy, to będzie zawiedziony. W Before the Storm gra się dokładnie tak samo jak w jedynkę minus zabawy z czasem. Gdybym nie wiedział o Deck Nine, pomyślałbym, że autorem prequela jest Dontnod.

Dawno temu w trawie

Historia, jaką poznajemy w pierwszym odcinku, jest tak przyziemna, że można niemal liczyć poszczególne ziarenka piasku. Choć trudno tak naprawdę jeszcze mówić o historii jako takiej; twórcy wykorzystują te pierwsze godziny, by namalować tło dla wydarzeń. To bardziej portret obyczajowy zagubionej, wyalienowanej nastolatki przeżywającej śmierć ojca.

Chloe w Life is Strange była pełnokrwistą postacią, ale mogliśmy nie rozumieć do końca jej motywacji i w efekcie często irytować się jej zachowaniami. Tutaj mamy o wiele bardziej intymny wgląd w jej psychikę. Łącznie z dostępem do pamiętnika, który zapisuje w formie… listów do Max. Listów, których nigdy nie wyśle, bo przecież Max ją porzuciła. Wydarzenia w Before the Storm cofają nas w czasie o trzy lata, więc niezwykle smutno patrzeć na to, jak dopiero co rozpadła się przyjaźń dziewczyn. Od Max otrzymujemy tylko oszczędne SMS-y obiecujące, że „odezwie się później”. Nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo Chloe jej teraz potrzebuje. Wskutek tego czytanie pisanych do szuflady listów , ta tęsknota i skrupulatnie ukrywana bezbronność zranionej Chloe, to chyba jeden z najmocniejszych punktów prequela. Deck Nine wiedziało, z której strony to ugryźć.

Zresztą, wątek Max nie jest jedynym, który sprawi, że w Before the Storm poczujemy się jak w domu. Powraca wiele różnych postaci. Ciekawie zobaczyć, jak wyglądało ich życie przed wydarzeniami z jedynki. Dostajemy nawet możliwość obrony Nathana Prescotta (co robi zaskakująco wysoki procent graczy), a David dopiero wykazuje pierwsze niepokojące Chloe odruchy, które mogą sugerować, że wprowadzi się do jej domu. Joyce jest dobra i zapracowana, jak zawsze, ale widzimy nagle drobne, rodzicielskie błędy, które z pewnością nie pomagają Chloe odnaleźć się w nowej rzeczywistości po śmierci ojca.

Chwila zadumy

Te imiona nic wam nie mówią? Nie szkodzi – w Before the Storm można spokojnie grać, nie znając Life is Strange. Może nie zauważy się wielu smaczków i straci się ten nostalgiczny aspekt ponownego spacerowania po błoniach szkoły Blackwell, ale wszystko będzie z pewnością zrozumiałe. Ba, poznanie historii w chronologicznej kolejności może okazać się równie ciekawym doświadczeniem, co rozpoczęcie od jedynki.

The Amazing Superpunk and the Old Graphics

Mówiłem już, że w prequel gra się dokładnie tak samo, tylko nie steruje się czasem. Chloe ma jednak inną supermoc – jest pyskata i bardzo, bardzo wygadana. Oznacza to, że w wielu miejscach pojawia się możliwość odpalenia Backtalk – dialogowej minigierki, w której musimy szybko wybierać odpowiedzi zawierające słowo-klucz wypowiedziane chwilę wcześniej przez naszego rozmówcę. Możemy w ten sposób kogoś przestraszyć albo namówić, by na przykład wpuścił nas gdzieś, gdzie nie powinien. Siła perswazji zbuntowanej nastolatki jest wielka i wpłynie nawet na osiłka chroniącego wejścia do nielegalnej speluny. Póki co nie była jednak ważna z punktu widzenia narracji – w pierwszym odcinku brakuje raczej większych rozgałęzień historii czy ciężkich wyborów. Podejrzewam, że na te dopiero przyjdzie czas.

Poza tym, podobnie jak z Max, lwią część czasu spędzimy, rozmawiając o wszystkim i o niczym z napotkanymi postaciami, w międzyczasie liżąc ściany i wywołując komentarze Chloe dotyczące najróżniejszych elementów otoczenia. Gra operuje czasem kliszami czy nadmierną teatralnością, ale jest przy tym realistyczna i bogata w drobne detale, oferując garść ciekawych postaci mających wiarygodne, codzienne problemy i sensowne obserwacje. Nikt tu nie jest do końca oczywisty, każdy ma swoje lepsze i gorsze strony. Lokalny kark dręczący słabszych okazuje się dobrym starszym bratem nerda, z którym urządzamy sobie szybką sesję RPG. Mama nas kocha, ale nieświadomie popełnia dotkliwe błędy. Możemy jednocześnie kogoś rozumieć i się na niego wściekać. Jak w życiu. I o ile główna relacja gry – Chloe i Rachel Amber – rozwija się jak na mój gust odrobinę zbyt pośpiesznie, o tyle też nie można odmówić jej dobrych dialogów czy scen. Świat Before the Storm żyje leniwym, obyczajowym życiem małego miasteczka.

Jeśli chodzi o oprawę, i silnik, i ogólny styl artystyczny jest żywcem wyjęty z Life is Strange. Deck Nine nie próbowało tutaj nic modernizować. Grafika jest już zatem niedzisiejsza, ale za to ścieżka dźwiękowa wciąż stoi na najwyższym poziomie, oferując znajomą mieszankę melancholijnych, indie rockowych numerów. Utwory często będą tak dobre, że nie będziemy ich przerywać, obserwując po prostu jak Chloe pali papierosa wpatrzona w sufit albo dzieli się słuchawką z Rachel. Tak, te momenty zadumy, których gracz może nie przerywać, również powracają, i są tak samo klimatyczne. Jeśli ktoś natomiast boi się nowej aktorki głosowej wcielającej się w Chloe, to uspokajam: jest bardzo dobrze. Na tyle dobrze, że grając, nie zwracałem nawet uwagi na tę potencjalnie dużą zmianę. Rhianna DeVries jest wystarczająco mocno podobna do Ashly Burch – i pod względem barwy głosu , i jakości aktorstwa.

Życie bez Max też ma sens

Deck Nine zagrało bezpiecznie – zamiast eksperymentu postawili na wierne odzwierciedlenie wszystkiego, co sprawiło, że Life is Strange było takim sukcesem; z dokładnością do sposobu, w jaki kończy się odcinek. Nie widzę w tym nic złego – w końcu to dodatek, prequel znacznie krótszy niż jedynka, potrzebne uzupełnienie. I tak najlepiej na to patrzeć.

Śledzenie nastoletniego życia Chloe to mieszanka smutku, nostalgii i radości w tych subtelnych momentach ulotnego, z wysiłkiem zdobywanego szczęścia. To leniwa przejażdżka złapanym w pędzie pociągiem towarowym, z widokiem na twarz przyjaciela i mijane lasy, łąki. I tak jak nie wiedziałbym, dokąd mnie ten przypadkowo złapany pociąg zabierze, tak nie wiem, dokąd zabiorą mnie dwa następne odcinki, ale zdecydowanie nie narzekam na widoki. Już teraz cię znacznie lepiej rozumiem, Chloe. Żółwik.

Powyższa recenzja dotyczy pierwszego odcinka Life is Strange: Before the Storm. Tekst zaktualizujemy o nowe wrażenia i końcową ocenę po zakończeniu sezonu.

Dwa odcinki później

O ile Deck Nine zaczęło naprawdę dobrze, o tyle w dwóch kolejnych odcinkach nie udało się już utrzymać podobnej jakości. Jest gorzej. Wciąż gra się przyjemnie, ale tytuł nie przypomina już leniwej przejażdżki pociągiem; na trasie pojawiają się wyboje, czasami niewygodnie trzęsie i widoki na zmianę stają się albo zbyt znajome, albo dziwnie przerysowane.

Dużo w tych odcinkach momentów zadumy; czasem lepszej, czasem gorszej

Z perspektywy całości nieco zawodzi przede wszystkim główny wątek fabularny Before the Storm. Niektóre elementy trącą trochę telenowelą wenezuelską, nie pomaga też fatalnie rozegrany finał. W ciągu ostatniej godziny motywacje niektórych bohaterów stają się, delikatnie mówiąc, niezrozumiałe, a jeden z problemów rozwiązuje się w najgłupszy, najbardziej leniwy sposób; zupełnie jakby scenarzystom nie chciało się już tego za bardzo tłumaczyć, więc wrzucili byle co, byle było.

Należy przy tym pamiętać, że historia wciąż ma swoje momenty. Chemia między Chloe i Rachel jest tak silna, że dorównuje nawet tej, którą pamiętamy u Chloe i Max. Obie aktorki odwalają kawał dobrej roboty, a ich interakcje wypadają przekonująco; po zastanowieniu nie przeszkadza nawet bardzo szybki rozwój relacji, bo warto pamiętać, że takie rzeczy dzieją się też w naszym codziennym życiu. Szczególnie gdy ma się te naście lat.

W grze pojawiają się postacie, o których wcześniej raczej tylko słyszeliśmy

Dialogi mogłyby być w niektórych momentach nieco mniej egzaltowane. Dziewczyny bardzo ciągnie do filozofowania i dzielenia się złotymi myślami, co czasami rykoszetuje plastikowym dialogiem. A jeśli już przy plastiku jesteśmy… Starajcie się unikać rozmów z mamą Rachel. Nijaka postać ma bardzo nijaki głos, a dziwnie rozmieszczone pauzy w kwestiach komicznie upodabniają ją do syntezatora mowy Ivona. Na szczęście pozostałe role drugoplanowe trzymają już solidny poziom.

Podczas przygody zwiedzamy wiele znanych już miejscówek

Inną wadą, którą odczułem podczas poznawania historii, jest coś, co nazwę z braku laku Syndromem Telltale. Mowa o sytuacji, w której na tyle dobrze znamy sposób myślenia scenarzystów, że jesteśmy w stanie przewidzieć dramaturgiczny plan zaprezentowanych scen. Przeczuwamy już, w których momentach coś nie pójdzie zgodnie z planem i zostaniemy postawieni przed ciężkim wyborem, co trochę zaniża ogólne zainteresowanie i sprawia, że scenariusz na fundamentalnym poziomie staje się przewidywalny. Jeśli zaś chodzi o ciężkie wybory – mam wrażenie, że w całym Before the Storm pojawiają się może dwa – po jednym na drugi i trzeci odcinek. Trochę mało.

To nie jest ostatnie słowo Deck Nine. W ramach Life is Strange: Before the Storm otrzymamy jeszcze bonusowy odcinek „Farewell”, który skupi się na młodziutkiej Max i Chloe, jeszcze przed wyjazdem tej pierwszej. Prequel prequela. Więcej na ten temat przeczytacie tutaj.

Zauważyliście też jak na początku poprzedniego akapitu napisałem „podczas poznawania historii”, a nie „podczas gry”? Było to w pełni świadome – brak zabaw z czasem sprawia, że czystego gameplayu jest jeszcze mniej niż w podstawce, a każdy moment, kiedy nagle musimy sterować postacią i znaleźć głupi ręcznik czy rozwiązać coś, co nawet trudno nazwać zagadką, wita się zirytowanym prychnięciem. Owszem, jest wspomniany przy okazji pierwszego odcinka Backtalk, ale również pojawia się dosyć rzadko i pozostaje bardzo łatwą dialogową minigierką. Wiem, że to już niestety nieodłączna cecha tego formatu, ale szkoda, że Deck Nine nie próbuje przed tą gameplayową ziemią jałową uciekać.

Zdaniem Maćka Kowalika: Nie ma powodu, by w to grać. Before the Storm nijak nie usprawiedliwia swojej egzystencji. Nie ma wzbogacających rozgrywkę mocy Max. Nie ma energii Chloe, bo tu to wciąż dziewczynka, która czasem ma niewyparzoną mordkę. A Rachel Amber i wszystko wokół niej jest mdłe i zamiast napędzać opowieść, jest tylko brzemieniem. Każdy kolejny odcinek jest gorszy.

Gdy oglądałem napisy końcowe Before the Storm, towarzyszyły mi mieszane uczucia. Z jednej strony cieszyłem się, że miałem okazję zajrzeć do głowy Chloe i lepiej ją zrozumieć. Byłem też zaskoczony, jak mocno polubiłem Rachel Amber, co w kontekście fabuły Life is Strange niosło ciężki ładunek emocjonalny. Uważam, że relację dziewczyn poprowadzono naprawdę umiejętnie. Z drugiej jednak strony każda historia wymaga konfliktów, przeciwności losu i te tutaj zbyt często były albo przewidywalne, albo głupie.

Można było zrobić to lepiej, choć nie zrobiono też tego źle. Wydaje mi się, że fani Life is Strange powinni się z tym prequelem zapoznać – dlatego, że to jednak miła sentymentalna wycieczka, poznajemy blisko Chloe oraz Rachel i dostajemy sporo nowych informacji na temat pozostałych znanych i (nie)lubianych postaci. Z kolei ci, którym przygody Max nie podeszły, nie mają czego tutaj szukać. Podobnie jak ci, którzy stwierdzili, że tamta gra była po prostu „spoko”. Trzy pirackie czaszki na pięć.

Patryk Fijałkowski

ZAGRAĆ?
MOŻNA
3.0

  1. Kalimdor
    15:58 07.09.2017
    Kalimdor

    Gra w życie? Nuda :v

    Jest choć lekarz?

  2. Freszu
    18:12 07.09.2017
    Freszu

    Do dziś łapie mnie nostalgia, gdy patrzę się na te postacie, dlatego Before the Storm może być dla mnie takim miłym powrotem do Arcadia Bay i wszechobecnego tamże sentymentalizmu. Mam także nadzieję, że w temacie następnego LiS uspokoi nas Vampyr.

  3. 10:10 05.12.2017
    mercx

    ponieważ z góry wiadomo nie tylko jak się ta historia zakończy ale również jaki pokrótce będzie miała przebieg to granie w tą grę jest raczej graniem dla grania, głównie z sentymentu.

    PS w recenzji ani słowa o cenie – co dla większości graczy jest chyba główną, najważniejszą informacją. brawo redahtor.

    Ukryj odpowiedzi()
  4. Freszu
    17:15 11.01.2018
    Freszu

    Bardzo przeciętna, nie porywająca historia. Obnosi się z kilkoma dobrymi pomysłami (relacja Chloe z jej ojcem) i ma fantastyczny (chociaż średnio dopasowany do treści) soundtrack Daughter. Biednie zorganizowane tempo niweluje efekt spokojnej obyczajówki.

    Ukryj odpowiedzi()
  5. 18:47 11.01.2018
    nikanorbosy

    Szkoda. Tak podejrzewałem po pierwszym odcinku. Miał klimatyczne momenty, ale im dalej w las, tym się robiło słabiej. Chloe jest za mocno „predefiniowana” jako punkówa with issues. Nic dziwnego, że nie udało im się wykrzesać takiej charyzmy ani takiej imersji jak z Max.