Zmien skórke
Logo Polygamii

PublicystykaKlimatyzator: Styx: Shards of Darkness

Co obejrzeć, czego posłuchać i w co zagrać, by lepiej wczuć się w nowe przygody goblińskiego złodzieja, a gdy ma zły humor – skrytobójcy.

Redakcja 10.03.2017
Facebook Twitter Google Wykop
W co zagrać?

1. Of Orcs and Men Cyanide/PC, Xbox 360, PS3

Bez tej gry nie byłoby Styxa

Bez tej gry nie byłoby Styxa. To w tym erpegu poznaliśmy świat, w którym orkowie i gobliny były bezlitośnie tępione przez ludzkie imperium. A żeby było ciekawiej, stawaliśmy właśnie po stronie stworów, które w innych grach najczęściej niszczymy. Styx był drugą z grywalnych postaci, obok orka Arkaila. Ten jednak nie doczekał się swojej serii gier. Średnie oceny w przypadku gier studia Cyanide nie są niczym zaskakującym, ale chwali się Francuzom, że stawiają na świeże pomysły i oryginalnych bohaterów. Plusem jest też humor – ork i goblin nie są parą idealną, a rozmaite tarcia między bohaterami sprawiają, że przyjemnie kroczy się przez ten mroczny świat.

ork

2. Styx: Master of Shadows Cyanide/PC, Xbox One, PS4

Pewnie, że przed sequelem warto ograć część pierwszą. Choćby tylko po to, by docenić, jak rozwija on niektóre elementy. Ale Master of Shadows to przede wszystkim znakomita okazja do poznania tytułowego goblina i jego sztuczek. Dużo ciekawsza fabularnie niż mogłoby się z początku wydawać skradanka łączy w sobie elementy klasyków gatunku i doprawia je świeżymi pomysłami, nie szczędząc bohaterowi ciekawych umiejętności. Technicznie nie jest to najwyższa półka, ale Styx nadrabia ciekawymi projektami plansz, które mile łechcą naszego „wewnętrznego Garreta”. Dobry trening przed sequelem… zwłaszcza, że Master of Shadows dodawany jest do każdego preordera Shards of Darkness. Dwie gry w cenie jednej? Czemu nie.

3. Dishonored 1 i 2 Arkane/PC, Xbox 360, Xbox One, PS3, PS4

Obie części rządzą w temacie skradania się w cieniach i oryginalnych mocy, którymi może dysponować bohater. Obie również wrzucają nas w skórę wyrzutków ze szczytu listy najbardziej poszukiwanych, co również jest elementem, który mają ze Styxem wspólny. Jest jeszcze kapitalny design poziomów. Autorzy Shards of Darkness musieli długo studiować gry studia Arkane, bo i w nich poziomy pełne są opcji i przejść, skrótów i okazji do zaplanowania kilku wypadków, które sprawią, że szeregi wroga zostaną przetrzebione. I nikt nie będzie wiedział, kto za tym stoi.

Obie części rządzą w temacie skradania się w cieniach

4. Seria Overlord Triumph Studios/PC, PS3, Xbox 360

Nawiązująca do stawianego jeszcze przez Dungeon Keepera stwierdzenia „jak dobrze być złym” seria pozwala goblinom odpocząć od ponurych lochów i niekończących się bitew z rycerzami. Zamiast gnić w podziemnych korytarzach wychodzą na powierzchnię, by podbijać kolejne fantastyczne krainy, ku chwale swego władcy. I świetnie się przy tym bawią, nawet jeśli publiczne oddawanie moczu czy przepędzanie zwierzęcych pupilków ludzi nie jest szczytem ogłady. Ale wreszcie gobliny mogą się wyhasać.

5. Thief Looking Glass Studios/PC

Nie byłoby Styxa, gdyby nie Thief. To oczywiste dla każdego, kto dał grze Cyanide szansę. Bo Masters of Shadows jest w pewnych elementach równie surowy, co przygody Garreta i nie prowadzi gracza za rękę. Daje narzędzia, ale każe uczyć się korzystania z nich na własnych błędach. A sequel jest świetną okazją, by wrócić do klasyka i sprawdzić, co ulepszyli w nim modderzy. Na początek polecamy darmowy i samodzielny The Dark Mod. Straszliwy złodziej czasu.

Co przeczytać?

Skąd się wzięły gobliny? Jest kilka teorii dotyczących etymologii samego słowa, ale najpopularniejsze zdają się dwa tropy – greckie „kobalos” oznaczające łobuza i łaciński „gobelinus”, czyli demon nawiedzający tereny Normandii. Choć ten drugi według legend przyjmował formy trzech zwierząt (lwa, niedźwiedzia i bawoła), to już inne źródła wydają się zgodne co do zbliżonych cech goblina – złośliwości, przebiegłości, niskiego wzrostu i nieprzeciętnej szkaradności. W europejskim folklorze zazwyczaj przedstawiany jest jako postać negatywna.

1. „Niuch”, Terry Pratchett

de670c2d-69b6-45b6-b50d-6e8ea8d45093

„Niuch” to nie tylko ostatnia książka Świata Dysku koncentrująca się na gorzkim jak piołun komendancie Vimesie, ale i moment, gdy do tego uniwersum wkracza zupełnie nowa rasa – gobliny. Pratchett korzysta z charakterystycznych szablonów fantasy, czyniąc tych małych skurkowańców bardzo brzydkimi, niehigienicznymi istotami mieszkającymi w jaskiniach. Trzeba jednak pamiętać, że ostatecznie nie jesteśmy w klasycznym fantasy, dlatego gobliny mają oczywiście głębię, której na próżno szukać w wielu innych zakątkach literatury. A jako że mamy do czynienia ze stale rozwijającym się światem Dysku, nowa rasa pojawia się również w kolejnej (przedostatniej) książce z tego uniwersum – „Parze w ruch”. Nawet nie wiecie, jaką gobliny mają smykałkę do maszyn!

2. „Zadanie goblina”/”Droga goblina”/”Wojna goblina”, Jim C. Hines

Gobliński cykl J.C. Hinesa to chyba najpopularniejsze powieści biorące na warsztat tę niewdzięczną rasę. Zarówno otwierające serię „Zadanie goblina”, jak i sequele w postaci „Drogi goblina” oraz „Wojny goblina” to heroic fantasy z perspektywy gobliniej. Przygody Jiga pełne są humoru, charakterystycznych klisz i nawiązań do prozy Tolkiena. To książki czysto rozrywkowe – mamy lochy, smoki, elfki, magów… Pełny pakiet.

To książki czysto rozrywkowe

Wojna-goblina-Jim-C-Hines-_bc20034

3.”Gniazdo światów”, Marek S. Huberath

Tak się składa, że Styx to nie tylko gobliny i skrytobójstwa, ale też… przebijanie czwartej ściany. Nasz bohater lubi po niefortunnym zgonie zwrócić się bezpośrednio do grającego, często nawet nie starając się być miłym. Zacieranie granicy między światem fikcyjnym a rzeczywistym zawsze było ciekawym, niekonwencjonalnym zjawiskiem. W polskiej literaturze fantastycznej mamy zresztą powieść, która w genialny sposób korzysta z tego narzędzia. „Gniazdo światów” Marka S. Huberatha z początku wydaje się niewinną, standardową powieścią, ale uwierzcie mi – im głębiej w las, tym robi się coraz dziwniej, aż wreszcie zostajecie z rozdziawioną buzią, szeroko otwartymi oczami i zgliszczami w głowie. Bardzo gorąco polecamy to niesamowite, wyjątkowe doświadczenie. Książka nie bez powodu otrzymała nagrodę Zajdla w 1999. To zresztą i tak za mała forma wyróżnienia; współcześnie niewiele osób pamięta o „Gnieździe światów”.

PS Mocno sugeruję nie wczytywać się za bardzo w żadne opisy tej powieści. Zróbcie sobie przysługę i wejdźcie w świat Huberatha z czystą, uporządkowaną głową.

Czego posłuchać?

Goblin metal – tak właściwie to wśród fanów metalu nigdy nie było zgody, czy jest to osobny podgatunek, czy jedynie fantasmagorie kilku mocno odjechanych grup. Goblinometalowe kawałki winny być jak gobliny – podłe, niesmaczne, obsceniczne, niedoskonałe. Jak gdyby nagrane na jednym zjeździe po mocnym kwasie. Mieszają się w nich najprzeróżniejsze dziwactwa, bo punkowej werwie towarzyszy teatralny przerost, a gotyckim wstawkom kontrastruje istna burleska. No i wokal. Czy też coś, co wokalem teoretycznie powinno być. Ale mamy dwa skrajne przykłady.

1.Nekrogoblikon

Instrumentalnie to dość standardowa rzecz. Esencja kryje się w smaczkach – nagłej wstawce akordeonu lub elementów techno, paściarskich klawiszach, scenicznych monologach wplecionych w kompozycje czy solówce na banjo. Ostatecznym mięskiem jest zaś goblin z teledysków Nekrogoblikonu. Widzieliście kiedyś, jak goblin zostaje obrzucony kulkami z papieru na korporacyjnym zebraniu?

Albo dziarskim krokiem wchodzi do klubu na podryw? Albo… strzela kilka szotów „na odwagę” przed wkroczeniem na parkiet? No pewnie, że nie widzieliście. A ten to nawet chętnie zarapuje od czasu do czasu.

2. Pinky Smooth

Coś, co w moich uszach jest już zupełnie goblinometalowe. Poboczny projekt dwóch muzyków Avenged Sevenfold – juwenilia takie przyszłych megagwiazd cięższej muzyki. Gitara schodzi tutaj bardzo często na dalszy plan. Prowadzi pianino z basem. Nie spodziewajcie się jednak jazzowej rytmiki z lat pięćdziesiątych. Zresztą nie spodziewajcie się niczego. Jeden czterominutowy utwór zwiedza istny album dźwiękowych widokówek. Każda ballada może zakończyć się numetalowym walcem. Oraz ten unikalny wokal nieżyjącego już Jamesa „The Reva” Sullivana, balansujący na granicy fałszu i wymiocin. Żal, że zdążyli nagrać tylko jedną płytkę.

3. Goblin

Tak, tutaj zdecydowała przede wszystkim nazwa. Ale jeżeli nic Wam nie mówi ten zespół, a na przykład nie gardzicie klasycznym rockiem progresywnym (takim mocno zajazzowanym, zdecydowanie zainspirowanym King Crimson), to warto tych klasyków sprawdzić. Włoski zespół słynie nie tylko z działalności scenicznej – jako kompozytorzy wspierali Dario Argento, to między innymi dzięki nim film „Suspiria” jest aż tak psychodeliczny. Z przerwami, ale aktywni od 1972 roku aż do dzisiaj!

4. Olivier Deriviere

Tego Francuza znacie z kilku większych tytułów ostatnich lat. Komponował do Remember Me, Bound by Flame, Technomancera czy czarnoskórego dodatku do Assassin’s Creed IV: Black Flag. Ale swoje najodważniejsze utwory stworzył nieco wcześniej. Oprawił Of Orcs and Men oraz… Alone in the Dark z 2008 roku. Pamiętacie, taki paszkwil, wyjątkowo nieudana próba ożywienia skostniałej marki? A słyszeliście kiedyś ścieżkę dźwiękową do niego? Dynamiczne motywy z udziałem żeńskiego, bułgarskiego chórku. Niesamowite. Dwa ostatnie wspomniane soundtracki polecamy w ramach styxowego Klimatyzatora.

5. Dropkick Murphys

Bostońska formacja wie jak rozbujać publikę w pubie i coś podpowiada nam, że gdyby Styx mógł wybierać swoje ulubione kawałki, to kilka z tych folkowo-punkowych kompozycji wskoczyłoby na jego listę. Bo choć goblin lubi cień, to nie stroni też od bitki, w której nie ma czegoś takiego jak „niedozwolony cios”. A trudno o lepszy akompaniament do knajackiej bójki niż Dropkick Murphys.

Co obejrzeć?

1. Gremliny rozrabiają/Joe Dante

gremlins

Ok, goblin to nie gremlin, ale jeśli spuścić z tych drugich oko, a nie daj Boże dać dostęp do jedzenia po północy, robią się równie nieprzyjemne. Nie zakładalibyśmy się, że Styx potrafiłby poradzić sobie z Gizmo i jego kolegami, ale film i tak warto obejrzeć. Bo złodziej z gry ma podobny charakterek do puchatych wariatów. Dacie wiarę, że zaczęły rozrabiać 33 lata temu?

2. Legenda/Ridley Scott

W tym mrocznym filmie, który przeraził niejedno pokolenie, widzieliśmy mnóstwo stworzeń z fantastyki. Jednorożce to pikuś przy szatańskim makijażu Tima Curry’ego lub kretyńskim spojrzeniu szczylowatego Toma Cruise’a. Ale od czasu do czasu przez ekran przewiną się również gobliny. Tutaj głupkowate i podłe, a zatem wszystko w porządku. Jako że Polsat zrezygnował z odświeżania tego tytułu, chociaż my spróbujemy Was zachęcić. „Dziś już takich nie robią”, zdecydowanie. Praktyczne efekty „Legendy” są zwyczajnie fenomenalne. I ta scenografia. Ach…

Dziś już takich nie robią

3. Labirynt/Jim Henson

Wiedzieliście, że do kultowej roli Króla Goblinów próbowano wciągnąć wiele innych gwiazd ze świata muzyki? Sting, Prince, Mick Jagger oraz Michael Jackson – lista robi wrażenie. Ostatecznie w zbyt obcisłe galoty i towarzystwo pacynkowych stworków wskoczył sam David Bowie. Wcale nie musiał się tego występu wstydzić. A my mu nawet zazdrościmy. Kto nie chciałby zagrać personifikacji rodzącej się seksualności młodziutkiej Jennifer Connelly?

4. Ghoulies/Luca Bercovici

„Crittersy” powstały na fali popularności „Gremlinów”, „Ghoulies” jest ostatnim echem gasnącego potencjału „Crittersów”. Ale tym razem w roli małych, wrednych stworzonek zobaczymy prawdziwe gobliny. Czy tam koszmarne pacynki mające je udawać. Ręki sobie odciąć nie dam, ale to prawdopodobnie jedyny film, w którym goblin wyjdzie z sedesu. Seria doczekała się aż czterech inkarnacji. Żadna nie jest dobra. Ale od czasu do czasu wspaniale zrobić nocny maraton z czymś naprawdę złym.

Prawdopodobnie jedyny film, w którym goblin wyjdzie z sedesu

5. Troll 2/Claudio Fragasso

A skoro o „złym” mowa. Najgorszy film wszech czasów też ma gobliny. Tak na przekór tytułowi. A miasteczko, w którym dzieje się akcja, nosi nazwę Nilbog. Wiecie, bo od… Ech… Wszyscy razem: „Oh myyyy gooood!”

Artykuł został przygotowany w ramach partnerstwa z cdp.pl

  1. 12:05 10.03.2017
    Winch2005

    „Alone in the Dark z 2008 roku. Pamiętacie, taki paszkwil, wyjątkowo nieudana próba ożywienia skostniałej marki?”

    Ja pamiętam i będę jej bronił. Przyczepić mogę się tylko do sterowania które było problematyczne. Były w niej ciekawe zagadki związane z fizyką niczym w HL2, ciekawy ekwipunek, miejscami czarny humor (W muzeum odciąć rękę martwemu strażnikowi przy pomocy eksponatu – miecza), był też rozprzestrzeniający się ogień, fajny soundtrack i ciekawie poprowadzona fabuła w stylu serialu telewizyjnego. Najważniejsze że dobrze się bawiłem przy tej grze.

    Ukryj odpowiedzi()
  2. Ptaszor
    01:06 11.03.2017
    Ptaszor

    #Co obejrzeć?
    Troll 2 – sam w sobie jest trudny i nudny do obejrzenia, ale dopiero dzięki dokumentowi „Best Worst Movie”, nakręconemu prawie 20 lat później przez jednego z członków ekipy, można umieścić film w szerszym kontekście i odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego coś tak pokracznego jak Troll 2, w którym żadnych trolli w ogóle nie ma (sic!), w ogóle powstało. Warto obejrzeć Trolla 2, żeby obejrzeć ten dokument, bo dużo w nim nie tylko backstory oryginału, ale również szerszych przemyśleń nt sławy, aktorstwa i przemysłu filmowego – w mikroskali niskobudżetowych produkcji, ale jednak trudno nie odnieść tego do niektórych wysokobudżetowych gniotów. Reżyser z wielkim ego, artyści-aktorzy, scenariusz-papka – mnóstwo tutaj barwnych postaci i pokręconych historii. Dzięki Red Letter Media.