Zmien skórke
Logo Polygamii

PolecamyKampania Call of Duty WW2 – mógł być reboot drugowojennych FPS-ów, jest ich remaster

Będzie trochę hipokrytycznie. Przecież sam pisałem, że nie mam nic przeciwko kompilacji „the best of…” przerabianych już scenariuszy ale w standardach 2017 roku.

Facebook Twitter Google Wykop

Tyle tylko, że nie chodziło mi jedynie o oprawę. Ta, jak na Call of Duty, jest wyjątkowa, a stempel z bieżącą datą przybija jej obsługa 4K i śliczny HDR. Ale nie tylko one zachwycają. Od początku miałem wrażenie, że w Sledgehammer Games znalazł się ktoś zdolny przeforsować jakże nierewolucyjną myśl, że nie liczy się tylko to, co się pokazuje, ale też to jak się to robi. Czuć, że deweloper wiedział jak operować kamerą, gdy projektant poziomów mu na to pozwalał. Po raz pierwszy od dawna słychać też poprawę w oprawie dźwiękowej.

Call of Duty jeszcze nigdy nie wyglądało i nie brzmiało tak dobrze (wszystkie obrazki w tym tekście złapałem na Xboksie One X i zmniejszyłem do rozmiaru 1080p). Wyłączając polski dubbing. Ten jest zagrany dobrze, częściej trafia w klimat sceny niż go omija. Ale… głosy nie pasują do postaci. To razi.

Ale to już koniec zachwytów nad kampanią.

Zgraną, nudną, przewidywalną i pozbawioną czegokolwiek, co po tych pięciu godzinach zostawałoby z graczem. „Boots on the ground” – motto tej odsłony – miało oznaczać odstawienie odrzutowych plecaków do garażu i opowiedzenie żołnierskiej do bólu historii z frontu 2 Wojny Światowej.

Gdy rozpoczynasz taką grę od wrzucenia gracza w skórę jednego z żołnierzy szturmujących w czerwcu ’44 plaże Normandii, musisz wiedzieć, że atakujesz poprzeczkę zawieszoną bardzo wysoko. Filmy, seriale, książki i inne gry przerabiały już ten scenariusz na tyle sposobów, że po prostu musisz mieć w rękawie jakieś asy. COD: WW2 ich nie ma. Niech osoby wrażliwe na dobór słów w kwestiach historycznie drażliwych wybaczą mi następne zdanie, ale to być może najnudniejszy atak na odcinek Omaha w popkulturze, z którym dane mi było się zetknąć.

To być może najnudniejszy atak na odcinek Omaha w popkulturze

Sledgehammer zaczyna kampanię od starcia z kultową sceną pozbawione własnych pomysłów na wyniesienie jej na nowy poziom. Golutkie. W kolejnych misjach jest podobnie. Deweloper przeleciał przez większość kojarzących się nam z grami z tej epoki klisz. Z obowiązkowym waleniem do Stukasów z dział AA, wysadzaniem artyleryjskich baterii, rajdami za kierownicą Jeepa udającego, że nie jest klockiem puszczonym po szynach czy fragmentami, w których dowodzimy czołgiem. Ucho gracza, który ma za sobą początki serii czy skoki w bok z Medal of Honor, łatwo wyłapuje na odprawach słowa klucze: „walka o każdy żywopłot”, „las ardeński”, „zdobywanie mostu na Renie”, a gra nie robi później nic, by przywołane wspomnienia zawstydzić, a nas zaskoczyć. Zero – to liczba momentów OJCP*, jakie do zaoferowania ma tegoroczna kampania. Jeden z powodów, dla których warto było sięgać po serię, w tej grze nie istnieje, a w zamian WW2 nie daje nic.

Jeden z powodów, dla których warto było sięgać po serię, w tej grze nie istnieje, a w zamian WW2 nie daje nic

Z 2017 roku Call of Duty: WW2 ma tylko oprawę. Rozgrywka czy opowiadanie historii to powrót do standardów sprzed Modern Warfare. Lekkie odgrzanie, przepisanie – niestety nie zdefiniowanie ich od nowa z użyciem całego know-how, jakie autorzy strzelanin wypracowali od tego czasu. Dlatego choć w teorii miała to być opowieść o braterstwie i poświęceniu, traktujące o tym elementy znajdziemy tylko w przedzielających misje scenkach przerywnikowych.

Gdy przejmujemy kontrolę nad Danielsem, wszystko to znika w morzu wykrzykiwanych w naszą stronę poleceń. Mikrozarządzanie graczem na polu walki znów wraca do wieków dla serii ciemnych. Idź tam, zrób to, „mam dla ciebie apteczkę”, „mam dla ciebie granaty”, weź to i strzel tam. Wszystko na malutkich arenach, do których wrogowie wlewają się zewsząd. Gdy po raz kolejny okazało się, że stoję w miejscu, w którym nie przewidzieli mnie „reżyserzy” studia, powróciły flashbacki z Call of Duty 3. Gry, w której albo szedłeś krok w krok zaprojektowaną ścieżką, albo ginąłeś. Bzdurne QTE tylko te przykre wspomnienia wzmacniały.

WW2 nie umie komunikować się z graczem. Raz osłaniany członek oddziału sam wyrywa się do przodu, kiedy indziej trzeba dać mu komendę. Każdy z pomocnych kumpli drze się, że ma dla mnie apteczkę, granaty, amunicję czy marker dla oznaczenia celów dla moździerzy. Ale żeby wybrać właściwego do sytuacji muszę go wskazać d-padem w górę, będąc blisko. W chaosie nieustającego ostrzału, jakim jest Call of Duty, to fatalne, kaleczące cały pomysł rozwiązanie. Choć rozumiem, że jest jednym z mechanizmów mających utrzymać gracza tam, gdzie chcą go widzieć deweloperzy. Bo gdy jest gdzieś indziej, cała źle rozumiana filmowość idzie w diabły. Myślałem, że seria już z tego wyrosła. Ba, wiem, że już z tego wyrosła.

Żołnierska opowieść? Towarzysze broni? Moje klimaty. I zabijcie mnie, ale nie pamiętam nazwisk okularnika i podróbki bohatera granego przez Vina Diesla w „Szeregowcu Ryanie”. W sumie i tak prawie nie było ich widać.

Patrząc na okładkę trudno nie mieć skojarzeń z grafiką promocyjną Brothers in Arms: Hell’s Highway, grze, której w przyszłym roku stuknie dyszka. Szkoda, że Sledgehammer nie zgapiło z niej więcej w temacie pokazywania sytuacji toczących ludzi na froncie 2WŚ. Konflikt między dowódcami? No, przez większość gry tylko o nim słyszałem, bo deweloper nie spróbował wpleść go w samą rozgrywkę.

W efekcie składają się na nią kolejne strzelnice – ciekawsze, nudniejsze, ładniejsze, brzydsze, ale tak samo pozbawione ikry i trzymające gracza na krótkiej smyczy.

Kampania Call of Duty: WW2 nie ma do pokazania ani opowiedzenia nic, czego gracze by już nie znali. Zamiast przenieść przełomowe momenty 2WŚ w czas współczesnych metod opowiadania wojennych historii i przeplatania rozgrywki fabułą, cofa gracza w okolice 2002 roku. Jest do bólu przewidywalna, archaiczna i przez to kompletnie pomijalna dla graczy, którzy kupują Call of Duty, by być na bieżąco z singlowymi trybami w strzelaninach.

Do bólu przewidywalna, archaiczna i przez to kompletnie pomijalna

Tak, w mojej hierarchii jest niżej nawet niż zeszłoroczna odsłona, której wydawało się, że jest Mass Effectem.

A gdzie recenzja Call of Duty: WW2? Się robi. Nazwijcie mnie staroświeckim, ale wolę przed wydaniem oceny faktycznie pograć na konsumenckich serwerach. Póki co delektuję się rozgrywką. I… ciszą w tak zwanym obszarze społecznościowym – autorzy wyłączyli wszystkie społecznościowe rzeczy żeby dało się w ogóle wejść na serwery.

Ale gdy już się uda… Po becie marudziłem. W pełnej wersji odnajduję mapy i tempo, które bardzo mi pasuje…

Tak czy siak – kampania zzZzzsie.

* – O, ja cie pierun!

  1. Rif-
    13:57 06.11.2017
    Rif-

    To było do przewidzenia po pierwszych zwiastunach, w których cała filmowość opierała się na zbliżeniach na postacie, byle tylko nie pokazać, że znów operujemy w skali mikro udając, że uczestniczymy w wielkich działaniach wojennych. To tylko fajne filmiki, którymi można reklamować się w TV.
    Przypuszczam, że Activision doskonale zdaje sobie sprawę, że nie ma sensu inwestowania większych środków, by zapewnić głębszą rozgrywkę w single playerowym module swej sieciowej, jakby nie patrzeć, strzelanki.

    Ukryj odpowiedzi()
    • 15:11 06.11.2017
      TheMisterA

      Problem w tym, że gadanie o multiplayerowym charakterze gier takich jak FIFA, COD itp jest największym błędem z możliwych. Jest to wynikiem budowania sobie opinii o odbiorcach na podstawie komentarzy na forach, czy opiniach dziennikarzy (często też fanów a i graczy zaangażowanych). A to też zresztą błąd. Komentują najbardziej hardcorowi. Nawet gracz zaangażowany w jakiś tytuł nie jest tym, który najwięcej feedbacku zostawia w mediach społecznościowych.
      Zwróciliście uwagę na liczbę graczy online w dany tytuł versus jej sprzedaż? A no właśnie, później się okazuje, że w komentarzach czytasz „A kto gra w FIFE offline, tylko online sie gra”, a producent patrzy na statystyki i okazuje sie, że gra mniejszość… A ta większość popyla na kanapie z kumplami albo w tryb Kariery. z takim CoD też jest podobnie. Coś musi zachęcąc do kupna, bo wtedy ten casual/ gracz zaangażowany może zostaną z trybem online, a dzieki temu hardcorowcy będą mogli cisnąć masę i sypną na microtransakcyjne pierdoły.

      Ukryj odpowiedzi()
  2. 15:43 06.11.2017
    lis22

    Recenzent chyba nie rozumie, że fani singla w starym, dobrym stylu takiej właśnie kampanii single player po nowym CoD oczekiwali. To miał być powrót do przeszłości, do starych, pierwszych odsłon CoD i MoH z przełomu lat 90-tych i 2000 – cznych.
    Oczywiście, można wprowadzać jakieś nowinki, współczesne rozwiązania ale najpierw ów powrót do korzeni, do sentymentów i do początków serii musi się udać i musi się sprzedać. Zeszłoroczna odsłona była bardzo fajna ale nie sprzedała się tak dobrze, więc chyba gracze tego właśnie chcieli.

    Ukryj odpowiedzi()
    • 19:19 06.11.2017
      hitsuj1

      A masz swiadomosc ze mozna wracac do korzeni i jednoczesnie nie zrobic gry archaicznej i wtornej? Popatrz na nowego wolfensteina, ktory jest jednoczesnie wspolczesnym shooterem i nostalgiczna wyprawa do czasow sprzed mohmi cod, kiedy ww2 polegalo na byciu jednoosobowa armia

      Ukryj odpowiedzi()
      • 10:21 07.11.2017
        lis22

        Ale to trochę dwie różne gry, a łączy je tylko strzelanie do nazistów. „Wolfenstein” już w poprzedniej odsłonie był odważniejszy, prześmiewczy, brutalny, itp. i kontynuacja ciągnie to dalej. CoD był jednak bardziej standardowy i w tym przypadku nie chodziło o to, żeby się ścigać z Wolfem, tylko żeby dać graczom to, za czym tak tęsknią – przy okazji gracze mogą zweryfikować fakt, czy te stare kampanie i stare rozwiązania były tak fajne, jak je zapamiętano.

  3. 16:38 06.11.2017
    rorkdcr

    Call of duty jako single player stoi w miejscu już od 10 lat, raz zrobi kroczek w tą, drugi raz w tamtą, ale generalnie to jest ciągle ten sam, ograny schemat i pilnowanie żeby gracz się przypadkiem nie zgubił, dzięki zastosowaniu nowatorskiej technologii KORYTARZ
    Wszelkie alternatywne drogi są tak iluzoryczne że tylko ktoś kto nigdy wcześniej nie grał w nic da się nabrać. Porównanie z ostatnim wolfensteinem jest druzgoczące, a że akurat skończyłem W2 i Infinite Warfare to bardzo dobrze wiem o czym mówię. Tej serii brakuje chęci i jaj na to żeby to zmienić, bo przecież się sprzeda. Chyba że się nie sprzeda. Już raz seria to ogrywała, modern warfare 3 wyszedł na technologii sprzed króla ćwieczka i było to widać, słychać i czuć, presja i ze strony mediów była odczuwalna od przynajmniej 2 odsłon serii, więc w końcu zmienili. Szkoda tylko że poza zmianą renderera nie poszły zmiany w single player. Nadal wygląda on jakby był robiony na doczepkę do multi, bo assety graficzne trzeba zrobić i tu i tu.
    Sorry acti, poczekam aż będzie za 30 pln

    Ukryj odpowiedzi()
    • 17:14 06.11.2017
      voagar

      Nie rozumiem tej krytyki korytarzowej konstrukcji gry. Sam jestem fanem otwartych światów, ale z sandboxowości zrobiliśmy bożka. I wielbimy wszystkie gry proponujące nam po kilka dróg do celu. Czasem mam wrażenie, że to sztuka dla sztuki, bo dlaczego technologia KORYTARZ ma być automatycznie czymś gorszym? Nowy Wolfenstein jest rewelacyjną grą i doceniam te pół otwarte plansze i względną wolność wyboru ścieżki, ale momentami zaczynam tęsknić za prostą liniową rozgrywką. A czemu? Chodzi o rytm. Chcę biec do przodu, strzelać do wrogów i nie martwić się tym, że czegoś po drodze nie zebrałem, że nie znalazłem znajdźki, ominęło mnie zadanie poboczne albo po prostu (i przede wszystkim) ładny widok. W moim przypadku otwartość świata skutkuje chęcią eksploracji wszystkiego, bo niczego nie chcę ominąć, a to po pewnym czasie męczy i w FPS’ach zaburza immersję oraz rytm gry. Strzelam, wracam się do rozgałęzienia i odkrywam drugą odnogę, zbieram dokumenty, czytam je i wracam się, bo chyba mogłem wybrać też trzecią ścieżkę, strzelam. I tak w kółko. To jest mało komfortowe. Rozgrywka w nowym Call of Duty może być mało oryginalna i powielać wzorce sprzed 10 lat, ale paradoksalnie daje coś, czego dziś mamy bardzo mało. Korytarzowa konstrukcja i 6 godzinny bieg – wyreżyserowany i oskryptowany – przez proste, liniowe mapy jest czymś odświeżającym. Skondensowane, emocjonujące doświadczenie, a rytmu strzelania nic nie zakłóca. Prę do przodu i naparzam. Nie wracam się, nie zatrzymuję nad dokumentami. Takie gry też są potrzebne.

      Ukryj odpowiedzi()
      • 19:22 06.11.2017
        hitsuj1

        To biegnij i nie przejmuj sie znajdzkami. Korytarze bylymdobre w latach 90ych, kiedy technologia nie pozwalala na nic innego.

        Ukryj odpowiedzi()
        • 21:03 06.11.2017
          voagar

          Kiedy konstrukcja gry wymusza na graczu zbieranie znajdziek i inne poboczne aktywności, olanie tego wszystkiego nie jest taką łatwą sprawą. W dobrych produkcjach chodzi o to, że to sama gra prowadzi nas do przodu. W naturalny, „niewidzialny” sposób wskazuje kolejne możliwości, sprawia, że lekko przemy do przodu. Tak jak z filmem – te najlepsze posiadają rytm, który pozwala wczuć się w historię. Budynki też projektuje się w ten sposób, żebyśmy się nie gubili i od razu podświadomie chwytali rozkład pomieszczeń, żeby wiedzieć gdzie iść. Więc nie w tym rzecz, żebym pomijał znajdźki i poboczne drogi do celu. Jasne, że mogę to zrobić, ale wtedy pojawia się dysonans, a rozgrywka traci komfort. Gdybyś był na diecie, a ktoś postawiłby ci przed nosem talerz z pizzą, też mógłbyś okazać silną wolę i obejść się smakiem, ale byłoby to dość ciężkie, nie?

          Równie dobrze możnaby przestać krytykować kiepskie questy poboczne w RPGach, bo przecież zawsze można je ominąć.

          Możesz uznać, że wymyślam i przesadzam, ale jestem zdania, że rozgrywka składa się z takich subtelności, które mają wielkie znaczenie.

          Ukryj odpowiedzi()
          • 12:46 07.11.2017
            Wielki-Szu

            @voagar
            Zgadzam się w 100%. W niektórych grach FPP rozgałęzienia i szukanie innej drogi do wykonania swoich celów to duży plus, szczególnie w takich gdzie zbaczanie z tych ścieżek żeby sprawdzić co się tam znajduję nie zwolni naturalnego tempa rozgrywki. W COD jesteś na wojnie – musisz jak najszybciej wyeliminować wrogów i dojść do wyznaczonego celu. Nie widzę sensu na wciskanie na siłę pseudo otwartych przestrzeni/całych światów do gier, w których nie jest to kompletnie potrzebne. A strzelanki typu COD nie potrzebują tego ani trochę.

        • 16:10 07.11.2017
          rorkdcr

          ale gry w latach 90 to były labirynty a nie korytarze, czy to mówimy o platformówkach, czy FPS, więc nie trafione.
          Osobiście nie mam nic przeciw korytarzom, jeżeli są dobrze ukryte, nie bawi mnie gdy muszę biec jedyną słuszną ścieżką poganiany przez sidekicków bo coś tam. Lubię grać swoim rytmem, i, tu znowu warto przypomnieć ostatniego wolfensteina, bo ten po prostu dostarcza. Chcesz zrobić wejście rambo, ok, jedziemy, chcesz przejść jak duch, także, miks, proszę bardzo. COD nie daje wyboru, biegnij tam, w tempie które ci wybraliśmy, albo giń.

  4. 18:01 06.11.2017
    WujekBlady

    Faktycznie graficznie to gra zachwyca. Szczególnie prerenderowane filmiki, ale i całościowo wygląda dobrze i mówienie, że to ten sam cod od kilku lat to przesada. Jeśli jednak o resztę chodzi to…jest źle. Mechanizmy są standardowe, tu jeszcze problemu nie ma. Nie spodziewałem się niczego innego, ale to mi nawet nie przeszkadza, gorzej z perspektywy merytorycznej. Gra jest totalnie nudna. Historia nijaka, upstroczona barwnymi i przesadzonymi wybuchami i innymi niesamowitymi scenami walenia się wszystkiego dookoła gracza. Mocno to kontrastuje z rzekomym realizmem. Jeśli nie mogą dać nic innowacyjnego, niech dadzą sprawdzone elementy. Ale ku mojemu zaskoczeniu i tych tutaj zabrakło. Liczyłem na nieco więcej sterowania czołgiem/samolotem* lub łodzią. Oczekiwałem z niecierpliwością kolejnego skradankowego etapu snajperskiego, który tutaj zupełnie się nie wybija. Dostałem jedynie kilka nijakich map, ładnych, aczkolwiek pozbawionych charakteru, do bólu małych i korytarzowych. A przecież można stworzyć choć kilka dużych obszarów i dać graczowi wolną rękę, nie ładując wszędzie gdzie się da skryptów wyrzucających znikąd potoki nazistów, których nagle zabraknie gdy ruszymy te magiczne 3 metry w lewo i do przodu. Towarzyszy, do których nie miałem kiedy się przywiązać bo poskąpili tych chwil pomiędzy walką. Osobiście uwielbiam takie scenki interaktywne, poziomy, które pogłębiają historię i są kompletnie oderwane od głównej idei gry-masakry na polu walki. Początek był obiecujący, ale tuż po ładnym wstępie zostałem rzucony na plażę i…tyle gadania/podziwiania.

    *Sekwencja w czołgu chociaż z fpp, odbywała się na strasznie klaustrofobicznej mapie. Samolot zaś jedynie w tpp, podczas gdy liczyłem na coś podobnego jak w cod5.

    Jest bardzo średnio. Lepiej gdyby pierwsze 2 części przerobili pod względem graficznym do poziomu najnowszej odsłony. Btw, gdzie podziewał się Price?

    Ukryj odpowiedzi()
  5. 23:57 06.11.2017
    tyka

    Maciek, a kto jeszcze kupuje strzelanki dla kampanii? Takie gry kupuje się teraz tylko dla multiplayera. Nic więc dziwnego, że olali single playera. Ja nawet taki tryb nie włączam. A multiplayer rzeczywiście jest dobry. Może nie najlepszy z serii, ale porównując do ostatnich kilku lat jest świetny.

    Ukryj odpowiedzi()
  6. 09:53 07.11.2017
    Marrond

    Generalnie oczekwiałem czegoś więcej po sloganie „CoD powaraca do korzeni”… ale których? Tych z 2009 roku? Bo obawiam się, że skinpack WW2 to nie to o co chodziło… Zagrałem parę godzin na PS4 i powiem tak – single jak single, taka typowa CoDowa papka, mieli szansę zostać gamingową Kompanią Braci a wyszło jak zwykle. Natomiast multi… cóż. PeCetowe Battlefield 1944 nie ma się o co martwić… to smutne, że jakaś gra od pasjonatów ma więcej wspólnego z korzeniami CoD’a, niż sam CoD.

    https://www.youtube.com/watch?v=PU0fG1Rmx0g

    Ukryj odpowiedzi()