Zmien skórke
Logo Polygamii

RecenzjeHob – recenzja. The Legend of Hob

Seria Torchlight od Runic Games była udaną wariacją na temat Diablo. Hob od tych samych twórców to prezent dla fanów Ico, Metroida i Zeldy, którym nie po drodze z retro i konsolami Nintendo.

Facebook Twitter Google Wykop

Kolorowy, akwarelowy świat zalany fioletowym „czymś”, co w domyśle trzeba zwalczyć. Niemy bohater z szablą w dłoni, sporo zagadek przestrzennych przeplatanych skakaniem po platformach i relaksującą muzyka. Brzmi znajomo? Jeżeli nie, to oznacza, że jeszcze nie graliście w The Legend of Zelda: Breath of the Wild.

Platformy: PC, PS4
Producent: Runic Games
Wydawca: Runic Games
PL: Napisy
Data premiery: 26.09.2017
Grę do recenzji udostępnił GoG.com, zdjęcia pochodzą od redakcji.

Gra Runic Games nie tylko przypomina Zeldę na pierwszy rzut oka, ale też podobnie wygląda w ruchu. Ma dosyć prosty, ale zupełnie wystarczający model walki bronią białą. Starcia kojarzą się więc z tym, co znamy z konsol Nintendo. Eksplorację otwieranego sobie świata przeplatamy natomiast wycieczkami pod powierzchnię – mniej tam jednak przestrzennych łamigłówek niż u Nintendo, a więcej zręcznościowych sekwencji.

A czym jest ten „otwierany sobie świat”? Labiryntem, gdzie co rusz odkrywamy jakąś furtkę albo skrót pozwalający w trzy minuty wrócić do początku poziomu albo najbliższego punktu kontrolnego. Hob nie jest więc tak jak Zelda sandboksem, to bardziej trójwymiarowa metroidvania. Z kojącą muzyką i cieszącą oko wizją świata przedstawionego.

Kolorowy, akwarelowy świat zalany jest fioletowym „czymś”

Ten jest nie tylko ładny, ale też fikuśnie skonstruowany. Składa się ze swego rodzaju ogromnych platform. Po eksploracji jednej często dochodzimy na krawędź, gdzie dźwignią uruchamiamy kolejną. Kolejna platforma niczym winda na przyspieszonych obrotach wyjeżdża, a właściwie wystrzeliwuje w górę, pokazując kolejne piętra podziemi i różnych tajemniczych mechanizmów. A potem opada, zrównując górny poziom z tym, na którym akurat się znajdujemy. Motyw ten można porównać do Bastionu, gdzie świat też zauważalnie budował się na naszych oczach.

Na naszych oczach świat ten też cały czas się zmienia. Dźwignie, wajchy, przełączniki i całe to ustrojstwo, którym co rusz manewrujemy, czasem otwierają drzwi obok, a czasem poruszają mechanizmem znacząco zmieniającym krajobraz czy wręcz całą linię horyzontu. Nie ma reguły – jest bardzo plastyczne i czekające na eksplorację otoczenie.

W Hobie mamy mapę z jasno zaznaczonym celem. Problemem może być tylko to, że prowadząca do niego droga zaczyna często się w jakimś niezbyt logicznym miejscu. Które trzeba znaleźć, bo mimo szeregu podobieństw, to jednak nie Zelda, gdzie właściwie wszędzie można się wspiąć. Kluczymy tutaj po gotowych ścieżkach. Krętych, ale jednak mocno korytarzowych. Choć już pod koniec gry, po ich pootwieraniu i odblokowaniu większości przejść, a także aktywowaniu wszystkich części składowych „platformowego” świata, teren działań robi się całkiem spory, a kapsuły z teleportami naprawdę przydatne.

Jak w rasowej metroidvanii z czasem wracamy po swoich śladach, gdzie dzięki nowym przejściom lub nabytym umiejętnościom zaglądamy w miejsca, które wcześniej były zamknięte albo po prostu niedostępne. Sporo zmienia się też po karczowaniu fioletowego, zatruwającego świat i zagradzającego większość przesmyków bluszczu. Wyczyszczenie otoczenia z jego pędów to nadrzędny cel gry. A tych podrzędnych jest kilka. Szkoda tylko, że polegają głównie na zbieractwu, a nie chłonięciu historii.

Ciekawie zapowiadająca się lekko oniryczna narracja fajnie wprowadza w klimat Hoba. Potem jest eksploracja, skakanie, walki, zagadki przestrzenne, zbieractwo, eksploracja. I finał. Opowiadając o grze chłopakom z redakcji powiedziałem, że to fajny tytuł, ale szkoda, że fabuła była w nim tylko przez pierwsze i ostatnie dziesięć minut. Ico, czy choćby nawet tegoroczny Rime, wypadają pod tym względem nieporównywalnie lepiej.

Świat jest nie tylko ładny, ale też fikuśnie skonstruowany. Składa się ze swego rodzaju ogromnych platform

Co nie oznacza, że z powodu kadłubkowej historii Hob nie jest godny polecenia. Narracyjne braki nadrabia spójnym światem i idealnie uszytym pod niego sterowaniem. W praktyce był więc dla mnie tym, czym miałem nadzieję, że będzie Rime. Stawiającą na eksplorację, wciągającą grą przygodową w klimacie „Icolike”.

Hob to bardzo miła niespodzianka. Niestety nie można tego samego powiedzieć o jej stronie technicznej. Gra studia Runic potrafi zauważalnie klatkować nawet na PS4 Pro. Na PC tego problemu nie miałem, ale za to w ciągu trzynastogodzinnej przygody zaliczyłem dziesięć nieplanowanych wyjść do pulpitu. Każda taka wycieczka to sporo emocji, w grze jest bowiem autosave i nie ma możliwości ręcznego zapisu gry dla bezpieczeństwa (ani wczytania jakiegoś wcześniejszego save’a).

Na tle najlepszych metroidvanii 2D blado wypada liczba skilli i ich rozwoju. Zdobywamy jedną naprawdę nową umiejętność. Oprócz tego wydłużamy pasek życia i staminy (ten nie zużywa się w walce, a podczas dashy). Nie ma jednak jakiegoś rozbudowanego drzewka rozwoju czy zastanawiania się, w co teraz najlepiej zainwestować.

Hob to bardzo miła niespodzianka. Niestety nie można tego samego powiedzieć o jej stronie technicznej

Za zbyt szczątkową fabułę i techniczne niedogodności ocena idzie więc u mnie o jedno oczko w dół. Ale Hoba i tak polecam.

ZAGRAĆ?
WARTO
4.0