Zmien skórke
Logo Polygamii

"Gry to usługa" - mówi Square Enix, więc możemy spodziewać się powtórek z "długoterminowego" Final Fantasy XV

Czy na celowniku jest Left Alive, które okazało się nową odsłoną Front Mission?

O piętnastym Finalu krążą różne opinie. Gra, choć całkiem ambitna, jeśli porównamy ją do rozwodnionej trylogii „trzynastki”, w dniu premiery okazała się po prostu niedokończonym dziwactwem. W miarę upływu czasu zrozumiałem, że taki właśnie mógł być zamysł Square Enix. Bo oprócz prób załatania fabularnych dziur – czy to przez darmowe mikrorozszerzenia, czy przez płatne i ostatecznie rozczarowujące DLC – wydawca rozbudowuje przygody Noctisa do dziś. Na przykład dzięki implementacji… trybu sieciowego, który ma szansę tchnąć w produkcję trzecie życie (przypominam, że ten tytuł będzie miał wkrótce roczek na karku). Prezes studia ostatnio praktycznie potwierdził moje podejrzenia.

Podczas spotkania z inwestorami Yousuke Matsuda wypowiedział dość mocne słowa:

Minęły już czasy, w których gry dla pojedynczego gracza miały wyższy status od tytułów multiplayerowych. Gry multi wyszły na prowadzenie i standardem stało się długoterminowe myślenie o ich produkcji. „Gry jako usługa” to nie nowy termin. Dodatkowo różni się w zależności od tego, na którą firmę patrzymy. Dla Square Enix oznacza on tytuł, który będzie angażował graczy o wiele dłużej. Dlatego będziemy kontynuować tworzenie produkcji pasujących do tej definicji. Dzięki temu zwiększymy satysfakcję klientów i przedłużymy okres życia samych gier.

Tytułem, który zdecydowanie wpasowałby się w powyższe założenia, może być nadchodzące Left Alive. Przez ostatnie dni dowiedzieliśmy się całkiem sporo o tym tajemniczym projekcie. Będzie: strzelanką z silnym naciskiem na survival, „głównie singlowy, ale mogą w nim się pojawić elementy sieciowe” (to zwłaszcza, czyż nie?), miał kamerę zza pleców i należał do bardzo kultowego, choć obecnie nieco zaniedbanego uniwersum – Front Mission. Akcja fabularna Left Alive rozgrywa się pomiędzy Front Mission 5 i Front Mission Evolved. W ciemno zakładam, że to „nowe FM” czeka podobnie dziwaczny żywot jak Final Fantasy XV.

Czy to od razu oznacza, że po premierze na kilku platformach czeka nas mobilna wersja całości w chibi-wersji? Albo w chwili debiutu będzie ledwo trzymało się na nogach, by rok później dostać tryb wieloosobowy? Albo oprócz gry czeka nas serial, film kinowy, manga i cały kalendarz fabularnych DLC? W końcu gry są już tylko usługami. Tak naprawdę coraz rzadziej w nie w ogóle gramy.

Coraz więcej klientów czerpie przyjemność z oglądania, jak ktoś inny w nie gra. Nie musisz dziś samodzielnie grać w grę, by się nią cieszyć. Oglądanie profesjonalnych graczy i całej gamy streamerów jest dziś osobną metodą. Oglądanie gier staje się odrębną, wielką formą rozrywki. I ten proces przyspiesza radykalnie.

Wybaczcie betonowe podejście do sprawy, ale biorąc pod uwagę ciągle rosnący zakres obowiązków w życiu, nieprędko będę miał okazję ponownie spędzić pięćdziesiąt godzin z „piętnastką”. A jeszcze bardziej nie chciałbym jej „oglądać”. Ja po prostu lubię mieć wielką i ukończoną grę w dniu premiery. Jak pokazało w tym roku wiele docenionych i dobrze sprzedających się produkcji (pamiętacie chociażby takie maleństwo, jak Breath of the Wild?), to nadal jest możliwe. I osobiście wolałbym, żeby Left Alive podążało tym tropem, a nie śladami Noctisa. Bo choć wrzucenie terminu „strzelanka” do gier z serii Front Mission pachnie wstępnie rozczarowaniem, za samym Front Mission zdążyłem się już naprawdę stęsknić.

Czy możemy tutaj napisać, że Square Enix wpadło na… nową receptę na swoje gry? (suchar godny piątku)

Adam Piechota

Więcej na temat:

  1. Rif-
    08:49 22.09.2017
    Rif-

    „Coraz więcej klientów czerpie przyjemność z oglądania, jak ktoś inny w nie gra. Nie musisz dziś samodzielnie grać w grę, by się nią cieszyć. Oglądanie profesjonalnych graczy i całej gamy streamerów jest dziś osobną metodą. Oglądanie gier staje się odrębną, wielką formą rozrywki. I ten proces przyspiesza radykalnie.”

    Tego fenomenu jako gracz weteran w życiu nie pojmę. Gdy miałem lat kilka i patrzyłem jak inni grają na automatach, to dlatego, że byłem za mały i nie miałem tyle kasy. Jak mama dała 20 zeta, to raz na dzień zagrałem w Pacmana, albo rundkę na elektronicznym bilardzie. Lubiłem dźwięk automatów i aurę miejsc, gdzie mogłem popatrzeć jak inni grają. Chodziło jednak głównie o dostępność i trwało to do czasu, gdy sam już mogłem grać u siebie na pierwszym komputerze.
    Teraz każdy może grać, a jednak miliony wolą patrzeć jak jakiś kolo sam przechodzi grę. To dla mnie niepojętne. Tego typu podejście odziera mnie z całej przyjemności wejścia w świat gry – poznawania jej na moich zasadach. Zresztą jaki to interes dla wydawcy?

    Ukryj odpowiedzi()
    • mcklop.
      12:49 22.09.2017
      mcklop.

      Doskonale cię rozumiem. Będąc młodszym, nienawidziłem nawet patrzeć jak brat gra, gry graliśmy na zmianę, bo mnie nosiło żeby samemu złapać za pada, a teraz miałbym oglądać jeszcze nieznajomych? Zupełnie to dla mnie niepojęte.

  2. brzanka
    14:27 22.09.2017
    brzanka

    Powodów jest kilka. Najbardziej oczywisty, to obejrzenie fragmentu rozgrywki przed zakupem gry. Dodatkowy sensowny komentarz jest wskazówką co do tego co jest fajne, co mniej, jakie są problemy techniczne, związane ze sterowaniem itd.

    Gry są stosunkowo nowym, ale bardzo zróżnicowanym medium: hiperrealistyczna grafika leży na YT obok rogalików, łapiące za serce fabuły obok bezmyślnych rozpiendalanek, a arkadowe łamańce obok flegmatycznych point-and-clicków.

    – Bo skilla brak. Nie wszyscy lubią grać we wszystko, ale z oglądaniem może być inaczej. Jeden gracz nigdy sam (nawet wirtualnie) nie podpiąłby czyichś klejnotów do akumulatora, ale gdy robi to ktoś inny, ten sam gracz jest w stanie to znieść. Kogoś wkurza to, że nie jest w stanie grać w tytuły zręcznościowe, czy FPS-y, bo skilla brak, ale lubi ten typ gier – pozostaje oglądanie.

    – Kwestie edukacyjne. Istnieją gry zbyt skomplikowane dla przeciętnego gracza. Strategie ekonomiczne, menadżery, rogaliki. W umysł wielu ludzi wbudowany jest lęk przed porażką – łatwo się zniechęcają. Na czyichś błędach można się wiele nauczyć i spróbować później samodzielnie – to łatwiejsze niż czytanie tutoriali.

    – Bo dziewczyna gra. – Atrakcyjność tego typu osobliwości jest znana męskiej części populacji w pewnym wieku.

    – Bo gość fajnie gada. Są goście, którzy fajnie gadają. Niektórzy gadają tak fajnie, że nawet nielubiana gra lecąca w tle nie przeszkadza.

    – Bo nikt nie gada. Letspleje bez komentarza pozwalają na oglądanie gry jak filmu. Normalnie nie zagrałbym w to, ale film chętnie obejrzę.

    – Względy towarzyskie – z pewnością nie jest to (podobnie jak większość powyższych) powód samodzielny, niemniej steamom najczęściej towarzyszy czat. Można pogadać, podogadywać, powymądrzać się i nawiązać mniej lub bardziej trwałe więzi.

    – Ciekawość zakończeń. Replayability to często mit w przypadku graczy, którzy nie mają ochoty przejść gry jeszcze raz, żeby zobaczyć inne zakończenie. Oglądanie umożliwia zobaczenie zakończeń bez ponownego grania.

    – Globalnie ciekawość: jak ktoś inny to robi. Wiecie, to że potrafię świetnie tańczyć nie odbiera mi przyjemności z oglądania jak robią to inni. W przypadku niektórych gier ma to sens.

    Zapewne można by było nawymyślać jeszcze dziesiątki innych powodów. Nie trzeba ich rozumieć („bo sam bym tego nie zrobił”), wystarczy akceptować. Trochę na zasadzie zapachu cudzych skarpetek w traperskich butach: moje tak nie cuchną, ale nikt mnie nie zmusza bym ściągał komuś trapery i wąchał cudze.

    Ukryj odpowiedzi()