Zmien skórke
Logo Polygamii

RecenzjeGravity Rush 2 – recenzja. Sztuka spadania

Chodź, opowiem ci bajkę.

Facebook Twitter Google Wykop

Bajka będzie długa, ciepła, pełna zaskoczeń i wzruszeń. I kompletnie szalona. Bo taka właśnie jest nowa przygoda Kat, która skrzydła rozwija już nie na Vicie, a na PS4. Znajomość poprzednich przygód grawitorki i kota Pyłka nie jest wymagana, choć w pewnym momencie przeszłość mocno wlewa się w tę opowieść. Warto zagrać?

Platformy: PS4
Producent: SIE Japan
Wydawca: SIE
Dystrybutor: SIEP
Data premiery: 18.01.2017r.
Grę do recenzji udostępnił dystrybutor, zdjęcia pochodzą od redakcji
Robotnik leniwy, to robotnik głodny

Odpowiedź na to pytanie znajdziecie pod tekstem. Szczerze mówiąc sam jestem trochę zaskoczony, bo początek przygody sugerował raczej rozczarowanie. Kat z Królowej Grawitacji stała się jedną z robotnic na latającej barce górniczej, zajmującej się wydobyciem rudy z rejonów niestabilnych grawitacyjnie. Minie trochę czasu, zanim historia się rozpędzi, a grawitorka znów będzie potrafiła korzystać z mocy. Przez ten czas Gravity Rush 2 zdąży pokazać nam swoje gorsze oblicze – questy polegające na szukaniu osoby, której nigdy nie widzieliśmy w tłumie, bieganie od jednego enpeca do drugiego, by w nagrodę przeczytać czerstwy dialog; wreszcie postacie irytujące jednowymiarowością. Żeby było gorzej, Kat również nie zawyża poziomu. Usłużna, naiwna, pozwala każdemu sobą pomiatać. Gdyby tak miało być dalej…

Ale nie jest. Przez blisko trzydzieści godzin, jakie zajęło mi skończenie fabuły, historia zatoczyła kilka ciekawych zawijasów, a postacie, które początkowo wkurzały, dostały szansę ciekawszego wpisania się do jej kart. Inaczej patrzę teraz na Syda, wiem, że pomyliłem się co do Vogo czy Lisy; a Cecie – ta dziewczyna, która przy każdej rozmowie brzmiała jakby za moment miała zasłabnąć – Cecie Wam jeszcze pokaże! Po nieciekawym pilocie Gravity Rush 2 zmienia się w kapitalną baję nie tylko dla najmłodszych.

Autorzy wcale się tu nie szczypią z komentowaniem rzeczywistości

Ba, autorzy wcale się tu nie szczypią z komentowaniem naszej rzeczywistości. Przerysowane – owszem, przedstawione za pomocą naiwnej karykatury, ale problemy rozwarstwienia społeczeństwa, korupcji i wyzysku bogatych przez biednych są tu jednym z filarów opowieści. Ostatecznie nie najważniejszym, nie zmieniającym krainy fantasy w żadne gorzkie odbicie naszego świata. Ale są. I szczerze mówiąc, misja, gdy po raz pierwszy wychodzi na jaw to oblicze gry, zrobiła na mnie duże wrażenie. Bo choć z pozoru nic specjalnego się nie działo, to rola superbohaterki i opiekunki swojej barki nagle nie była już tak beztroska.

Latające miasto

Rozwarstwienie, o którym mowa, jest dosłowne. Gravity Rush 2 oferuje graczowi otwarty świat, składający się z olbrzymiego miasta, jakie możemy do woli eksplorować. Więcej – jego poszczególne dzielnice są zawieszonymi w powietrzu wyspami. Na górze bogacze wyprawiają sobie przyjęcia, na których popisują się rozrzutnością. To tu Kat będzie musiała gonic za uciekającym balonikiem rozpieszczonej córki czy podlewać rośliny w ogrodzie, gdy zostanie wzięta za służącą.

Miasto to również wyspy powyżej i poniżej. Jest olbrzymie

W najniższej dzielnicy biedoty zawsze panuje półmrok, nie ma czym palić w piecach, nie ma co jeść, a wojsko z nadzorującej okolicę latającej twierdzy urządza tu sobie łapanki. Pomiędzy nimi mamy jeszcze kilka dzielnic mieszkalnych, slumsy czy dzielnicę rozrywki. Każda lokacja ma własną atmosferę i kapitalny motyw muzyczny. A Kat może przemieszczać się między nimi bez odwiedzania ekranu ładowania. Choć czasem odległości są zbyt duże na jednego antygrawitacyjnego susa. Wtedy można skorzystać z teleportacyjnej studzienki.

Tak, mam 9 lat i co mi zrobicie!?

Choć szczerze mówiąc, nie wiem, czemu ktoś miałby to robić. Spędziłem z grą blisko trzydziestu godzin, a powietrzne harce Kat wciąż sprawiają mi olbrzymią frajdę. W okolicach dwudziestej godziny nawet nauczyłem się wreszcie w miarę sprawnie nimi kierować. Żartuję, choć nie do końca. Kat nie jest pociskiem ani samolotem. Dziewczyna nie lata – ona zmienia kierunek grawitacji wokół siebie. Różnice uświadamia pierwsze zadanie, wymagające połączenia precyzji lotu z prędkością. BOLEŚNIE.

Dziewczyna nie lata – ona zmienia kierunek grawitacji wokół siebie

Za zmiany grawitacji odpowiada przycisk R1. Dzięki niemu odrywamy się od ziemi, drugie wciśnięcie powoduje, że Kat zaczyna „spadać” w wybranym kierunku. Gracji nie ma w tym za grosz, a pozy jakie przyjmuje wtedy dziewczyna raczej nie trafiłyby na okładkę poświęconego jej komiksu. Ale trudno dyskutować z możliwością biegania po ścianach, sufitach i podłogach. Zwłaszcza, że by trafić na największe złoża kryształów, które wykorzystuje się tu do kupowania i rozwijania umiejętności, najczęściej trzeba „obrócić” miasto do góry korzeniami i wtedy badać zakamarki. Można się w tym przyjemnie zatracić, zwłaszcza, że cena za kolejne poziomy rozwoju zdolności rośnie szybciutko, a konkretne ulepszenia czekają dopiero na końcu ścieżki.

Wolność eksploracji smakuje tu wybornie.

Grawitorka z Księżyca

Z grawitacją wiąże się największa nowinka sequela – dwa dodatkowe style grawitacyjne. Księżycowy sprawia, że Kat jest lekka jak piórko, może stąpać po bańkach wody, sadzić olbrzymie susy i łatwiej radzić sobie z szybkimi przeciwnikami. Styl Jowisza to oczywiście jego przeciwieństwo. Bransolety Kat są tak ciężkie, że początkowo rzucają dziewczynę na kolana. Ale dzięki nim oprze się wrogom atakującym podmuchami wiatru, szybciej rozłupie pancernych przeciwników, a gdy naładuje powietrznego kopa, będzie zdolna niszczyć nie tylko całe ich hordy, ale i ściany.

Style zmieniamy w dowolnym momencie, smyrając panel dotykowy pada w górę czy w dół. I warto to robić, by sprawniej radzić sobie z wrogami. Ci są przyjemnie zróżnicowani, a już sam wygląd i zachowanie podpowiada, jakiej taktyki użyć. W razie wątpliwości, na wszystkich zadziwiająco dobrze działa ciskanie w nich przedmiotami, które Kat złapała w pole grawitacyjne. Oczywiście również działanie pocisków różni się w zależności od stylu. Umiejętności grawitorki można dodatkowo modyfikować znajdowanymi tu i ówdzie talizmanami, które w późniejszej części gry możemy samemu łączyć w potężne kombinacje. I naprawdę nie przesadzam z ich mocą. Dość szybko trafił mi się kamień automatycznie łapiący w grawitacyjne pole okoliczne przedmioty lub… wrogów. Nie chciałbym być w skórze nikogo kto widzi Kat, kręcącą nad głową jego czterema kolegami, którzy zaraz zostaną rzuceni w cel.

Nie można narzekać na liczbę i różnorodność wrogów. Stawimy czoła znanym z pierwszej gry Nevi, ludziom, mechom, a im dalej w przygodę, tym skala walk będzie rosnąć i rosnąć. Potyczki z hordą maluchów zmienią się w bitwy z przeciwnikami nieustępującymi Kat umiejętnościami. Pobocznym widzom może się wydawać, że oglądają starcie z japońskiej animacji.

Pobocznym widzom może się wydawać, że oglądają starcie z japońskiej animacji

Czacha dymi

Gracz ma trochę gorzej, bo bez możliwości lockowania się na wrogu, upiornie trudno zapanować tu nad chaosem. W trakcie walk w powietrzu brakuje punktów odniesienia, pozwalających oszacować odległość do celu i kierunek grawitacji. Na zamkniętych arenach, celowniczek teoretycznie namierzający słabe punkty na ciele wroga wariuje, co skutkuje niecelnymi kopniakami, zmarnowanymi atakami specjalnymi i niepotrzebnym zużywaniem mocy, bez której Kat traci na chwilę możliwość zmiany grawitacji.

Musicie też być gotowi na wpadanie bohaterki w ściany i inne elementy otoczenia, a nawet w większych wrogów. Tracimy wtedy kontrolę nad kamerą, a jeśli szybko i na czuja nie wyrwiemy się na wolność – również życie. Niestety są momenty, gdy glitch goni tu glitcha a z bezradności chce się krzyczeć. Zwłaszcza, gdy samo skopanie świecących się tyłków nie jest jedynym warunkiem wygranej. Hordę wrogów w końcu tak czy siak pokonamy, gorzej z limitem czasowym lub koniecznością obrony kogoś lub czegoś.

Są momenty, gdy glitch goni tu glitcha a z bezradności chce się krzyczeć.

Choć mam wrażenie, że autorzy nie chcieli przykręcać tu graczowi śruby zbyt mocno. Jeśli dobrze się rozejrzeć, szybko dojrzymy kryształy odnawiające życie i moce. Łatwo stracić kontrolę nad starciem, ale umrzeć już trudniej. Chociaż tyle. A gdy na ekranie pojawia się komunikat, by wcisnąć panel dotykowy i odpalić potężny atak kończący, frustracja szybko ulatuje. No, chyba że po załadowaniu finiszera gra zaoferuje nam pokaz slajdów, co niestety czasem ma miejsce przy większych bossach.

Gravity Rush 2 to również jedna z gier, w których sterowani przez SI pomocnicy naprawdę potrafią pomóc zamiast tylko pomoc pozorować. Taka Raven sama potrafi znacząco zredukować liczbę wrogów lub pasek życia bossa. Bardzo fajnie współgra to zresztą z fabułą, w której obie dziewczyny odgrywają pierwszoplanowe role. Ale na niej lista bohaterów, którzy przydadzą się do czegoś więcej niż doklejenie do nich chmurki dialogowej, się nie kończy. Fabularne misje są świetne. Uwielbiają zaskakiwać gracza zmianą założeń misji, różnorodnością celów i wyciąganiem nowych elementów z kapelusza.

I pośpiewać można...

Po kilkunastu godzinach „rodzinka” Kat rozrasta się do rozmiarów bandy, która mogłaby wziąć na siebie jakiegoś erpega. Wtedy weterani pierwszej części będą mieć przewagę nad świeżakami, dla których powroty bohaterów z poprzedniej gry czasem będą zagadkami. Ale sam jestem świeżakiem i zaręczam, że da się z tym żyć. Zwłaszcza, że opowieść do samego końca nie przestaje zaskakiwać.

Fabularne misje są świetne

Zadania "specjalne"

Autorzy obiecywali miasto żyjące, ale tej obietnicy nie udało się spełnić. Jest olbrzymie, zróżnicowane, ruchliwe, owszem. Ale też przeraźliwie sztuczne i zasiedlone armią klonów. W dodatku dość oszczędnie przystrojone detalami, które lubią doczytywać się zbyt blisko gracza, by nie było wstydu. Niestety, misje fabularne (rzadziej) i poboczne nierozważnie wymagają licznych prób interakcji. Jeśli szczęście dopisze, wybierani z tłumu enpece chętnie wskażą drogę, miejsce czy postać. Ale zwykle trzeba latać za tymi łażącymi kukłami zdecydowanie zbyt długo, by np. jakaś ślicznotka zapozowała do zdjęcia, które ma pomóc pewnemu staruszkowi przegonić chorobę. W misjach fabularnych te elementy są równoważone przez wartką opowieść i akcję, ale zbyt głęboki nur w zadania poboczne grozi nudą. Albo frustracją, bo nie brakuje tu też wyścigów, które delikatnie mówiąc nie są silną stroną „królowej spadania”.

Średnio wypada robienie z Kat szpiega w misjach aspirujących do miana skradanek. Pół biedy, gdy alarmowi można zaradzić obijając ciekawskiego żołnierza do nieprzytomności. Zdarzają się jednak momenty, gdy scenariusz wymaga po prostu przejścia się zaplanowaną przez autorów ścieżką, której przebieg musimy zgadywać i uczyć się metodą prób i błędów.

W ogóle gra dość kiepsko komunikuje się z graczem, przez co zdarzają się momenty, gdy nie wiadomo co właściwie mamy robić.

W porządku, Soap. Ty ściągasz jednego, ja tego drugiego

Albo walki, gdy nagle przeciwnikowi przestaje ubywać zdrowia, bo podlecenie w jakieś miejsce musi odpalić scenkę fabularną. Nie jest to nagminne, ale w tak długiej grze po prostu zbyt często zdarza się coś, co autorzy powinni „wyklepać” przed premierą.

Sieć łowców skarbów

Gravity Rush 2 uzbrojono w opcje sieciowe. Przed premierą działały w kratkę, ale nie ograniczają się tylko do porównywania czasów w wyzwaniach. Kat jest wyposażona w aparat fotograficzny. Cykając fajne fotki (można zmieniać stroje, getykulować, dodawać do kadru obiekty), możemy posłać je w świat i jeśli komuś się spodobają, zostaniemy nagrodzeni. W świecie gry ukryto też skrzynie ze skarbami. Nie narysujemy innym mapy do nich, ale możemy wysłać zdjęcie z miejscem, gdzie czekają na odkrycie. W zależności od humoru bardziej lub… mniej pomocne. Ale jeśli innym uda się złowić taki skarb dzięki naszej wskazówce, również zostaniemy nagrodzeni.

Nie narysujemy innym mapy, ale możemy wysłać zdjęcie

Fajne, pomysłowe – oby niezbyt natrętne, gdy do zabawy ruszą gracze. Są też kopalnie, w których czekają skarby i mocne potwory. To, co znajdziemy w środku, będzie zmieniać się w zależności od tego, ilu śmiałków zwiedziło je przed nami. I tu też ciekawi mnie, jak takie społecznościowe zabawy wpłyną na życie gry. Ale i bez nich na brak zawartości nie można tu narzekać.

Grawitacyjny odlot

Gravity Rush 2 nie jest sequelem rewolucyjnym. Oparto go na tym, co w pierwszej grze działało i nadmuchano do budzących szacunek rozmiarów. Najprzyjemniej zaskoczyła mnie opowieść. A raczej – zaskakiwała, bo ilekroć myślałem, że zbliżam się do końca, okazywało się, że czekają mnie kolejne – jeszcze ciekawsze przygody. Nawet po pierwszych napisach końcowych.

Rozgrywka ma fenomenalne momenty, gdy choreografia podniebnego baletu pozwala graczowi czerpać wielką radość z nieskrępowanej wolności. Lub piekielnie efektownej akcji. Ale trzeba też często przymykać tu oko na brzydkie babole i nauczyć z nimi żyć.

To zresztą prostsze, niż można się było spodziewać. Ja zaraz wracam do zabawy, bo jeszcze masa, MASA pobocznych misji i umiejętności do rozwinięcia przede mną. A świat Gravity Rush 2 to miejsce, w którym bardzo przyjemnie topi się kolejne godziny.

ZAGRAĆ?
WARTO
4.0

  1. 17:45 17.01.2017
    Bartłomiej Nagórski

    I przez tę recenzję odkopałem pierwsze Gravity Rush na Vitę… Może wreszcie dam radę przejść?

    Ukryj odpowiedzi()
  2. gsg
    15:03 18.01.2017
    gsg

    Co to się dzieje, że patrząc na screenshot z ogromną bioniczna fioletową głową pierwszym skojarzeniem nie jest dla mnie Neon Genesis Evangelion a Hyper Light Drifter.

  3. Sevven
    15:46 18.01.2017
    Sevven

    Tak czekałem na tą grę że zupełnie zapomniałem kiedy wychodzi. Lekki wstydzioch