Zmien skórke
Logo Polygamii

RecenzjeGold Rush: The Game – recenzja. Co tu się odkopało?

Po takiej grze nie można spodziewać się za wiele, ale miejcie litość.

Facebook Twitter Google Wykop

Ograłem już w życiu trochę symulatorów prac wszelakich. Symulator niemieckiego policjanta, sequel symulatora niemieckiego policjanta, symulator niemieckiego strażaka na niemieckim lotnisku. Prowadziłem też niemiecki ambulans po ulicach niemieckiego miasteczka, a poza niemieckimi klimatami miałem też okazję wcielić się w rolę amerykańskiego policjanta (w niemieckiej grze) albo poławiacza krabów (już nie w niemieckiej grze). Wszystkie te symulatory mają swój specyficzny urok i jeśli ktoś nie ma nic innego do roboty, zapewnią parę godzin zabawy.

Platformy: PC
Producent: Code Horizon
Wydawca: PlayWay
Wersja PL: Tak
Data premiery: 13.10.2017
Wymagania: Windows 7 64-bit, Intel Core i5, 12 GB RAM-u, Nvidia GTX 760
Grę do recenzji udostępnił wydawca. Obrazki pochodzą od redakcji.

Symulatory mają swój specyficzny urok

Jednocześnie, choć zdarzają się wyjątki, są to produkcje koszmarnie niedopracowane, momentami niemal amatorskie, z fatalnymi rozwiązaniami i wyjątkowo niskim budżetem. Jednak z jakiegoś powodu ciągle powstają i wbrew pozorom są całkiem popularne. Dlatego kiedy zobaczyłem, że polski Gold Rush: The Game trafił na listę 10 steamowych bestsellerów na świecie, postanowiłem sprawdzić, co to takiego i czy może w końcu ktoś zrobił grę pokazującą, że symulacja czegoś nieciekawego może być fajna. No bo skoro licencji na tytuł udzieliło Discovery, to chyba nie może to być kompletny gniot.

Biała gorączka (złota)

Dawno, dawno temu na Discovery można było obejrzeć ciekawy film dokumentalny. Czasy jednak się zmieniły, widzowie stali się mniej wymagający, zatem by utrzymać się na rynku trzeba było odpowiednio zmienić ramówkę. Nastały mroczne wieki paradokumentów. Poławiacze krabów, łowcy duchów, tuzy licytacji schowków, których właściciele przestali płacić czynsz, baronowie lombardów, margrabiowie zaginionych bagaży – jeśli istnieje jakiś kompletnie nieciekawy albo zmyślony zawód, to Discovery bądź któraś ze stacji o podobnym profilu zrobi o nim program.

Nie inaczej jest w przypadku poszukiwaczy złota. I choć czasy Klondike dawno minęły, nadal są ludzie zajmujący się tą działalnością. A skoro są tacy ludzie, to znajdą się osoby chętne oglądać ich poczynania. Tak powstał jeden z najpopularniejszych paradokumentów – „Gold Rush”, polskiemu widzowi znany jako „Gorączka złota”. Czasem idzie się krok dalej i poza programem, robi się też grę wideo. Przykładem takiej produkcji jest Deadliest Catch: Alaskan Storm, czyli egranizacja programu o poławiaczach krabów na Alasce. Nie był to tytuł tragiczny, ale też nie ma się co oszukiwać – „Złotego dżojstika” raczej by nie dostał.

Gold Rush: The Game
Muł - to w nim wszystko jest. Pot, łzy, złoto, poziom tej gry

Z kolei 13 października tego roku, wspólnym nakładem polskiego studia Code Horizon i wydawcy PlayWay, spod ziemi wykopany został Gold Rush: The Game. I wielka szkoda, że ktoś to cholerstwo odkopał, bo nie wiem, czy to jakaś nowa, zapoczątkowana przez Car Mechanic Simulator tradycja wydawania przez PlayWay gier w kompletnej rozsypce, czy po prostu wypadek przy pracy, czy może próba zarobienia na popularnym programie telewizyjnym.

Początek nie zwiastuje jeszcze niczego złego. Stoję sobie obok pickupa przed wjazdem do alaskańskiego miasteczka. Gra podpowiada, żebym otworzył dziennik, w którym całkiem dobrze wytłumaczone mam, co powinienem zrobić dalej. Wsiadam zatem do samochodu i ruszam do sklepu ze sprzętem do wydobywania złota. Chwila, muszę włączyć silnik. Okej. Jeszcze ręczny. Spoko. Jadąc po asfalcie powinieneś wyłączyć blokadę dyferencjału – mówi mi komunikat. No tak, ma to sens.

Zajeżdżam pod sklep, oglądam animację wysiadania z auta (tak jak wcześniej oglądałem animację wsiadania do auta), powyższe czynności wykonuję w odwrotnej kolejności. Wchodzę do środka, a tam… pełna symulacja. Muszę biegać między półkami, wybierać sprzęty, podejść do kasy, zapłacić i w końcu załadować wszystko, oczywiście ręcznie, na pakę. Teraz wystarczy zawieźć to… a nie, jeszcze muszę wpaść do banku, żeby wydzierżawić działkę. Dobra, teraz wystarczy zajechać na miejsce i zacząć zarabiać.

No nie do końca. Po pierwsze, skoro musiałem wszystko załadować, to teraz muszę wyładować, potem rozstawić i podłączyć. Spokojnie, do tego też są filmy instruktażowe. Wybrałem sobie miło wyglądające miejsce, zrzuciłem sprzęt i… musiałem zapakować go z powrotem, bo gra pokazuje jak to ustrojstwo podłączyć, ale nie wspomina już, że można to robić tylko w konkretnych miejscach. I nie chodzi tu o prowadzenie gracza za rękę, ale wydaje mi się, że w tego typu grze istotnym jest, by odpowiednio wyjaśnić przynajmniej te pierwsze kroki.

Tymczasem nie tylko okazało się, że powinienem rozstawić wszystko w innym miejscu, ale też kupiłem za mało elementów, bo dziennik początkującego poszukiwacza złota niedokładnie podaje listę zakupową. Na szczęście w Internecie znalazł się przemiły rudy człowiek, z filmików którego dowiedziałem się, co muszę kupić, jak to podłączyć i na jakiej zasadzie wszystko działa. Co ciekawe, dowiedziałem się też, że wydając niewiele więcej pieniędzy, mogę cały proces nieco zautomatyzować. Oczywiście nadal będzie to żmudne. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz ręka rozbolała mnie od machania myszą, a najlepiej zobrazuje to poniższy gif.

I tak dobrych 10 minut

Słabo? No słabo, ale dokładnie w momencie, w którym zacząłem wątpić, gra zrobiła coś wspaniałego, z czym nigdy wcześniej w tego typu produkcji się nie spotkałem. Otóż w magiczny sposób znalazłem wyjątkowo duży samorodek, który sprzedałem lokalnemu kowalowi (nie było sensu przetapiać go na sztabkę), zarabiając tym samym na rozbudowę biznesu.

Niekończąca się szychta

Wraz z koparką i cięższym sprzętem pojawiła się pewna przyjemność z pracy. Uncje złota zaczęły płynąć cienkim, ale względnie wartkim strumieniem, wytopiłem swoją pierwszą sztabę, sprzedałem ją w banku, zarobiłem kolejne pieniądze. A skoro zapewniłem sobie stały przypływ środków, postanowiłem zachować się jak prawdziwy kapitalista – wziąłem kosmiczny kredyt i zatrudniłem pierwszego pracownika.

Myślałem, że teraz zacznie to przypominać program na Discovery. Że wraz z pojawieniem się dodatkowych rąk do pracy zacznę im przydzielać stanowiska, a sam skupię się na zarządzaniu swoją firmą, która niebawem dostanie może nie „Gazelę”, ale chociaż „Borsuka biznesu”. Tymczasem zatrudnienie osoby daje jedynie dodatkowe wpływy na każdą minutę gry i nie ma w tym choćby namiastki zarządzania. Trochę jak w Clicker Heroes, gdzie zwerbowanie bohatera daje pasywnego DPS-a.

Grze ewidentnie brakuje jakiegoś celu i wiem, że tego typu symulator nie ma się na nim skupiać, ale przez to Gold Rush: The Game sporo traci, bo po wykupieniu sprzętu z najwyższego poziomu możemy spokojnie ją odinstalować. A mi zajęło to 10 godzin, bo bank udziela kredytów jak z czasów sprzed kryzysu. To z kolei powoduje, że gra jest jałowa i szybko się nudzi. Owszem, w przyszłości mają pojawić się tablice wyników i rywalizacja między graczami, ale teraz tego nie ma. Jednak nie to jest jej największą bolączką.

Ekipa Code Horizon zbyt dosłownie potraktowała symulację. W grach wideo godzimy się na pewne uproszczenia i traktowanie wybranych elementów umownie. To dlatego bohater DOOM-a nie musi chodzić siku, a latając w Elite: Dangerous, nie zaprzątam sobie głowy jedzeniem. Owszem, są tytuły skupiające się na tego typu mechanice, ale to zupełnie osobny gatunek. Od symulacji typu Gold Rush oczekuję, że pozwoli mi ona wykonywać pewne czynności, jednocześnie omijając przynajmniej część upierdliwości z nimi związanej.

Grze ewidentnie brakuje jakiegoś celu

Gold Rush: The Game

Konieczność ładowania wszystkiego do samochodu na pierwszy rzut oka wydaje się fajna i wprowadzająca imersję, ale szybko okazuje się męczarnią. Szczególnie że w sklepie jest się częstym gościem, a kiedy za 10 razem musimy wpakować 20 pierdół, bo nasza postać nie potrafi wziąć w ręce dwóch wiader na raz, zaczynamy się irytować. Podobnie jest z rozkładaniem sprzętu – ustawienie i podłączenie najmocniejszej maszynerii zajęło mi trzy godziny biegania po działce, przyczepiania poszczególnych elementów z pomocą łańcuchów do łyżki koparki i jeżdżenia nią w miejsce rozłożenia. To zdecydowanie za długo i nie rozumiem, dlaczego nie mogę, nawet za dodatkową opłatą, zamówić ekipy, która zrobi to za mnie.

Sztuka suspensu

Jeśli zamierzacie zagrać w Gold Rush: The Game, weźcie sobie do serca tę oto radę: Odpowiadający za szybki zapis klawisz F5 waszym najlepszym przyjacielem. W grze nie ma funkcji autosave, a wyrzucenia do pulpitu zdarzają się niezwykle często. Szczerze powiedziawszy, grałem w bardzo wczesne wczesne dostępy, które rzadziej się wykrzaczały. Raz nawet musiałem ręcznie przepisywać fragmenty plików zapisu, bo samochód razem z postacią „utonęły” mi w ziemi, która potem w jakiś sposób znalazła się w powietrzu.

A w jakim napięciu ta gra potrafi trzymać! Baliście się Slendermana albo Resident Evil 7? To spróbujcie przejechać przez mapę w Gold Rush! Otóż wyobraźcie sobie, że w 2017 roku są jeszcze pecetowe gry, które muszą doczytywać sobie fragmenty obszaru rozgrywki „w locie”. Wtedy na kilka, czasem kilkanaście sekund wszystko się zatrzymuje, włącznie z oddechem gracza, bo jeśli akurat robiliście coś, co gra uzna za niestosowne, wywali was do pulpitu. Tak przy okazji – nie jest to zależne od konfiguracji, bo mój naprawdę mocny pecet zaliczał takie zwiechy non stop.

Do tego dochodzą mniejsze przewinienia, jak przenikające się obiekty, problemy z kolizjami, padający nawet w budynkach deszcz czy fakt, że po wczytaniu zapisu wszystko, co znajdowało się na samochodzie w dziwny sposób ląduje na ziemi.

Przynajmniej szybko się odinstalowuje

Szkoda mi tej gry, bo pomijając kilka nietrafionych decyzji projektowych, mógł to być naprawdę dobry symulator, który już teraz ma swoje momenty i przy którym można się dobrze bawić. Do tego całkiem nieźle wyglądający, bo krajobrazy potrafią być przyjemne dla oka, a modele poszczególnych maszyn są szczegółowe i realistycznie odwzorowane. Tego samego nie można powiedzieć co prawda o statycznych dekoracjach typu zaparkowane samochody wyglądające jak kupione w sklepie z assetami, ale to naprawdę nie przeszkadza.

Niestety nawet po przymknięciu oka na dziwne rozwiązania, zostaje jeszcze ogrom błędów i zwyczajne niedopracowanie, co powoduje, że w Gold Rush nie gra się przyjemnie. Jasne, twórcy ciągle ją łatają i zapowiadają kolejne elementy w najbliższej przyszłości, ale nie zmienia to faktu, że na razie mamy coś, co powinno wylądować w jakiejś formie wczesnego dostępu, a nie być sprzedawane jako kompletna produkcja. Jeszcze zrozumiałbym, gdyby Code Horizon robiło to samemu za pieniądze zebrane z Kickstartera, na którym gra zresztą uciułała ponad 120 tysięcy dolarów kanadyjskich. Za tym wszystkim stoi jednak PlayWay i choć wydawca ten nie słynie z gier wybitnych, czego dowodem jest ostatni Car Mechanic Simulator, to nie można zarzucić mu braku doświadczenia czy odpowiednio utalentowanych ludzi.

Na razie mamy coś, co powinno wylądować w jakiejś formie wczesnego dostępu

ZAGRAĆ?
OSTATECZNIE
2.5

  1. Jellycrusher
    11:06 03.11.2017
    Jellycrusher

    Te paradokumenty na Discovery i innych kanałach jakoby popularnonaukowych to jest istna plaga. Jałowe to jest kompletnie, wiedzy żadnej nie daje, a jedynie każe oglądać sztucznie grających naturszczyków w prymitywnie obmyślonych i inscenizowanych scenkach. Co to się z tą telewizją porobiło… wszystko dla tłuszczy żądającej riality szołów, nic dla człowieka szukającego rzetelnej wiedzy…