Zmien skórke
Logo Polygamii

RecenzjeGhost Recon: Wildlands – recenzja. Tylko dla orłów

Albo niedźwiedzi, borsuków, w ostateczności nawet dziobaków. Ważne, by w liczbie mnogiej, bo bez ekipy ani rusz.

Ghost Recon: Wildlands był dla mnie największą niewiadomą, jeśli chodzi o tegoroczne premiery, a jednocześnie sprawdzianem dla Ubisoftu. Olbrzymi, otwarty świat i pełna swoboda, z jaką gracze mogą podchodzić do tej gry dają jej wielki potencjał na największy hit firmy od lat. Ale z drugiej strony – to również ryzyko powrotu do starej formuły, gdzie biegamy po pozornie tylko zapełnionej mapie, a tak naprawdę nie mamy nic do roboty.

Platformy: PC, PS4, Xbox One
Producent: Ubisoft
Wydawca: Ubisoft
Data premiery: 07.03.2017
Wymagania: Windows 7, Intel i5-2400S lub AMD FX 4320, 6 GB RAM-u, Nvidia Geforce GTX 660 lub AMD Radeon R9 270X
Grę do recenzji udostępnił wydawca. Obrazki pochodzą od redakcji. Graliśmy na PS4.

Czy Wildlandsom udaje się wybić ponad ramy „ubigame”? Niestety nie do końca. Jest na szczęście parę świetnych elementów, które ratują sytuację.

A może kokę do tego?

Boliwia – urokliwy kraj, pełen rajskich zatok, gęstych lasów i masywów górskich. Do tego poprzecinany rzekami, z piękną pogodą (no chyba, że pada, ale wtedy i tak jest pięknie) i tak dalej. No po prostu wymarzone miejsce na urlop. Albo produkcję kokainy. To właśnie ten narkotyk jest tutaj głównym towarem eksportowym i jednocześnie przyczyną wyrośnięcia na krajową potęgę kartelu Santa Blanca.

Ghost Recon: Wildlands
Edytor postaci umożliwia dopasowanie Ducha do swoich preferencji

Kartelu, który skutecznie rządzi państwem, mając w swojej kieszeni polityków, stróżów prawa, a nawet armię. Kartelu, którego obalenie zlecono czterem – oficjalnie nieistniejącym – ludziom. Elicie wśród elit odpowiedzialnej za najbardziej spektakularne akcje, o których nikt nie słyszał. Duchom.

Już tutaj pojawia się pierwszy element, który nowemu Ghost Reconowi wychodzi świetnie. Ta gra jest po prostu wiarygodna. Bez problemu jestem w stanie wyobrazić sobie, że właśnie teraz gdzieś na świecie jest mały oddział specjalny robiący dokładnie to, co my w grze. Bo choć nasi żołnierze to świetnie wyszkolone maszyny do zabijania, nie są nieśmiertelni.

Bez problemu jestem w stanie wyobrazić sobie, że właśnie teraz gdzieś na świecie jest mały oddział specjalny robiący dokładnie to, co my w grze

Ghost Recon: Wildlands
Jest dron, jest noktowizja. I w sumie niewiele więcej

Możemy zapomnieć o napakowanych elektroniką, niewidzialnych pół-cyborgach posługujących się bronią przyszłości i kontrolujących czworonożne czołgi siejące zniszczenie w szeregach wroga. Najbardziej zaawansowanym kawałkiem technologii, jakim dysponujemy jest zwykły dron zwiadowczy, który dużo ułatwia, ale którego łatwo zagłuszyć i który nie jest niewykrywalny dla przeciwnika.

Poza tym jest bardzo standardowo – karabin szturmowy, snajperka, granaty odłamkowe, hukowe, miny, C4. Do tego noktowizor i termowizja. Nie znajdziemy tutaj broni eksperymentalnej, egzoszkieletów i tym podobnych. Liczą się przede wszystkim nasze umiejętności, taktyka i praca zespołowa. A i tak pieczołowicie planowaną akcję może szlag trafić, bo akurat przelatywał nad nami helikopter boliwijskiej armii, Unidadu, który wykrył oddział.

Magia wiejskiego życia
Ghost Recon: Wildlands
Miejsce chwalebnej śmierci Macieja Kowalika

Właśnie ta losowość powoduje, że w Wildlandsy gra się tak dobrze. Zresztą w wykonaniu zadania wcale nie musi przeszkodzić nam wrogi patrol; czasem są to dużo bardziej prozaiczne sprawy.

W jednej z misji musiałem wykraść ciężarówkę z lekami z bazy przeciwnika, a ponieważ od Unidadu z reguły lepiej trzymać się z daleka (działają trochę jak policja w GTA – im więcej gwiazdek tym bardziej przerąbane), postanowiłem poczekać z tym do nocy. Dlaczego? Po pierwsze – wtedy trudniej dostrzec Duchy, po drugie – cykl dnia i nocy jest tu kompletny, co oznacza, że przeciwnicy też muszą spać. Skradam się zatem między namiotami, by zdjąć nielicznych wartowników, kiedy nagle pojawia się znacznik wykrycia, który szybko przekształca się w alarm i wezwanie posiłków. Po prostu jeden ze śpiących postanowił wstać za potrzebą.

Właśnie ta losowość powoduje, że w Wildlandsy gra się tak dobrze

Dzięki tym elementom każda akcja wiąże się z ogromną satysfakcją. Tym większą, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, choć poradzenie sobie z komplikacjami potrafi być równie przyjemne. Uczucie, kiedy – wydawałoby się – niemożliwy strzał ze snajperki jednak dosięgnie przeciwnika, a potem szybko udaje się ściągnąć jego wychodzącego zza rogu kolegę jest niesamowite.

Podobnie jak to, kiedy pod koniec misji zostajemy wykryci i, nie mając już nic do stracenia, detonujemy podłożone wcześniej ładunki wybuchowe, licząc na to, że eksplozja odciągnie od nas pościg. Albo kiedy goniący nas ludzie Santa Blanci wpadają na minę, wcześniej zostawioną tam przez nas. Albo kiedy nagle pojawiają się rebelianci, ratując nasz oddział z opresji. Nie dlatego, że są tacy dobrzy – po prostu ściągają na siebie ogień przeciwnika.

Ghost Recon: Wildlands
Po cichutku, na paluszkach

A tak, rebelianci. Otóż nie jesteśmy osamotnieni w walce z kartelem, a skoro boliwijski rząd niespecjalnie pali się do uporania się z Santa Blancą i przewodzącym jej El Sueño, lud postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i pod wodzą niejakiego Paca Katari’ego organizuje ruch oporu. W trakcie gry możemy nawet wykonywać dla nich misje, dzięki którym zyskujemy nowe opcje wsparcia. Tylko szkoda, że poza możliwością zrzucenia pojazdu, kiedy akurat jesteśmy w środku dziczy, na niewiele się zdają.

Dzicz ta natomiast jest przepiękna i widać, że twórcy bardzo przyłożyli się do swojej pracy. Mieli zresztą duże pole do popisu, bo tereny Boliwii to nie tylko pustynie, gęste lasy i wzgórza pełne serpentyn zbyt wąskich dróg, ale i choćby moczary, autostrady łączące mniejsze i większe miasta oraz masywy górskie na południu kraju.

Jest nawet Yungas Road, droga uznana za najniebezpieczniejszą na świecie.

Że ja nie dam rady?! Potrzymaj mi piwo, szwagier!

Wszystko przedstawione w najdrobniejszych szczegółach i po prostu – ładne. Do tego stopnia, że czasem odpuszcza się wykonywanie kolejnych misji, by po prostu polatać helikopterem i podziwiać widoki.

Bez duszy te Duchy

Tylko szkoda, że cała ta sielanka nudzi się po 10, góra kilkunastu godzinach. Misje fabularne szybko stają się powtarzalne – tu uprowadzić pojazd, tam wysadzić coś w powietrze, kiedy indziej kogoś śledzić (i nie dać się wykryć) albo porwać/uratować i przesłuchać. Sama historia też nie powala. Ot, kartel szaleje, a na dodatek brutalnie zamordował kreta z CIA, dlatego Wujek Sam postanowił wysłać elitarny oddział z jedną misją – zrobić El Sueño i każdemu jego poplecznikowi z tyłków jesień średniowiecza. Dowolnymi metodami, w poważaniu mając wszelkie zasady. W końcu oficjalnie Duchów tam nie ma.

Samo w sobie nie brzmi to tak źle, problem w tym, że gra w żaden sposób nie zachęca nas do poznawania kolejnych rozdziałów historii. Podobnie jak do bliższego poznania, o polubieniu nie wspominając, nie zachęcają nas członkowie oddziału. Nie czuć tej więzi, jaka powinna wytworzyć się przez lata wspólnych akcji specjalnych. Nie czuć brzemienia, które każdy z żołnierzy musi dźwigać w związku z braniem udziału w „black opsach”, niejednokrotnie niewiele różniących się od działalności przestępczej, którą mają zwalczać.

Szkoda, że cała ta sielanka nudzi się po 10, góra kilkunastu godzinach

Pamiętacie oddział ze SpecOps: The Line? To byli ludzie z krwi i kości, pełni swoich lęków, niepewności i dylematów moralnych. W Ghost Recon: Wildlands mamy idealne maszyny do zabijania – wypranych z emocji wojowników, którzy tylko od czasu do czasu rzucą jakimś suchym komentarzem, nieudolnie próbując pokazać swe ludzkie oblicze.

Podobnie jest z rebeliantami, którzy niby mają tak ciężko, ale zupełnie tego nie widać. Jeżdżą sobie uzbrojonymi samochodami po okolicy, mają całkiem nieźle wyposażone przyczółki. A misje dla nich są równie powtarzalne, co te fabularne. Gorzej – szybko okazuje się, że ich wykonywanie jest zbędne. Duchy świetnie radzą sobie bez ich pomocy, a po odblokowaniu wszystkich możliwości wsparcia możemy jedynie rozwijać czas ich odnowienia. Bo po co dawać możliwość przyzwania większej liczby partyzantów albo rozszerzyć obszar, na jakim mogą przeprowadzić zwiad?

Kto się Ubi, ten się nudzi

Równie beznamiętny co zadania jest sam świat. Niby piękny, zapełniony miasteczkami i ich mieszkańcami, smętnie pokonującymi pieszo kolejne kilometry dzielące ich do celu. A jednocześnie niemal zupełnie wypranymi z emocji. Jasne, jeśli stojący obok cywila strażnik padnie od strzału z naszej snajperki – ten drugi padnie na kolana, błagając niewidzialną siłę o życie. Ale gdy strzelanina wywiąże się w ruchu ulicznym, kierowcy samochodów grzecznie, niczym w oczekiwaniu na zmianę świateł, poczekają, aż wszystko się skończy.

Ghost Recon: WIldlands
My tu sobie grzecznie poczekamy, aż zabijesz kogo masz zabić

A teraz przypomnijcie sobie, co się stanie, kiedy wystrzelicie na środku zatłoczonego skrzyżowania w którymś GTA…

Grze ewidentnie brakuje też jakiegoś systemu globalnej reakcji na nasze poczynania. Możemy z każdego posterunku czy bazy robić rzeźnię z pomocą pojazdu opancerzonego, ale i tak nie wpłynie to na liczebność patroli, stan gotowości przeciwników czy cokolwiek, co utrudniłoby nam wykonanie zadania.

Najgorsze jednak jest to wszędobylskie zbieractwo. Chcesz mieć lepszy celownik? To myk w helikopter (najlepszy środek transportu w grze) i leć na drugi, pusty, koniec mapy, bo akurat tam jest skrzynka. A może chciałbyś celniej strzelać? Nie ma problemu – kosztuje to dwa punkty umiejętności i 50 litrów paliwa. Na mapie zaznaczyliśmy ci, gdzie znajdziesz jedno i drugie.

Kolegi nie da się postrzelić, ale można go wysadzić w powietrze

Brzmi znajomo? Niestety, mimo usilnych starań, Wildlands to nic innego jak sprytnie zamaskowany „ubigame”. Wykonuj misje fabularne, a między nimi zbieraj każdy złom, jaki ci się napatoczy. A wszystko w bardzo powtarzalny, szybko nudzący się sposób. Szkoda, bo przez to łatwo zniechęcić się do w gruncie rzeczy dobrej, mającej solidne podstawy, gry. Szczególnie jeśli chodzi o rozwój postaci, bo na przykład ulepszony dron otwiera zupełnie nowe możliwości wykonywania zadań, podobnie jak dodatkowy ekwipunek.

Do tego tanga zdecydowanie trzeba dwojga

A najlepiej czworga, bo kiedy sterowanych przez SI kompanów zamienimy na takich z krwi i kości, wszystkie bolączki Ghost Recona schodzą na dalszy, dużo dalszy, plan. Choć boty są w miarę kompetentne, a ograniczone możliwości wydawania im rozkazów w większości przypadków wystarczają, nie dadzą nam one tego, co żywi towarzysze – klimatu.

Wspólna gra powoduje, że nawet najnudniejsze i najbardziej powtarzalne czynności, których w Wildlandsach pełno, zmieniają się w świetną zabawę. W końcu możliwa staje się prawdziwie taktyczna gra, bez botów ślepo podążających za graczem i z opcją wydawania konkretnych, rozbudowanych rozkazów.

Pamiętacie materiał promocyjny, w którym jeden z graczy został wysadzony ze śmigłowca na wzgórzu i jako snajper osłaniał kolegę infiltrującego więzienie kartelu? Jest to jak najbardziej możliwe, a nawet wskazane, bo wiele misji można w ten sposób przejść łatwiej i szybciej.

Wspólna gra powoduje, że nawet najnudniejsze czynności zmieniają się w świetną zabawę

Miałem sytuację, co ciekawe z losowo dobranymi graczami, gdzie jeden faktycznie robił za snajpera, dwóch po cichu przekradało się przez większy posterunek wroga, a czwarty oznaczał cele dronem z pobliskich krzaków. Kiedy indziej, grając już z Pawłem i Maciem, musieliśmy wykraść samochód należący do jakiejś kartelowej szychy. Plan był taki, że wejdziemy po cichu, ale któryś z nas został wykryty. Jednak nic straconego, bo kiedy chłopcy byli przerabiani na sitka, ja szybko wbiegłem do garażu i wyjechałem autem.

Takich akcji jest mnóstwo i w pewnym momencie można zapomnieć, że jest się w grze. Szczególnie przy zgranej, wczuwającej się ekipie. Niestety zwykle wtedy Ghost Recon brutalnie przypomina, że jednak grą jest. Jak na przykład wtedy, gdy wszyscy zginęliśmy, zakradając się do bazy Unidadu, by odrodzić się paręset metrów od niej. Już pustej, bo cała jej obsada biegała po okolicznych polach, szukając oddziału. Poza dowódcą (naszym celem), który w najlepsze plotkował sobie przez telefon na balkonie. Zupełnie, jakby nic się nie stało.

Pomściłem naczelnego!

Błędy te nie rzutują na szczęście na odbiór całej kooperacji, podobnie jak sporadyczne „zwiechy” sztucznej inteligencji, która potrafi zapomnieć wezwać posiłków (na najwyższym poziomie trudności) czy kieruje przeciwników wprost pod lufy Duchów. Po prostu – w grupie nadal gra się świetnie.

Jednak z tarczą

Ghost Recon: Wildlands to jeszcze jeden problem – jak właściwie tę grę oceniać? Rozbijanie jej na czynniki pierwsze nie ma sensu, bo wtedy mamy kapitalny coop i, w najlepszym wypadku, bardzo przeciętnego single’a. Takiego, w którym biegamy bez sensu zbierając kolejne zasoby i niczym w Mafii III – najpierw wykonujemy kilka misji pobocznych, by w końcu dotrzeć do głównego złego prowincji. I konia z rzędem temu, komu będzie chciało się poświęcać kilkadziesiąt godzin na robienie wszystkiego samemu.

Czy w takim razie patrzeć na wszystko jak na całość? Też nie do końca, bo czy takiego Battlefielda oceniamy przez pryzmat kampanii dla jednego gracza? Tam liczy się multi i dokładnie tak samo jest w Ghost Reconie. Zresztą Ubisoft nigdy nie krył się z tym, do jakiej rozgrywki projektowana była ta gra.

Trzeba jednak zaznaczyć, że nie jest to „The Division na wsi”. Nie uświadczymy tutaj kolekcjonowania każdego elementu ekwipunku, który dodatkowo wpływa na statystyki. Nie ma wspólnych raidów, które trzeba powtarzać by zdobyć wymarzone spodnie. Nie uświadczymy deathmatcha ani super wrogów. Strzał w głowę zabija na miejscu i nie ma znaczenia, czy jest to zwykły wojak, porucznik Santa Blanci czy… któryś z Duchów. Gdyby tylko dało się zamienić system zbierania zasobów na taki klasyczny, z punktami doświadczenia. Wtedy wspólna rozgrywka byłaby jeszcze lepsza.

Ghost Recon: Wildlands
Kolejny dzień, kolejni niewinni ludzie uratowani przed kartelem

A właśnie przy wspólnej zabawie Duchy zyskują… duszę. Dostajemy niemal nieograniczone możliwości podchodzenia do kolejnych zadań, a nawet te podstawowe potrafią sprawić wiele frajdy. Dlatego w Ghost Recon: Wildlands zagrać warto, ale tylko pod warunkiem, że znajdziemy ekipę chętną na wspólne przemierzanie Boliwii.

ZAGRAĆ?
WARTO
4.0

  1. 12:26 15.03.2017
    Finear

    >Strzał w głowę zabija na miejscu i nie ma znaczenia, czy jest to zwykły wojak, porucznik Santa Blanci czy… któryś z Duchów

    To.

    w division to był dealbreaker cała reszta gry mogła byc 11/10 ale bulletsponge jest koszmarnie irytujace tym bardziej w grze która ma w miare realistyczny setting

    Ukryj odpowiedzi()
  2. 12:37 15.03.2017
    simpson

    w 2 osoby też można się pobawić, czy potrzeba więcej?

    Ukryj odpowiedzi()
  3. 13:19 15.03.2017
    Redemptor

    Gra w singlu też jest świetna. Nie lubię grać online c w coopie, bo mam zawsze lepszą wczuwkę samemu. Tutaj boty nie przeszkadzają. Są autentycznie duchami lecz bardzo przydatnymi kiedy potrzeba. Więc mówienie o tym, ze to gra raczej tylko dla coopna jest bzdurą. Wile ludzie będzie w to grało w pojedynkę, bo jeśli ktoś nie cierpi na chorobę sierocą to najzwyczajniej gra się tak też świetnie.

    Ukryj odpowiedzi()
    • archigame
      13:23 15.03.2017
      archigame

      Wiesz. Można też robić tak, że zadania fabularne robisz samemu, a cały ten syf i dodatkowe czynności wykonujesz z kimś innym. Bywa naprawdę spoko! Jeżeli o mnie chodzi, gra jest naprawdę dobra (i ładna), i jedyne co mi przeszkadza to konieczność zbierania tych zasobów. Nie przeszkadza mi konieczność zbierania medali czy nowego uzbrojenia, ale oznaczanie tego całego syfu tylko wydłuża rozgrywkę, która i tak jest długa.

    • Bartosz Stodolny
      14:08 15.03.2017
      Bartosz Stodolny

      To fajnie, że potrafisz dobrze bawić się samemu. Dla mnie pierwsze godziny w pojedynkę też były spoko, ale z czasem gra stała się powtarzalna do bólu.

      Ukryj odpowiedzi()
    • 14:38 15.03.2017
      el.kocyk

      mam wrazenie ze w singlu jest za latwo jak sie uzywa sync shota. 3 kille na raz I w 3 minuty wyczyscimy nawet najwiekszy oboz (na normalu)

      Ukryj odpowiedzi()
  4. 14:52 15.03.2017
    szemko1982

    Serce mi krwawi przy czepianiu się i wyszukiwaniu błędów na siłę w tak dobrej grze…. ;D Gra tylko dla co-op ? Błagam…
    Możecie uznać że przesadzam ale dla mnie gra mocna 9/10. Wiadomo są jakieś błędy ale przy tym klimacie, grafice, gameplay’u wszystko zostaje wybaczone. Nawet przy graniu solo (nie mam czasu mam żonę, psa, dzieci i rybki w akwarium) zabawa jest przednia. Potrafię leżeć w krzakach po kilka/kilkanaście minut i czekać na odpowiedni moment do strzału i słowa wypowiedziane w istnie amerykańskim stylu po odstrzale złego typa „he’s history” są obłędne ! Jestem typem nerwicowca a przy tej grze cierpliwość i powolny gameplay mnie po prostu kupił. Grafika w grze powoduje że po prostu biegnąć po kilkanaście minut nie czuje potrzeby szybkiej podróży, Chce cieszyć oczy i wczuwać się w klimat ;D Naprawdę żadna gra tak mnie nie kupiła – i mam w dupie opinie na temat powtarzalności misji i po czasie monotonii. To wszystko zależy jak pod grę podjedziemy. Ogólnie nie wiem czego ludzie oczekują po fabule : że jeden z duchów zakocha się w lamie i będą starać się o pełnoprawny związek ? W realnym świecie chłopaki z oddziałów specjalnych zapewne robią to samo – czyszczą świat z brudów (włam się, ukradnij, przechwyć, zniszcz itd.) Gra jest mistrzostwem a jak Ubi jeszcze pracuje nad szlifierką to chylę czoło. Granie w co-opa ma sens jak ma się ekipę stałą ze słuchawkami na uszach. Tyle w temacie. SOLO JEST OK I NIE LĘKAJCIE SIĘ TEGO. Wiem że żyjemy w kraju absurdu ale tyle błędów sie wyszukaliście w takiej grze ? ! Sorki za wylewny kom. ale czułem potrzebę ;D

  5. 17:43 15.03.2017
    soulsonist

    na kupce wstydu JC 3 jeszcze lezy a tu juz Wildlands kusi… poczekam, niech kurz opadnie i zobaczymy czy tak jak Bartek podpowiada gra zacznie sie nudzic ludziom po 10 godzinach a wtedy oceny pojda w dol i zobaczymy prawdziwa twarz tej ubigry.

  6. 17:56 15.03.2017
    Redemptor

    Gram na najwyższym poziomie trudności w singlu. na nudę nie ma czasu :).