Zmien skórke
Logo Polygamii

PolecamyGhost in the Shell – recenzja filmu. Scarlett Adaptasson

„Gdy raz zaczniesz wątpić, nie przestaniesz już nigdy”.

Facebook Twitter Google Wykop

Jeżeli coś w Hollywood jest obecnie pewne, to kolejny Marvel za rogiem oraz remaki. A gdy już zaczynamy czuć komfort, że przecież odświeżone zostały już wszystkie legendy, świat filmów zawsze wykopuje kolejną świętość. Nie chciałbym być w skórze Ruperta Sandersa, gdy społeczeństwo wiecznych bojowników o wyższość anime nad amerykańskimi produkcjami dowiedziało się o jego „Ghost in the Shell” albo gdy w głównej roli obsadzona została Scarlett Johansson, a nie jakaś, wiecie, dziesięciokrotnie mniej przyciągająca do kin Japonka. Bo to awantura na sto gwizdków niezależnie od końcowego efektu. Jeszcze, nie daj Boże, okazałoby się finalnie, że nowy „Duch” woli wprowadzić jakieś nowe wywijasy do arcydzieła Mamoru Oshiiego. Na tysiąc gwizdków, mówię Wam.

Niemniej taka cena brania się za bary z pozycją, która w nosie ma standardową strukturę filmu, lubi statyczne ujęcia z filozoficznymi dialogami, naturalistycznie oddaje przemoc, a protagonistkę preferuje w dress codzie rodem z prywatki w biblijnym Edenie. Oryginał to niewdzięczny materiał do megahitowego przekładu. Ponadto o wiele za krótki, nawet jeśli wszelkie stylowe kadry przedłuża do granic możliwości. Bez modyfikacji, i to modyfikacji większego kalibru, „Ghost in the Shell” w wersji „chodźmy na ten nowy film, gdzie Scarlett bije” nie byłoby możliwe. Pozbądźmy się złudzeń, a życie będzie łatwiejsze. Uczestnikom internetowej krucjaty przeciw „białemu praniu” w tym momencie dziękuję, bo ostatecznie „Duch” źle nie wyszedł. Ale tych, którzy dostają drgawek na samo brzmienie słowa „anime”, muszę zaniepokoić – bez powrotu do źródeł nie zrozumiecie fenomenu tej dwudziestodwuletniej produkcji.

Nie chciałbym być w skórze Ruperta Sandersa, gdy społeczeństwo wiecznych bojowników o wyższość anime dowiedziało się o jego „Ghost in the Shell”

Sanders zrezygnował z czołobitnej adaptacji klasyka. Na pierwszy rzut oka podąża tym samym wątkiem – zabójcza pani cyborg na rządowej pensji wpada na trop wybitnego hakera (dlaczego Kuze w miejsce Mistrza Marionetek?), dzięki któremu zada sobie kilka pytań o istotę człowieczeństwa. Niektóre – słowo to pragnę podkreślić – niektóre sceny zostaną odtworzone jeden do jednego (przede wszystkim mój ukochany pościg w slumsach), ale w innej kolejności oraz z odmiennego powodu. Najważniejsza wariacja zaczyna się już w rysach postaci wiodącej. Major z anime jest przede wszystkim cyborgiem, nawet jeśli pod wymiennymi blachami kryje się rzeczywisty, wciąż działający mózg. Major z filmu powinna być cyborgiem, ale nie potrafi zapomnieć o ludzkiej przeszłości – pod postacią glitchy wracają do niej wspomnienia z „pierwszego” życia. Gdy zatem ta pierwsza zaintrygowana była hakerem z pobudek filozoficznych, ta druga najbardziej pragnie „odzyskać siebie”.

Wiąże się to z innym rozwojem scenariusza i, rzecz jasna, dość heretyckim zwieńczeniem, którego zdradzić tutaj nie mogę. Wspomnę tylko o robo-pająku, bo budzi w widzach jakąś niezrozumiałą dla mnie wesołość, a przecież z takowym w anime Major także musiała stanąć do nierównej walki. Krytyka powinna się skupić raczej na beznadziejnie rozrysowanym głównym złym. Ale może tylko ja powtarzałem oryginał przed tym seansem. „Ludzka” odsłona bohaterki Scarlett oznacza więcej intymnych scen – jak ta, w której z namaszczeniem ogląda niedoskonałości skóry wynajętej prostytutki – oraz inne relacje z resztą obsady. Filmowy Batou (Pilou Asbaek) nadal walczy z testosteronem, ale to dobry chłopak (bo przecież karmi bezdomne pieski), zawsze skory do pomocy. Etycznie dwuznaczna doktor Ouelet (w sumie zmarnowana Juliette Binoche), dzięki której Major istnieje w obecnej formie, stanie przed wyborem między rolą matki a obowiązkami naukowca. W szefa Sekcji 9. wciela się zaś Takeshi Kitano. I tak, to wystarczy. Sam fakt, że udało się go zwerbować, szczególnie z taką fryzurą, mi odpowiada. Zastanawialiście się, czy Sanders wyciągnie z niego choć zdanie po angielsku?

W efekcie dostajemy twór „stojący blisko”, ale nie pełnoprawną adaptację. Dużo grzeczniejszy, bardziej poukładany, zwyczajnie rozpisany na trzy akty i – a co się będziemy – głupszy. „Ghost” wykorzystuje wiele ogranych elementów ze świata filmu, które anime zupełnie ignorowało, do tego boi się najbardziej rozpoznawalnych zagrywek ze swojego źródła. W miarę postępu akcji coraz mniejsze znaczenie ma już, o co tak naprawdę chodzi, coraz większe zaś, jak ślicznie można to przedstawić. Zwolennicy współczesnego kina akcji muszą jednak przygotować się na staromodny podziw do zwolnionego tempa, co w erze współczesnych technosensacji trąci już myszką. Chociaż rozumiem – mieli Scarlett Johansson. Swoją drogą, czy to nie dziwne, że cyborg stworzony do roli maszyny wojennej ma tak wielkie… atrybuty?

Amerykański „Duch” jest dużo lżejszy w odbiorze, więc widz może skupić się na tym, co bez wątpienia wyszło kapitalnie

Sanders nie traktuje jednak swojej (a dokładnie napisanej mu) historii jak Biblii, dzięki czemu właśnie tak naprawdę nie zawodzi. Amerykański „Duch” jest dużo lżejszy w odbiorze, więc widz może skupić się na tym, co bez wątpienia wyszło kapitalnie. Futurystyczne miasto, tak bliskie temu z oryginału, a jednocześnie dodające wystarczająco wiele świeżych fajerwerków, by odkrywać je na nowo. Gigantyczne hologramy zasłaniające całe budynki będą mi się śniły podczas tych lżejszych mentalnie nocy. Fanom słuchania filmów wystarczy zaś napisać nazwisko kompozytora. Clint Mansell raczej nigdy nie zawiódł. Niestety (bo w przypadku takiego tytułu nie możemy tego pojmować jako zaletę) – gdy odrobinę wygasi się mózg, całość robi dużo lepsze wrażenie.

Rozumiem wszystkie strony barykady w wielkim sporze o tę produkcję. Pierwowzór, choć rewelacyjny, nigdy nie był u mnie na ołtarzu – może dlatego po wyjściu z kina nie rozpaliłem pochodni. Nowy „Ghost in the Shell” ma w sobie wystarczająco, by zwolennik anime mógł go spróbować (wiadomo, z przymrużeniem oka), ma też w sam raz dla osób zupełnie z zewnątrz. Bo jeśli wyznawcy Oshiiego myśleli, że Hollywood robi swoje widowisko dla nich, byli w niemałym błędzie. To znośny przekład, który powinien jeszcze mocniej rozszerzyć grono wtajemniczonych. Uwierzcie mi, że mogło skończyć się dużo, dużo, dużo gorzej. A tymczasem ofiar nie widziałem.

Adam Piechota

  1. lukaszsa
    12:57 07.04.2017
    lukaszsa

    Dla fanów oryginalnego stanowczo niepolecam – to taki mocno splycony oryginal z gorsza fabula. Dla ludzi szukajacych fajnego sci-fi polecam nie jest to najwyzsza jakosc ale jest ok 6/10.

  2. 16:37 07.04.2017
    Nikodemsky

    „Mogło być gorzej” dla mnie zawsze było bardzo słabym argumentem. Czy kinowy Dragon Ball był tym „dnem”, który zaliczył Holywood przy zbezczeszczeniu animowanego wspomnienia schyłku lat 90-tych, który skończył jako zwykła pomyja i obiekt kpin ? – w tamtym przypadku nie interesowały mnie tłumaczenia reżysera, ani producentów, tak samo w tym przypadku – to był skok na kasę, marka jest znana i nie potrzebuje żadnej reklamy, akronim GITS kojarzy się każdemu, kto ma trochę więcej lat na karku, niż tegoroczni gimnazjaliści.

    Nie wątpię – Ghost in the Shell na pewno był tytułem bardzo trudnym do kinowej adaptacji z żywymi aktorami ba! ja za pierwszym razem oryginału, ani tym bardziej części drugiej praktycznie nie zrozumiałem i musiało mi przybyć lat, żeby móc przełknąć tę ideologię. Nie mniej spłycanie całości, żeby dogodzić każdemu było krokiem zwyczajnie słabym – robi się to coraz częściej i dziwi mnie, że po tylu wpadkach finansowych nadal się pielęgnuje takie praktyki.

    Autor recenzji wspomina o niezłej wizji cyberpunkowego miasta – jak najbardziej chętnie zobaczyłbym sobie takie coś ale bardziej w formie filmu krótkometrażowego, aniżeli prawie dwugodzinnego filmu, który zraziłby mnie do zachodniej wizji przyszłości. To się da zrobić dobrze – wystarczy posłuchać autora systemu Cyberpunk 2020. Dwa – proponuję obejrzeć kadry panoramy miasta z oryginalnego GITSa i drugiej części – te naprawdę zapierały dech w piersiach i nie były tylko dodatkiem do filmu, który „był fajny” ale były jego częścią – ukazywały chaos ciężki do pojęcia dla przeciętnego człowieka ale jednocześnie płynącą harmonię, która pojawia się przy rozwoju technologicznym i braku zahamowań człowieka do rozwoju poza granice.

    Reżysera nie nabijałbym na pal ale na pewno wytatuowałbym karnego k*tasa na czole, żeby codziennie rano patrząc w lustro przypominał sobie, że zabieranie się za coś, o czym nie ma się do końca pojęcia jest złym pomysłem.

    „Znośne” mogą być przeciętne filmy akcji – i niech tam sobie pchają śmietanki aktorskie, natomiast perełki niech zostawią w spokoju, jeśli za ekranizacją kryje się tylko i wyłącznie chęć zarobienia pieniądza oraz brak pomysłu na coś lepszego.

  3. ZeusEx
    17:35 07.04.2017
    ZeusEx

    Muszę przyznać, że dwa razy poczułem na tym filmie spore zażenowanie :/

    Ja rozumiem, że zagadka źródła świadomości, do dziś niewyjaśniona, przerosła twórców, a także w ich mniemaniu przerosła odbiorców filmu więc zamiast tego zdecydowali się zerżnąć co nieco z filmów o Jamesonie Bourne czyli „nie wiem kim jestem, zabrali mi pamięć, ale się dowiem i ich ukarzę”. Ale już musiałem zrobić facepalm i wyciągnąć ręce w niebiosa, kiedy naczelne motto filmu, notabene infantylne, zostało zerżnięte żywcem z filmów o Batmanie Nolana. „It’s what you do that defines you” – pamiętacie? Żeby było jeszcze bardziej żenująco kontekst w którym GitS osadza ten trywializm sprawia, że staje się on całkowicie nielogiczny. Poucza widza, że nie wspomnienia decydują o jednostce, tylko jej czyny. To ja się pytam z czego wynikają czyny jednostki, jak nie z jej tożsamości, na którą w dużej mierze składaja się wspomnienia? Naczelne motto, skradzione i podane w patetycznym tonie zaprzecza samo sobie. Film wizualnie świetny ale martwica mózgu x1000.

    Ukryj odpowiedzi()
    • ZeusEx
      17:44 07.04.2017
      ZeusEx

      PS. Nie wiem czy wynika to jasno z mojej wypowiedzi ale jestem wielkim fanem oryginalnego anime, które obejrzałem mając lat około 14 na vhs i do dziś pamiętam tamto wrażenie na napisach końcowych, jakby mnie piorun strzelił. Co do adaptacji filmowej wielkich nadzieji na miałem (Hollywood) ale to co zrobili z fabułą … Już byłoby lepiej dla filmu, gdyby w całości zdecydował się pójść w stronę kina akcji, zamiast serwować naprędce skleconą infantylną bzdurę o tożsamości.

  4. Jellycrusher
    10:59 08.04.2017
    Jellycrusher

    Dla mnie Johansson nie jest atutem, a wadą tego filmu. I to wcale nie przez „whitewashing” (poprawność idiotyczną mam nieodmiennie w d*.*), tylko dlatego, że IMHO ma zwyczajnie brzydką gębę.
    Należy zrozumieć jedno – już od bardzo dawna, o ile nie od samego początku, większość filmów hollywoodzkich to nie dzieła, a jedynie produkty. Produkty, których celem jest wyciągnięcie z widzów, nierzadko z naiwnych widzów zrobionych w konia oszukańczą kampanią reklamową, jak największej kasy. Czasem Hollywood urodzi dzieło, ale najczęściej zupełnie przypadkiem i wtedy, gdy reżyser nie ma zamiaru zrobić blokbastera. Bardzo często takie dzieło robi klapę finansową (vide „Blade Runner”) i dopiero po latach reakcja widzów nieotumanionych marketingowym gównem dowodzi jego wartości. Adaptacje sprawdzają się tu wyjątkowo źle, po „Dwóch wieżach” przestałem je oglądać, jedynie przypadkiem trafiłem do kina na pierwszą część Hobbita (i nawet wzbudził moje nadzieje na dojrzalsze potraktowanie tematu, ale cyrkowo-groteskowa gonitwa w mieście goblinów rozwiała je całkowicie).

  5. chyzwar
    15:40 08.04.2017
    chyzwar

    Dla mnie lepsze niż anime (które swoją drogą ostatni raz oglądałem lata temu, więc nie pamiętam za bardzo), chociaż z łopatologią nieco przesadzili. No ale Scarlett!

  6. 20:57 08.04.2017
    TCS-

    Na początek, żeby nie było, jestem fanem oryginalnego GiTS. Cieszę się, że jest takie dzieło, które jest wymagające intelektualnie, itd. itp. Wszyscy fani znają zalety oryginału, ale nie o tym.

    Nie rozumiem trochę ataków na ten film. To Hollywood – dostaliśmy naprawdę wspaniałe efekty specjalne i klimat zbliżony do oryginału. Oglądało mi się ten film bardzo przyjemnie, może dlatego, że mam dystans do świata i rozumiem, jak on działa.

    Rozumiem uproszczenia fabularne – ten film miał budżet 110 mln USD, z kosztami marketingowymi podbity pewnie jeszcze wyżej. Uzasadniony znakomitymi efektami specjalnymi, pietyzmem o detale wizualne, wspaniała pracą operatorów kamer i dobrymi aktorami. Żeby się zwrócił muszą na niego pójść nie tylko super fani GiTS i anime, musi dotrzeć szerzej – zmiany w fabule są uzasadnione, żeby tego dokonać.

    Naprawdę reżyser, producent, ekipa filmowa dali radę – to jest b. dobry film, który nie miał szczęścia do prasy. 7/10 jak się nastawi pozytywnie.
    Wielkich ocen spodziewam się po debiutach – nowych filmach, a nie swoistych hołdach dla tych pierwszych.

    Ukryj odpowiedzi()
    • ZeusEx
      08:44 09.04.2017
      ZeusEx

      Generalnie masz rację i z tego, co czytam nawet fani Ghosta nie nastawiali się na niewiadomo co. Piszesz o świetnych efektach i oprawie wizualnej ale właśnie dlatego tego filmu naprawdę szkoda. Bo wszystko to zostało zmarnowane infantylną i wtórną fabułą. Mógł być film 9/10 a wyszedł 6 w porywach 7/10. Poza tym jak się ogląda te amerykańskie filmy to po kilku latach można naprawdę zmęczyć się, tym, że traktują widza jak idiotę. A że można zrobić świetne hollywoodzkie kino klasy A i zarazem niegłupie, udowadniają twórcy pokroju Davida Finchera.

  7. 22:06 08.04.2017
    Valth

    Zastanawia mnie tylko jak taki tytuł do reżyserii może dostać koleś, który nakręcił wcześniej jeden pełnometrażowy film (oceniany aktualnie na 6.1 na imdb) a jego największym sukcesem była reklama gry (wg Wikipedii). Scenarzyści też bez szału.

    Ukryj odpowiedzi()
    • ZeusEx
      08:47 09.04.2017
      ZeusEx

      Często zatrudnia się reżyserów klasy B, bez własnej wizji i polotu, żeby posłusznie wykonywali polecenia producentów, bo to oni dają pieniądze i mają najwięcej do powiedzenia. Chcą zwrotu inwestycji. Tak to działa w Hollywood.