Zmien skórke
Logo Polygamii

RecenzjeFirewatch – recenzja. Z kamerą wśród samotników

Początek roku jest silny w ambitne indyki, które przebijają swoim kierunkiem artystycznym i fabułą niejedne głośne, dobre tytuły AAA. That Dragon, Cancer, Oxenfree… Firewatch w tym doborowym towarzystwie nie ma czego się wstydzić.

Firewatch

Jestem ciekaw, czy ktoś kto nie przepada za naturą, za gapieniem się na taflę wody, podziwianiem kolorów nieba i spacerowaniem bez celu po lesie, polubi Firewatch. Bo gra studia Campo Santo to taka wirtualna wyprawa w dzicz, z całą paletą doznań z tym związanych: pięknymi widokami, kojącą ciszą, czasem na refleksje i radosne „nicnierobienie”… Są momenty, kiedy chłoniemy spokój Wyoming i nie potrzebujemy wiele więcej do szczęścia. Nie brakuje chwil, gdy po prostu się szwendamy. Zdarza się też szczypta leniwej nudy. Ale bez obaw – wtedy do akcji wkracza Delilah i nieprzewidywalna fabuła.

Każdy kto bierze tę robotę, przed czymś ucieka

Kim jest Delilah? Jedyną żywą duszą, z którą mamy kontakt. I naszą zwierzchniczką, wcielamy się bowiem w Henry’ego – rozbitego mężczyznę, który w ramach ucieczki przed poczuciem winy obejmuje posadę stróża mającego wypatrywać niebezpieczeństw pożarowych w sercu głuszy Wyoming (konkretniej: w Parku Narodowym Yellowstone). Już ten motyw zasygnalizuje każdemu, że mamy do czynienia z niestandardową dla gier historią, gdzie akcja ustępuje miejsca wyciszeniu; niememu rachunkowi sumienia, którego tłem są bezkresne lasy, wzgórza, pola i trasy koncertowe ptaków.

Łatwo tutaj o skojarzenia z opartym na faktach „Into the wild” opisującym losy Chrisa McCandlessa zrywającego kontakt z cywilizacją na rzecz spokoju i jedności z naturą. I choć Henry’emu daleko do bohatera tego filmu – nie przybywa do puszczy z powodu ideałów i niechęci wobec szeroko pojętego systemu, tylko by schować się przed widmem prywatnych dramatów – łączy ich ta sama ufność w siłę natury. Ufność, która procentuje spokojną, urokliwą atmosferą Firewatch.

W dziczy siedzimy sami, a Delilah znamy tylko przez kontakt radiowy. Nie przeszkadza nam to jednak w przywiązaniu się do kobiety i wypełnianiu rozmową dziesiątek powolnych, odartych z pędu dni. Relacja ze zwierzchniczką, która szybko przeradza się w dziwaczną, wiedzioną samym głosem przyjaźń, jest główną osią gry. Na wybieraniu opcji dialogowych, zgłaszaniu Delilah każdej napotkanej pierdoły i budowaniu z nią więzi skupi się lwia część rozgrywki.

Relacja ze zwierzchniczką, która szybko przeradza się w dziwaczną, wiedzioną samym głosem przyjaźń, jest główną osią gry

Firewatch

I bardzo dobrze – zarówno Henry, jak i Delilah, doczekali się świetnych aktorów i jeszcze lepszych kwestii dialogowych. Gra skrzy od humoru, inteligentnych docinek i chemii wiążącej bohaterów. Pierwsze słowa Delilah trafiają w sedno: przed czym uciekasz?, pyta dziewczyna. Każdy kto bierze tę robotę, przed czymś ucieka. Wie, co mówi. Choć sprawia wrażenie pewnej siebie, wygadanej i zabawnej osoby, cyniczna nuta wybrzmiewa co i raz, sugerując, że Delilah nie różni się od innych pracowników Parku Narodowego Yellowstone. Też przed czymś ucieka. I dowiemy się, oczywiście, przed czym.

Nie oznacza to jednak, że Firewatch jest tylko włóczeniem się po lasach i gadaniem o czterech literach Maryny z jakąś laską oddaloną od nas wzgórzami i kilometrami głuszy. Gra oferuje też historię, której największą siłą jest to, że kompletnie nie wiemy, czego od niej oczekiwać. Na terenie podlegającym naszej jurysdykcji dzieją się nieco dziwne rzeczy. Potem te nieco dziwne rzeczy zamieniają się w czystej krwi dziwactwa. Z początku nie mamy pojęcia, jak je wytłumaczyć. Zastanawiamy się, czy mamy do czynienia ze zbiegiem okoliczności, psychopatą, majakami, UFO czy nawiedzonym parkiem, a scenariusz bardzo umiejętnie dozuje nam informacje. Ale im głębiej w – nomen omen – las, tym więcej odpowiedzi dostajemy. I nowych pytań. Czuć tutaj kunszt deweloperów, którzy wcześniej pisali pierwszy sezon The Walking Dead od Telltale.

Historia jest świetnie rozpisana i trzyma w napięciu, a przede wszystkim w najczystszym zaciekawieniu: o co tutaj może chodzić?, zastanawiamy się przez całą grę wespół z Henrym i Delilah. Do czego to zmierza? A scenarzyści wiedzą, jak się nami bawić, jak mylić tropy i wodzić za nos. I powiem Wam, że rozwiązanie intrygi mnie usatysfakcjonowało; niestety, choć bardzo bym chciał, nie mogę opisać dlaczego, bo nawet jedno słowo byłoby psującym wrażenia spoilerem. Zaufajcie jednak twórcom. Wiedzą, co robią.

Leśne skrzyżowania i krzaczaste korytarze

Próbując rozwikłać intrygę i zbudować relację z Delilah, pozwiedzamy oczywiście głuszę Wyoming. Nie spodziewajcie się jednak za dużo czystej rozgrywki. Znowu otrzymujemy klasyczny (czy to już moment, w którym gatunek rozwinął się na tyle, by mówić o klasyce?) „symulator chodzenia” czy interaktywny film – jak zwał, tak zwał. Nie uświadczymy żadnych zagadek logicznych, wyzwania sprowadzą się do naciśnięnia od czasu do czasu tego czy innego guzika. Największą trudnością może być niekiedy zlokalizowanie elementu, z którym należy wejść w interakcję – miałem dwa czy trzy irytujące momenty, gdy włóczyłem się o wiele za długo po lokacji, najeżdżając już wzrokiem Henry’ego na każde możliwe drzewko, kamyk i złamaną gałąź. To nie były fajne chwile i zastanawiam się, czy więcej tutaj winy we mnie i mojej spostrzegawczości, czy może jednak projekcie zadań. Z raz zdarzyło mi się też zabłądzić. Nie myślcie jednak, że z powodu wielkiego, otwartego świata…

Firewatch

Historia jest świetnie rozpisana i trzyma w napięciu, a przede wszystkim w najczystszym zaciekawieniu: o co tutaj może chodzić?, zastanawiamy się przez całą grę wespół z Henrym i Delilah. Do czego to zmierza?

Konstrukcja obszaru, jaki dostajemy do dyspozycji, jest największą z nielicznych wad Firewatch. Niby jesteśmy w dziczy, ale jest to zadziwiająco korytarzowa dzicz. Chodzimy tylko wytyczonymi szlakami i może nawet nie byłoby to takie dotkliwe, gdyby nie fakt, że zboczyć z kursu często nie pozwalają nam niewidzalne ściany, krzaki z marmuru, śmiertelnie niebezpieczne kamienie czy leżąca na ziemi, podstępna kłoda. Sabotuje to trochę poczucie obcowania z prawdziwą głuszą oddaloną od jakiejkolwiek cywilizacji, bo gracz absolutnie nie jest, choćby w najmniejszym stopniu, wolny.

Problem ten dotyka też w pewnym momencie fabuły – Henry musi wykonać kilka niepotrzebnie skomplikowanych kursów w celu sforsowania przejścia. Nie byłoby w tym problemu, gdyby nie fakt, że miejsce, do którego próbujemy się dostać, jest bardzo łatwo dostępne w inny, trywialny sposób. Gra nie tłumaczy nam jednak, dlaczego nie możemy obejść tak blokady – pewnie dlatego, że wytłumaczenia zwyczajnie nie ma. Wytłumaczenie brzmi: bo tak. Bo musisz mieć co robić w innych częściach mapy. Niejedno czoło może zmarszczyć się w tym momencie, niejedna imersja może zostać zaburzona. Podobnie bezsensowna jest niemożność przechodzenia nad niektórymi gałęziami – zamiast podnieść nieco wyżej nogę, Henry musi obejść badyla.

Świat Firewatch nie jest duży i może nie kłułoby to specjalnie w oczy, gdyby nie wspomniana wyżej korytarzowa formuła. Przez to cały majestat dziczy zostaje silnie zredukowany. Udostępniony fragment bezludzia Wyoming zamienia się w kilka skrzyżowań, placów i wąskich ścieżek. Dostajemy kompas i mapę, ale tego pierwszego raczej nie potrzebujemy, a drugie owszem, przydaje się, ale jednocześnie jeszcze bardziej podkreśla sieć zaprojektowanych korytarzy. Nie ma tutaj mowy o Kholat, w którym mapa pozbawiona była zbawiennego punkcika „TU JESTEŚ”, a w świecie gry naprawdę szło czasem zabłądzić. Tutaj element survivalu i bycia intruzem w potężnej puszczy zredukowany jest do minimum. Trochę szkoda, bo mogłoby to urozmaicić oszczędną rozgrywkę i jednocześnie znacząco pogłębić imersję.

Firewatch

Silnik głuszy

Gra przy dwóch okazjach uszczypnęła mnie też w inny sposób. Raz tak usilnie próbowałem przebić się przez sztywny gąszcz krzaków, że aż wreszcie mi się udało i wypadłem ze świata gry, zostawiając powierzchnię Wyoming gdzieś nad sobą. Musiałem ratować się wczytaniem gry. Innym razem gra niespodziewanie się zawiesiła (grałem na PlayStation 4).

Dobra wiadomość jest taka, że na tym kończą się już wady Firewatch.

Opisana wyżej ciasna dzicz może nie powalać rozmachem, ale z pewnością nadrabia urodą i klimatem. Firewatch zbudowano w nieco kreskówkowym stylu graficznym pełnym klockowatych kształtów i pastelowych, przyjemnych barw. Spacerując po parku narodowym, poczujecie się jak turyści, gdy będziecie cykać fotkę za fotką. Pięknych, kojących krajobrazów jest tutaj cała masa, a zachwycanie się nimi ułatwia fakt, że ekranu nie zaśmiecają żadne paski zdrowia, minimapy, znaczniki czy inne cuda. Jak chcemy sprawdzić mapę, to Henry wyjmuje ją zza pazuchy i tyle. Ta „czystość” akurat zdecydowanie pomaga wczuć się w spokojny, dziki klimat Firewatch.

Pięknych, kojących krajobrazów jest tutaj cała masa, a zachwycanie się nimi ułatwia fakt, że ekranu nie zaśmiecają żadne paski zdrowia, minimapy, znaczniki czy inne cuda.

  • Platformy: PC, PS4
    Producent: Campo Santo
    Wydawca: Panic Inc., Campo Santo
    Dystrybutor: dystrybucja cyfrowa
    Data premiery: 09.02.2016
    PEGI: 16
    Wymagania: Intel Core i3 2.00 GHz, 6 GB RAM, karta graficzna 1 GB

Dobrą decyzją twórców było też ograniczenie muzyki do minimum. W kilku ważnych fabularnie miejscach wybrzmią bardzo dobre i spokojne utwory celnie akcentujące rozwój wydarzeń, ale większość czasu spędzimy w przyjemnej ciszy. Ścieżką dźwiękową będzie tutaj głównie szum drzew, podmuch wiatru, odgłos naszych kroków, rozmowy z Delilah… Muszę przyznać, że zabrakło trochę zwierząt. Słychać szum ptaków, ale teren parku narodowego aż prosi się o częste spotkania z innymi rezydentami puszczy. Niestety, pod tym względem Wyoming okazuje się wyjątkowo puste.

No tak, miało nie być już wad, wybaczcie. Ale mimo wszystko świat Firewatch i tak czaruje zmysły. Tak jak pisałem na wstępie – jeśli ktoś lubi bliskość natury i zachwycają go różne małe rzeczy, które natura robi z otoczeniem, w grze Campo Santo będzie przeszczęśliwy.

Werdykt

Firewatch to kolejna ambitna mała-wielka produkcja, która atmosferę i dobry scenariusz stawia nad akcję i wyzwanie. Momentalnie polubicie Henry’ego i Delilah, a świat gry sprawi, że zatęsknicie za latem albo chociaż wiosną i leniwym popołudniem nad rzeką. Historia w zręczny sposób łączy motywy bezradności, ucieczki przed odpowiedzialnością i tworzenia więzi, oferując jednocześnie intrygę, która do samego końca (następującego prawdopodobnie po około pięciu godzinach) będzie Was trzymać w niepewności. Park Narodowy Yellowstone z pewnością na długo zostanie Wam w głowie, choć zawiedzie trochę natrętnymi korytarzami, poukrywaną fauną i rozmiarem. Nie miejcie jednak wątpliwości – jeśli w grach szukacie wyjątkowej atmosfery, ciekawych historii i postaci z krwi i kości, Firewatch Was zachwyci.

Zagrać? Warto

Grę do recenzji udostępnił producent. Testowaliśmy wersję na PS4. Screeny pochodzą od redakcji.