Zmien skórke
Logo Polygamii

PolecamyCrash Bandicoot ma już dwadzieścia lat

Dla wielu z nas na zawsze pozostanie prawdziwą maskotką PlayStation.

Crash Bandicoot waiting by King Sorrow
Facebook Twitter Google Wykop

Gdy ustaliliśmy z Siłą Naczelną, że z okazji urodzin Bandicoota nie popełnimy kolejnego tekstu w stylu „ludzie, dwadzieścia lat minęło, patrzta, w ilu grach wystąpił Wasz ukochany lisek!” (tak, wiem, że to nie lis), zacząłem rozmyślać, w jaki sposób dołożyć swoją cegiełkę do ogólnoświatowego hołdu. Skoro nie w ten najłatwiejszy, z plikiem Notatnika otwartym na tle Wikipedii z hasłem „Crash Bandicoot (character)”. Byłoby to zresztą okropnie nieszczere, ponieważ poza tetralogią Naughty Dog akceptuję wyłącznie Twinsanity od Traveller’s Tales. Wiem, jakie były dalsze losy tej postaci, grałem w te gry, ale nie chcę o nich dzisiaj wspominać. Bo dzisiaj będzie trudny tekst, prosto ze zbyt sentymentalnego serca.

Prawdopodobnie przemówi przeze mnie głos całego pokolenia, ale Crash Bandicoot („dwójka”, jeśli pamięć mnie nie myli) znalazł się w pierwszej piątce zasmakowanych przeze mnie gier na PlayStation. Gdzieś obok pierwszego Croca, pierwszego Raymana, Froggera i trzeciego Tekkena. Być może nawet był pierwszy z nich wszystkich. Teoretycznie późno nastąpił u mnie kontakt z konsolą Sony. Teoretycznie, bo w rzeczywistości nastąpił tak szybko, jak było to w ogóle możliwe. Nikt z moich znajomych nie wiedział niczego o konsolach, a Internet co najwyżej widywaliśmy w filmach. W 1998 roku prowincjonalne miasteczko mojego dzieciństwa ujrzało pierwszy salon gier, gdzie grało się nie na automatach, tylko na PlayStation. Siłą rzeczy pierwszy salon musiał ujrzeć mnie. Powiedzmy, że znudziło mi się osiem bitów.

Wspaniałe to było miejsce. Kilkadziesiąt gier do wyboru, łupanie na czas, specyficzny żargon, zakazane mordy i mniej legalna strona biznesu pod ladą. Białe Verbatimy, które tam czekały na kupców, wkrótce zasilać miały całe miasto. Ale najpierw należało rozkochać w PlayStation moich rówieśników.

Internet co najwyżej widywaliśmy w filmach

Drugi Crash ze mną „kliknął”, był moim własnym game breakerem – nawet jeśli, tracąc nań regularnie wszystkie kieszonkowe, nie rozumiałem, że aby grę ruszyć do przodu po kilku poziomach, należy stanąć na środku warp roomu i polecieć platformą do góry. Także płaciłem wszystko, co miałem, za wynikające z upośledzenia demko. Ale Holender, trójwymiar zacząłem ogarniać całkiem nieźle.

Układ był prosty: wyróżnienie na koniec pierwszego roku szkolnego równało się szarej konsoli w domu. Ojciec pojechał na szparagi do Niemiec, więc gotówki nie brakowało. Konsolę kupiliśmy w tym samym salonie, który miał nas już zasilać białymi Verbatimami do końca wieku. Wraz z nią kilkanaście gier, a wśród tych kilkunastu dwie składanki „dziesięć w jednej”. Mistrzowski swoją drogą przykład rosyjskiej kompresji. Wytniemy filmiki, wytniemy muzykę i jakoś będzie. Na jednej składance znajdował się drugi Crash, melodia przeszłości już wtedy, retro wręcz. Na drugiej z kolei prawie-świeży Crash Bandicoot 3: Warped. Totalnie czadowy na maksa.

Smak bułki wrocławskiej z masłem, siedzenie po turecku i słodzona herbata miętowa

Uczucie towarzyszące pierwszym tygodniom domowego konsolowania na PSX-ie to materiał na lirykę. Pamiętam zaledwie kluczowe impresje: mieszkanie (żyliśmy wtedy u dziadków), jego wygląd, jego zapach, odgłos szurania kapci dziadka, gdy budził się z kurami i trzeba było wyciszyć telewizor, żeby nikt nie nakrył mnie grającego od czwartej rano, smak bułki wrocławskiej z masłem, koślawe komiksy z moim „liskiem”, lokalizację telewizora, twardy dywan, siedzenie po turecku, słodzoną herbatę miętową, łakocie od rozpieszczających mnie dziadków, drogę do szkoły, codziennie opowieści o grach z wypiekami na policzkach, okładki numerów „Ekstrima” i „PlayStation Plus” (no i „Kaczora Donalda”).

Całkiem zrozumiałe, że trylogia Crasha (okej, dylogia, oryginał zaczął grzać mnie dopiero lata później) stała się najważniejszą częścią mojego nowego życia. Stanowiła dla mnie brakujące ogniwo między światem Pegazusa, jego stuprocentowych gier, a pierwszymi tytułami, które poruszyły na poziomie emocjonalnym, rozpoczynając długi Bildungsroman Adama Piechoty. Ten krótki okres mojego życia, gdy seria Naughty Dog oznaczała perfekcję, był prawdopodobnie ostatnim etapem prawdziwego, niewinnego dzieciństwa.

I rządziła w nim bezwzględnie „trójka”. Zabawa – wymieńmy pięć najfajniejszych poziomów w Warped, z uwzględnieniem bossów. Niełatwe, prawda? Mur Chiński, ucieczka przed triceratopsem, walka z Dingodilem, średniowiecze, Tiny Tiger na rzymskiej arenie. Fantastyczne. Ale skłamałem, bo napisałem tylko pierwsze pięć, jakie przyszły mi na myśl. Najfajniejsze… były wszystkie. Prawie wszystkie, no. Nie przepadam do dzisiaj za „okładkowym” motocyklem. Poza nim ta gra to najbardziej złote złoto ze złot wszelakich.

Zajęło mi to wiele miesięcy, niemniej Warped było pierwszą grą, którą wycalakowałem. Trudno mi to porównać do dzisiejszych platyn/calaków, nigdy więcej nie wyciągnąłem tam 105%. Przypominam, że to były czasy bez Internetu, więc plotka o tym, że gdy zrobisz wszystkie czasówki w grze, Coco w warp roomie wręczy Ci ostatniego gema, była wyłącznie… no właśnie, plotką. Akapitem w „Kąciku Szperacza”. Każdy marzył, żeby to sprawdzić. I w swoim growym ekosystemie, gdzie PSX nadal był sprzętem hi-endowym, o jakim marzyły podwórka, miałem zaszczyt być pierwszym, który to sprawdził. W momencie zapisania stanu ze 105% coś się skończyło. Nie rozumiałem tego uczucia jeszcze wtedy. Dziś wiem. To było jedno z tych bolesnych zamknięć, zacementowań konkretnego, pięknego wspomnienia.

Potrzebowałem to wszystko napisać, żeby uruchomić Was. Włączyć porównania, przypomnieć Wam o Waszych własnych skojarzeniach z tą serią. Bo jestem pewny, że gdyby za chwilę ogłosić konkurs, w którym musielibyście napisać własne wspomnienia, a najlepsze zostałyby nagrodzone, stworzylibyśmy tutaj najpiękniejszą laurkę dla Crasha w polskiej sieci. Nagród nie przewidujemy, niestety, więc lenistwo większości z Was weźmie górę. Cóż, no trudno. Niemniej na tym nie koniec.

Pomysł na tekst okolicznościowy pojawił się jeszcze na początku lipca. Zaproponowałem Pawłowi, żeby spróbować czegoś innego. Miałem jasną ideę – zamiast tylko sobie to wszystko przypomnieć, zrobić prawdziwą symulację grania na konsoli te osiemnaście lat temu. Spędzałem wakacje w rodzinnym mieście, więc nie było to niemożliwe.

Salon gier nie istnieje od kilkunastu lat. Mimo tego, że przenosił się co najmniej trzykrotnie, policja w końcu rozwaliła ten biznes. Nastały wszak czasy, w których piractwo wytykamy palcem. Zgubiłem trop tego magicznego miejsca, gdy standardem stało się PlayStation 2, a ja po bezpośrednim kontakcie z wymiarem sprawiedliwości przeskoczyłem nareszcie na oryginałki i poczułem fenomen kolekcjonowania. O smutnym finale salonu dowiedziałem się od lokalnych graczy. W miejscu, gdzie lokal prężnie funkcjonował, gdy ja po raz pierwszy zasmakowałem magii Sony oraz Crasha, gdzie po raz pierwszy widziałem po zmroku Resident Evil 2 (scenka przerywnikowa z Lickerem wracała w koszmarach, serio), gdzie widziałem niewydane przecież Thrill Kill (obiecując, że nie wspomnę o tym rodzicom) lub zrównałem z ziemią Vegas w Vigillante 8 – w tym miejscu jest teraz kiosk oraz – oddzielony nową ścianą – salon, ale fryzjerski.

Nastały czasy, w których piractwo wytykamy palcem

Skoro pierwszego kontaktu powtórzyć już nie było możliwości, należało odtworzyć ten drugi, w domu. Jak wspominałem, gdy kupiliśmy Szaraka, mieszkaliśmy z dziadkami. Dziadkowie, jak to często mają w zwyczaju, nigdy tego miejsca już nie opuścili. A zatem istniała możliwość podłączenia tej samej konsoli (działa tylko na boku) do tego samego telewizora (być może, bladego pojęcia nie mam, czy to ten sam, więc z łatwością to sobie wmawiam), w tym samym pokoju (zamiast tapet, które mazałem kredkami, ma teraz łososiową farbę na ścianach) tego samego mieszkania. Po turecku, na białych Verbatimach, wprost z rosyjskiej składanki „dziesięć w jednej”.

Początek lipca. Ojciec wręcza mi klucze do naszej części strychu. Wchodzę na górę. Bałem się tego miejsca jak cholera, ale równocześnie marzyłem o zrobieniu z niego pokoiku gracza dla mnie i mojego przyjaciela, który mieszkał piętro pode mną. Ale bym miał kłopotów, gdybyśmy spełnili ten młodzieńczy sen; ja zamieszkałem w końcu we Wrocławiu, przyjaciel w Szczecinie. Widzieliśmy się w tym roku tylko na majówce, oczywiście nad polskim morzem. Mógłbym napisać wspaniałe opowiadanie o wszystkim, co znalazłem na strychu, Wam już tego oszczędzę. Szukałem tylko pudła z białymi Verbatimami, z nim pół godziny później wracam do mieszkania. Bałem się, że czas zepsuje wszystko. A jednak gry działają. VERBATIM, panie i panowie! Trzydzieści złotych płaciło się w salonie za jedną kopię. Jak widać – nie bez powodu.

Lipiec trwa. Wyjeżdżam do Paryża, co chwilę skaczę między Wrocławiem a rodzinnym miastem. Wszyscy grają w Pokemony. Przyzwyczajam się do codziennej obecności na Polygamii, po dwóch latach wyłącznego recenzowania. Mam czas do września, nie muszę symulacji przyspieszać. Zaglądam do mieszkania babci od czasu do czasu i próbuję sobie wyobrazić, jak to będzie. Babcia poznaje mnie średnio raz na trzy wizyty.

Sierpień. Dla Was sezon ogórkowy, dla mnie najbardziej zapracowany miesiąc, przebijający nawet tydzień E3. Latam w No Man’s Sky, codziennie o nim piszę. Próbuję nauczyć się czegoś, co Was może śmieszyć – grania dla przyjemności po pracy. Dwudziestogodzinna przeprawa z Yakuzą 2 zajmuje mi cztery tygodnie. Godzinka przed snem to maks, ale jaką satysfakcję potrafi sprawić. Skoro całe życie marzyłem, żeby o pisać o grach, nie mam prawa teraz narzekać przecież.

Wrzesień. Spotkanie redakcyjne, po raz pierwszy przybijam piątkę Polygamii, robimy dużo durnych rzeczy. Wracam do rodzinnego miasta. Pakuję do plecaka PSX-a, kabel Euro, kartę pamięci i dwie składanki na białych Verbatimach. Biorę klucz od mieszkania dziadków. Przychodzi czas na przeprowadzenie symulacji, którą planowałem od lakonicznego „hej, a napisałbyś coś na dwudzieste urodziny Crasha?”. Nie zostawiłem tego na ostatnią chwilę, po prostu od początku miał to być wrzesień. Czasem człowiek postanowi jakoś tak dziwnie i potem jeszcze dziwniej się tego trzyma. Idę!

Ileś godzin temu usiadłem w pustym domu dziadków, gdzie spędziłem swoje PSX-owe dzieciństwo, przed telewizorem po turecku. Domyślacie się już, jaki był finał?

Mógłbym napisać wspaniałe opowiadanie o wszystkim, co znalazłem na strychu

Nie wyciągnąłem niczego z plecaka. Zrozumiałem, że albo spóźniłem się kilka miesięcy, albo kilkanaście lat, albo od początku tego pomysłu skazany byłem na porażkę. Nawet jeśli było więcej okoliczności, niż mógłbym się spodziewać po upływie tych siedemnastu lat, by rzeczywiście symulację przeprowadzić.

Ponieważ w tym domu nie ma już dziadków, ten dom inaczej wygląda, inaczej pachnie, nie słychać w nim szurania kapci, nikt nie robi bułki z masłem, nie rysuje już komiksów, nie słodzi herbaty, nie rozpuszcza łakociami, nie wychodzi zeń do szkoły, nie czyta już „PlayStation Plus” czy „Kaczora Donalda”. I załóżmy, że miałbyś możliwość spreparowania tego wszystkiego – jednego nie odmalujesz już nigdy. Okresu w życiu, który doświadczeniu pierwotnie towarzyszył. Bildungsroman Piechoty trwa nadal, ale jesteśmy z dziesięć tomów do przodu. W swojej symulacji, gdybym poświęcił jej bezwzględnie całe wakacje i przygotował z obcym mi pietyzmem, nadal nie mógłbym odtworzyć jednego – prawdziwego, niewinnego dzieciństwa.

Nadal nie mógłbym odtworzyć jednego – prawdziwego, niewinnego dzieciństwa

Nie dotyczy to wyłącznie Crasha. Dotyczy każdej gry (i innych dziedzin sztuki), którą przeżywacie do dzisiaj. Przy założeniu, że rzeczywiście nadal czujecie ogień podczas poznawania nowego dzieła. Zapominamy za często, iż już nigdy nie poznamy czegoś od nowa, z czystym kontem. Czasami ograsz najważniejsze pozycje roku na wszystkich platformach, a we wspomnieniach na piedestał wyniesiesz inną, słabszą, ale powiązaną z konkretnym fragmentem Twojej biografii. Bo tylko ona zostanie w sercu na zawsze.

Zawdzięczam serii Naughty Dog (przemilczałem dzisiaj Crash Team Racing, ale kocham je szczerze i wyzywam na kanapowy pojedynek każdego chojraka!) bardzo dużo. Ukształtowała mój gust, to przez nią tak kocham platformówki i specjalnym szacunkiem zacząłem darzyć sprzęty Nintendo – one ten gatunek mają za priorytet. Za oczywiste biorę, że Crash jest na równi z Final Fantasy, Metal Gear Solid, Silent Hill – moimi, pisząc wprost, fundamentami.

Lubię wracać do tych gier. Ale tego faktu nie przeskoczę już nigdy – że to tylko „powrót”. Nie współczuję tym, którzy poznają Crasha po latach, bo stworzą z nich własne wspomnienia. Czy równie istotne, barwne?

Prawdopodobnie nie. Bo lata dziewięćdziesiąte to realizm magiczny, którego nie można opowiedzieć. Który trzeba było przeżyć, nawet jeśli tylko z perspektywy młodzika.

 

PS: Hej, dotrwaliście do końca? Po pierwsze – lubię Was. Po drugie – nie bądźcie tacy sztywni. Ja się przed Wami otworzyłem. Wy też coś opowiedzcie.

Adam Piechota

  1. 21:07 11.09.2016
    rakshi3

    Szaraczka kupił mi ojciec, od kuzyna który był zawsze moim idolem i guru w świecie gier. Miałem okres w życiu kiedy to mieszkałem jakiś miesiąc u dziadków, gdzie mieszkał również ów kuzyn. Każda nieprzespana noc kiedy budziłem się o 5 i czekałem z niecierpliwością (obgryzając paznokcie z emocji) aż w końcu rodzice kuzyna pójdą do pracy, a on sam wparuje do mojego pokoju i zawoła na całodzienne pocinanie w metal gear solid, drivera, spyro, gta2, rainbow six, oddworld czy tenchu. Wracając do początku, psx’a dostałem mniej więcej w 2002 (?) strzelam, czarne płytki „demo” ogrywane po kilkadziesiąt razy, w tamtym czasie mając około 6 lat nie ogarniałem różnicy pomiędzy demem, a pełną wersją. I mógłbym tak godzinami przytaczać jak mijało mi dzieciństwo w kooperacji z moim poczciwym 32 bitowym szaraczkiem ale to co najbardziej kojarzy mi się z dzieciństwem i graniem w tym czasie to właśnie crash 3. Jak nie przestawałem się kłócić z siostrą starszą o dobre kilka lat, tak wspólnie dzień po dniu próbowaliśmy przejść crasha, a karty pamięci nie było, więc większość rozgrywek kończyła się tak że albo rodzice na noc wyłączali konsolę albo graliśmy w coś innego i savy poszły uprawiać miłość. Ale pewnego razu, przyjechał kumpel w wieku siostry, graliśmy od rana, do wieczora, jakim szokiem było dla mnie odkrycie bazooki na ostatnim poziomie w warp roomie. Do dzisiaj, jako przykład bossów w grach mam w myślach crasha 3. Tak jak przez cały tekst, łaskotało mnie w okolicach odpowiedzialnych za nostalgię to gdy odpaliłem filmik z intro trójki i kiedy wszedł napis i komentarz „ŁORPD” rozbeczałem się. Dzięki za przypomnienie jednego, prawdziwego i niewinnego dzieciństwa 🙂

  2. 21:20 11.09.2016
    Seifero

    Niesamowity tekst i jakże prawdziwy, choć pewnie każdy ma indywidualne wspomnienia, których magii często nie da się oddać słowami. Aczkolwiek do Metal Geara, Finala i rzecz jasna Crasha razem z wersja wyścigową (podejmuję rękawicę rzuconą przez autora tekstu bo nadal grywam ze znajomym na emulatorze na PC) bezwględnie dodałbym Drivera i samo rozpoczęcie gry z morderczymi misjami w garażu i Gran Tourismo- wielogodzinne wyścigi i sposoby na ukrycie włączonego telewizora z samego rana i późną nocą.

  3. 21:39 11.09.2016
    konrado0905

    Ten salon który opisywałeś, to nie był przypadkiem w Augustowie?

    Ukryj odpowiedzi()
  4. gsg
    11:25 12.09.2016
    gsg

    W 97 ojciec dostał możliwość wyjazdu na roczną delegację. Jako małolaty nie mieliśmy z rodzeństwem pojęcia, dlaczego aż tyle rodziny nas wtedy odwiedzało. Najważniejszy był wujek, z którym od zawsze cięliśmy w gry – Contrę na Pegazusie, Lotusa naszym 286. I tenże wujek wyhaczył, że na pobliskim bazarku (ale takim ala lata dziewięćdziesiąte już, zabudowanym, z normalnymi sklepami) mamy salon. A w nim PlayStation, o którym opowiadał niemal z równym zapałem, co o N64 i tym grzybku, dzięki któremu Mario popyla jak mały samochodzik. Uparłem się, żeby najpierw zagrać w Mortal Kombat 3 (MK2 miał sąsiad, zbierałem kapsle, potrafiłem po numerach wymieniać, co jest na którym), ale prawdziwym objawieniem okazał się być Tekken 2. Choć od razu znienawidziłem laserowe strzały z oczu.

    Przed wyjazdem za granicę nie zdołaliśmy obejrzeć ostatniego odcinka Sailor Moon (leciał w dniu naszej podróży), ale kilka dni wcześniej zdążyłem wybrać w kiosku czasopismo z czerwoną okładką, które miało wśród tematów wymienione PlayStation. Tam zacząłem czytać o grach. Wyjazd potrwał jednak tylko trzy czy cztery miesiące. W sam raz, żebym wrócił na pojawienie się na rynku konsolowego Neo. PSXa dostałem na koniec roku szkolnego, kiedy „młody orzeł opuszczał gniazdo” i pojawiło się Neo Plus. Moje pierwsze verbatimy to był Tekken 3 i Gran Turismo (nie mogło być inaczej na przełomie czerwca i lipca), ale i na Crasha szybko przyszła pora. Uwielbiałem dwójkę i trójkę, ale mimo wszystko najcieplej wspominam właśnie CTR, którym godzinami bawiliśmy się z kumplem z osiedla.

    Gulasha, Banana i Grabarza czytałem przez kolejnych kilka lat, aż dziadek nie podeptał mi PS2. Rodzina zaszczepiła, rodzina wypleniła. Nie mogłem zagrać w MGS3 (choć MGS2 było moją pierwszą oryginalną grą). A przecież nie mogłem robić sobie spoilerów. I przestałem czytać prasę i w ogóle przez lata być na bieżąco.

    Ukryj odpowiedzi()
  5. 16:30 12.09.2016
    krystek100

    – Mówię Ci, UDA SIĘ, zobaczysz, dzisiaj już na pewno!
    – A jak znowu go nie będzie?
    – Będzie! Mówił, że będzie!
    Głos mój i mojego młodszego brata rozchodził się echem po ulicy którą właśnie przechodziliśmy. Był styczniowy, mroźny wieczór, a my szybkim krokiem szliśmy do domu jednego z kolegów mojego braciszka po KONSOLĘ. Nie wiem, czy trzęsłem się bardziej z zimna czy z przejęcia, ale wiem, że tamtego styczniowego wieczoru, moje postrzeganie gier wideo miało zmienić się na zawsze. Podekscytowany wyobrażałem sobie przez całą drogę, jak w ruch będzie wyglądał ten Tomb Raider, którego opis w Playstation Plus przeczytałem od deski do deski, wyobrażając sobie całą przygodę w głowie.
    – Myślisz, że mama da nam pograć w tego Residenta? zapytał brat z nienacka.
    – No nie wiem, wczoraj jak zamawialiśmy gry to ona widziała na tej liście, że tam pisze horror.
    – Kurde, ale pograłbym sobie w to fest, byłem wczoraj u Artura i specjalnie włączył mi tą grę.
    – No i co? zapytałem
    – MASAKRA! Tam jest taka grafika, jak film! Był tam w takiej uliczce, gdzie była lampa, i wokół tej lampy latały muchy!
    Pamiętam, że moja ekscytacja była nie mniejsza niż jego. Nie miałem jeszcze do czynienia z konsolą, jedynie z opowieści słyszałem, że jest świetna. Jeszcze zanim trafiła do naszych rąk, obkupiłem się we wszystkie możliwe ówcześnie gazety poświęcone grom wideo i studiowałem je jak najlepszą książkę. Ile myśmy się naekscytowali tymi rozpikselizowanymi obrazkami! Do dziś uśmiecham się na to wspomnienie…
    – Daj mi hajs! Brat wyciągnął rękę po gotówkę
    – Masz, tylko nie zgub, tu masz aż 500 zł!
    – Spoko, trzymaj kciuki!
    To była już nasza trzecia wizyta w tym domu. Za każdym razem chłopak który miał sprzedać bratu konsolę był nieobecny. Ale nie tym razem. Pomimo mrozu szczypiącego w policzki zobaczyłem jak do rąk mojego braciszka trafia pudełko z upragnioną zawartością. Droga z powrotem przypominała bardziej sprint niż spacer. Z pomocą taty, podłączyliśmy cały sprzęt do telewizora i odpaliliśmy szaraka. Siedziałem przed telewizorem jak zaczarowany. Żadne bodźce z zewnątrz do mnie nie docierały.
    – Halooo tu ziemia! Brat z uśmiechniętą od ucha do ucha buzią stanął przede mną.
    – Odsuń się, patrzę!
    – Na co? Jeszcze nic nie odpaliliśmy! Co puszczamy?
    – Nie wiem, a co tam masz?
    W ręku brata zobaczyłem plik płyt. Czarnym markerem niedbale opisane zostały tytuły poszczególnych gier.
    To może tego Residenta puść,- zaproponowałem.
    – O! To ponoć jest fajne Crash Bandikot 🙂
    Nie miałem pojęcia, co to za gra. Po chwili na ekranie pojawił się rudzielec w akompaniamencie znanej, kultowej już muzyczki. Nie miałem pojęcia, że patrzę właśnie na jedną z moich ulubionych gier wszech-czasów.
    – Patrz jak śmieszny lisek – rzucił brat przez ramię.
    – No, fajny. Daj troszkę poskakać.
    – Spadaj, dopiero co włączyłem!
    – Dobra, to jak to przejdziesz, to następny level gram ja!
    – Chłopcy! – Z drugiego pokoju usłyszała nas mama, która niczym strażnik porządku pojawiła się w drzwiach naszego pokoju, dosłownie znikąd.
    – Po pierwsze – rzuciła gniewnie – kończcie te granie i marsz do kuchni jeść kolację, po drugie, jak się będziecie kłócić, to wam te Pejsejszyn zabiorę, a po trzecie, ściszcie tą muzyką, naprawdę my z ojcem fanami czambałamby nie jesteśmy? Co to za gra?
    – Crash – odpowiedzieliśmy niemal jednocześnie.
    – Fajne. A w to się na joysticku da grać.
    – Nie mamo, tu są pady, widzisz? -mama spojrzała na szare kontrolery PSXa niezbyt przychylnym okiem.
    – To w to się nie da grać jak na amidze? zapytała dla pewności
    – Nie mamo, nie da. Chcesz spróbować?
    – A ja nie wiem, to nie dla mnie chyba… Ten lis jest jakiś dziwny. Ćpa chyba, że ma taki wyraz twarzy. No ale daj ten joystick dziwny, spróbuję.
    Nigdy nie zapomną jak pokracznie jej ta inicjacja z PSX wyszła. Jadąc na tygrysku otarła chyba wszystkie ściany na tym murze chińskim. Ale salwy śmiechu i radość jaka temu towarzyszyła nie zapomnę nigdy. To już prawie 20 lat. Marce PlayStation wierni jesteśmy do dziś, choć po drodze dorobiliśmy się też sprzętów konkurencji. Mama jest już graczem pełną gębą, 23 lvl na PSN to nie w kij dmuchał, reszta rodziny też uważa granie za hobby. Wspaniałe wspomnienia, tylko klimat jednak inny. Nie wiem, czy gorszy, na pewno inny. Piotrusiem Panem będę już zawsze pomimo 32 lat. Życzę wam, miłego dnia kochani :)!

  6. Patryk Fijałkowski
    16:55 12.09.2016
    Patryk Fijałkowski

    Ach, Crash… Kompletnie mi umknął fakt, że to już 20 lat. Ja cię kręcę. W dzieciństwie Bandicoot był moim idolem – dosłownie. Tam gdzie inni za wzór stawiali sobie Spider Mana albo Herkulesa, ja całą swoją miłość przekazywałem „liskowi”.

    Nie wiem, czym mnie inspirował postrzelony zwierzak w szortach. Może pewnym beztroskim podejściem do wszystkich niebezpieczeństw i przeciwności losu? Biorąc pod uwagę, że dużo złego działo się w moim życiu, gdy miałem te 7-8 lat, Crash mógł być bohaterem, jakiego potrzebowałem. I wszystkie jego zachowania, przygody i odgłosy (z funeralnym „łoł!” na czele) są ze mną do dziś.

    Nieskończonych zasobów owoców Wumpa, szalony jamraju. Do rychłego zobaczenia!

  7. 00:52 13.09.2016
    reeceh

    A ja właśnie jestem po ponownym ogarniu wielce hejtowanego Crash of the titans – Szczerze? Dla mnie niczym nie odbiegającym od pozostałych części. Klimat i humor poprzedniczek dalej jest ten sam, a gameplay przygniata chociażby przenudnego CTTRa, czy sztywnego WoCa 😀 Anyway – Mój pierwszy kontakt z Crashem był jak miałem ok. 2 lata (96) gdy to tatuś przyniósł do domu szaraka z nową wtedy grą. Pamiętam jak pewnej nocy się przebudziłem, a rodzice dalej próbowali przechodzić kolejne to poziomy. Nie zapomnę też zeszyciku ciotki z kodami i bugami. Nie zapomnę też świetnego, nieistniejącego już portalu i forum Crash Bandicoot World na którym miałem to okazję nawet pełnić rolę moderatora, wymieniać się z ludźmi spostrzeżeniami nt. wszystkich części, pisać fanfici. Miejsce w którym zaraziłem się swoją największą pasją jak i obecnym zawodem – Grafiką.
    Pamiętam jak z rodzicami chodziliśmy na bazar, by tylko wyhaczyć nowe części uwielbianego jamraja. Nie zapomnę również rosyjskich piratów z fandubami, masterowania tras w CTR (a także online ligi i pojedynków na wyżej wymienionym forum, pozdrawiam was wszystkich jeżeli to czytacie)
    Na chwilę obecną – każdy szarakowy Crash (no CB1 dalej potrafi dać w kość) jest niesamowicie banalny, a jednak wciąż uwielbiam co roku do niego wracać i maxować jakąś daną część. Mało jest w chwili obecnej gier, które mam w ogóle ochotę kończyć, a co dopiero wyciskać na 100%(A w przypadku Crasha nawet więcej) Nie zapomnę nigdy większości ‚ułatwień’, skrótów, sekretów z każdej części, nie zapomnę bugu w CB2 pozwalającego uzyskać nawet 999%.
    Przy erze PS2 nigdy nie zapomnę także niesamowitego dzieła ND – Jak (Czasem wydaje mi się, że również wielce niedocenionego i zapomnianego) w którego zagrywałem się dniami i nocami, gdzie teraz nawet bym nie pomyślał, że taką grę jak Jak3 bym miał ochotę robić na 100%. Nie zapomnę też wielkiego smutku jaki mi sprawiła śmierć konsoli.
    Raczej śmiało mogę stwierdzić, że takich gier się już dzisiaj nie robi. Co będą wspominać dzieciaki za 20 lat? Minecrafta? Czy jak to wyzywali matki innych graczy na Call of Duty? Trochę smutne, jednak cieszy fakt ze coraz wiecej platformerow pojawia się na rynku. Ja tam jestem szczęśliwy, że akurat miałem okazję być częścią ‚tego’ pokolenia 🙂

    Swoją drogą – świetny tekst, oby więcej takich!

    Ukryj odpowiedzi()
    • 20:13 15.09.2016
      madoc

      ” jednak cieszy fakt ze coraz wiecej platformerow pojawia się na rynku” 2D może tak, ale mam wrażenie że gatunek platformerów 3D jakoś umarł. Ostatnio z głośnych gier tego typu wyszedł chyba tylko Ratchet. Chyba, że coś przegapiłem.