Zmien skórke
Logo Polygamii

Blog - Walkthrough, czyli na Piechotę przez gry

23.11.2016

Ale dzisiaj orzeszek wpadł do Koleiny. Jeżeli pomijamy ruchomą inkarnację Mario Kart, czego robić tak swoją drogą nie powinniśmy nigdy, bo Mario Kart wymiatał nawet na SNES-ie, to między wyścigami a Nintendo Wii nigdy nie było większej chemii. Wszystko przez to dziwne ciśnienie, by wykorzystać bajeranckie ówcześnie „ficzery” kontrolera. Żeby konieczne było machanie, potrząsanie, robienie z siebie widowiska przed domownikami. A najlepiej w ogóle by włożyć Mote’a do tej paściarskiej kierowniczki i udawać, że Assetto Corsa się chowa, bo taka symulacja. Pff… Oczywiście, że grałem na kierownicy (czy też właściwie „graliśmy”, pozdrawiam współlokatora serdecznie) – skoro kicz, to kicz do samego końca. Poza tym mam jakieś niezrozumiałe uczucie do wszystkich gadżetów z Wii. Ubaw z nimi zawsze po pachy.

wii kółko

W GT Pro Series ewentualny problem jest taki, że to maksymalnie średnia gra, nawet próbując przestawić świadomość na tryb „młodszy o dekadę”. Od samego początku do samiusieńkiego końca, nikt nie próbuje nas nawet omamić. Grafika to poziom piątej generacji konsol, z tym że nic chamsko się nie dorysowuje na naszych oczach. Różnice między samochodami zauważyć można wyłącznie w prędkości. Tras jest może z sześć, bo druga połowa to ich reverse’y. A muzyka… Wow, muzyka. Jeżeli kiedykolwiek usłyszycie gorszy zestaw utworów, dajcie mi znać, proszę (ale o wyścigach z Sonikiem już wiem, więc musielibyście wytężyć pamięć). Nie wysililiśmy się na wyszukaną kategoryzację gatunkową, „ruskie techno” nam stykało.

Gorzej będzie wyłącznie z zawartym tutaj modelem jazdy. Wizytówka ultrasa Ridge Racer zobowiązuje, dlatego szybko wyćwiczyłem sztukę przyspieszanie dzięki driftom. Czy w ogóle taki sposób rozgrywki, by poślizg nie kończył się nigdy. Po inicjacyjnym horrorze nauczyłem się również operować maleńką kierownicą. Ale bez spiny wyobraziłbym sobie dojrzałego gracza, który wyrzuca tę kierownicę przez okno wraz z grą (nie, ale wiimote’a wyciągnij, to nietania zabawka!). Dołączyłbym kilka godnych memizacji filmików z naszych sesji, ale mój przyjaciel mógłby źle znieść taki debiut na Polygamii. Jest dziwnie, odrobinę niewygodnie, nerwowo i idiotycznie do kwadratu, jeśli ktoś ogląda to z boku.

Rzecz niespodziewana zupełnie – po przełknięciu wszystkiego powroty przestały mnie boleć. Kariera wyzywała sporym drzewkiem identycznych wydarzeń, a regularne podkręcanie zestawu blisko osiemdziesięciu japońskich furek nawet dawało pewną satysfakcję. Anglojęzyczni mają taki termin, co „guilty pleasure” brzmi, a co my go nie potrafimy chwytliwie przetłumaczyć. Pro Series stało się przez te kilka luźniejszych wieczorów właśnie guilty pleasure. Średniawką, którą zapragnąłem wymaksować. Oficjalnie – żeby sprawdzić, czy gra chociaż podziękuje za jej zaliczenie, a tak naprawdę przez patologiczną chęć rozłupania wszystkich wyścigów, jakie kiedykolwiek powstały.

reply_card [Converted]

Całość zakręciła się koło ośmiu godzin. Za dyszkę – nie narzekam. Chociaż jestem pewien, że sprzedawca pół roku później oddałby tę grę bezpłatnie, bo zaczęłaby wrastać w półkę sklepową. Ot, papierosów sobie raz odmówiłem. Ciekawostka warta uwagi: tę średniawkę wydał Ubisoft. To tak na przyszłość, gdybyście znowu chcieli ponarzekać na The Crew. Bywało o wiele niżej u nich pod względem wyścigów. GT Pro Series wraca tymczasem do biblioteczki. Tylko u mnie znajdzie pewnie dom nad maską. A Koleinka przemówi ponownie… pewnie po zakończeniu sezonu. Jak Maciu nie będzie co tydzień straszył, że „nie poimprezujesz na weekend, bo gry do recenzji czekają”.

Adam Piechota

Komentuj
(0)
Facebook Twitter Google Wykop
Udostępnij