Zmien skórke
Logo Polygamii

Blog - Blogblogblogblog

12.12.2016

Zaniedbałem ostatnio bloga, bo co siadałem do jakiejś krótkiej notki, to odchodziłem od niej z przekonaniem, że jest zbyt miałka. Teraz doszedłem do wniosku, że to w sumie nic złego. Przecież nie chodzi o to, żeby się zmóżdżać nad wszystkim do czerwoności. Chciałbym tu sobie wrzucać luźniejsze, powodowane impulsem rzeczy. A tak się składa, że w weekend skończyłem The Last Guardian. I pojawił się impuls.

Bo pojawił się zawód.

The Last Guardian jest grą archaiczną (w odświeżający sposób), niedopracowaną (kompromitująco), bo tworzoną rękami artystów, a nie rzemieślników. Łatwo w rozczarowaniu byłoby napisać, że rozminęła się ze swoim czasem. Ale czy na pewno? Czy możemy mówić o „czasie ICO” albo o „czasie Shadow of the Colossus”? Co daje nam do tego asumpt? Rekordowa sprzedaż? W życiu. Zapoczątkowanie trendu, który dalej niosłyby i rozbudowywały armie klonów? Przykro mi, ale nic takiego nie widzę.

Gry pożyczały sobie z produkcji Fumito Uedy to i owo, ale dopiero w ostatnich latach – niewątpliwie na gruncie użyźnianym wyczekiwaniem na premierę The Last Guardian – zaczęły wykwitać zapowiedzi tytułów, które zdają się celować w ten szalenie trudny do pełnego określenia klimat. „Trzeba zagrać, żeby go poczuć” – banał, ale przecież prawdziwy.

Cieszę się, że The Last Guardian w końcu wyszedł. Cieszę się, że mogłem w niego zagrać i poznać Trico. Ale to moim zdaniem najsłabsza z trzech gier Fumito Uedy i jego ekipy. Wcale nie przez kwestie techniczne.

The Last Guardian™_20161209232430

Może to kwestia wyczucia – mam w domu 3 psy i dwa koty – ale poza dwoma momentami w zasadzie nie miałem problemów z Trico. Bestia fantastycznie łączy w sobie elementy ICO z Kolosami i bez krępacji gadałem sobie do niej, tak jakby mogła mnie słyszeć. Super było uczenie się jej. Jej sapania, wycia, burczenia. Mowy ciała, która zwykle wystarcza do podpowiedzenia dalszych ruchów, zanim zrobi to narrator. Nie umiem zrozumieć narzekań na jej zachowanie. Staram się być daleki od stwierdzeń typu „źle grasz”, ale w tym wypadku jestem prawie pewien, że większość marudzących chciałoby traktować Trico jak robota, wykonującego każde polecenie niczym boży nakaz. A przecież właśnie najfajniejsze w The Last Guardian jest to, że wcale nie mamy nad towarzyszem władzy absolutnej. Jeśli nie masz do tego cierpliwości, to przykro mi, ale wziąłeś się za złą grę.

Gadałem też do chłopka, ale tu już często krzykiem i brzydkimi epitetami, bo jednak jak ekipa Uedy zrobi sterowanie i kamerę, to nie wiadomo czy mucha nie siada, bo nie widać ani muchy, ani tego na czym miałaby usiąść. Nie wiem czy choć raz zsiadłem z Trico jak człowiek – na nogi. Zwykle chłopak lądował na głowie albo na twarzy. Walka z kamerą była orką na ugorze. Słabo jak na grę, w której pewne rzeczy trzeba dojrzeć żeby przejść dalej. I mógłbym tu wyliczyć całą litanię sytuacji i błędów, w których moja cierpliwość została poddana próbie. I może powinienem.

Ale prawda jest taka, że te problemy spływały po mnie jak po kaczce. Odpalając The Last Guardian wiedziałem na co się piszę. Pamiętacie jak „wspaniale” działał Shadow of the Colossus na PS2? A tam przez problemy techniczne przegrywało się starcie. W Guardianie nie ma kar, które mogłyby frustrować. Krzyczałem na chłopka, ale nie rzucałem padem. To po prostu frycowe za możliwość znów wejścia w świat stworzony przez Fumito Uedę.

I ten świat zawiódł mnie najbardziej.

Za dużo tu w środku wydłużającej rozgrywkę waty, łażenia po takich samych lokacjach, oglądania tych samych ścian i przełączania takich samych przełączników, by otworzyć taką samą bramę, a potem czynność powtórzyć. Zdążyłem kilka razy ziewnąć zanim coś znowu zaczęło się dziać. Nawet przestałem sam z siebie głaskać Trico bez powodu! The Last Guardian ma fajny wstęp, mocarną końcówkę, ale w środku czyha nuda.

I nie jest to już brana w ciapki „nuda” rodem z Kolosów, gdzie gracz po drodze na kolejne starcie miał czas zastanowić się nad tym wszystkim, pospekulować nad kolejnym wrogiem a potem następował kolosalny (żarcik taki) segment rozgrywki, która trzymała go na skraju fotela. The Last Guardian nudzi taką zwykła nudą powtarzania wciąż tego samego. Ma kilka świetnych zagadek, w których dwójka bohaterów musi faktycznie współpracować, ale nijak nie dorastają one do starć z kolosami, jeśli chcemy mówić tu o momentach rozgrywki naprawdę angażujących gracza.

I – aż mi głupio to pisać, bo uwielbiam tego stwora – nawet Trico z czasem powszednieje, gdy wszystko idzie jak trzeba, a gracz wie już, że nie musi się o niego obawiać. Nie ma w tej grze prawdziwej stawki. Takiej, na którą miałbyś wpływ. Bardzo brakowało mi jakichś tarć, mogących ożywić tę relację, która często zwyczajnie cichnie, gdy każdy wie co ma robić, bo robił to już tuzin razy. Powszednieją też fragmenty, gdy jednak Trico ma kłopoty. „Wstawaj, wstawaj – nie udawaj” i do przodu.

Cieszę się, że wreszcie mogłem zagrać w The Last Guardian. Łyknąłem grę na dwa długie posiedzenia. I każdy fan poprzednich dokonań Fumito Uedy też pewnie powinien. Choć dla swojego dobra jeszcze nie teraz. Kto wie – może załatają część problemów. Ale nie zakochałem się. I trochę mnie to dziwi, a bardzo rozczarowuje. Gra jak gra. „Inna” – to prawda, ale chciałem się w niej zakochać, a ostatecznie zostaniemy tylko przyjaciółmi.

Komentuj
(0)
Facebook Twitter Google Wykop
Udostępnij