Zmien skórke
Logo Polygamii

Blog - Git Gud

01.09.2016

Drzwi Gildii Magów uchyliły się lekko, na tyle jednak, że już od ulicy dało się słyszeć zgryźliwy głos starego maga – Czyż nie byliśmy dziś umówieni na lekcję, Ultusie?

Veigh obejrzał się na dzierżącego drewnianą, starszą chyba od niego samego lagę Andrasiena i odpowiedział – Trafił mi się dobry kontrakt.

– Kontrakt dla twojego miecza, jak mniemam?

– Starcze, – odpowiedział, choć w głosie słychać było pewien szacunek dla rozmówcy – znów chcesz mi wykładać wyższość swoich sztuczek nad dobrym ostrzem? Dobrze wiesz, że pracuję z wami dla złota.

– Nie wyższość, a wagę. Może większą niż mają twoje ukochane monety. Widzę w tobie potencjał, Ultusie Veighu. Szkoda by było, gdyby przepadł w pieczarze jakiejś pomniejszej poczwary.

– W pieczarze Ognistej Daedry, Andrasienie. A twoje lekcje też kosztują, przypominam – uśmiechnął się do starego, tym razem ze szczerą sympatią.

– Wiesz, że Gildia ma swoje zasady – mruknął pod krzaczastym wąsem wyglądający na nieco zakłopotanego mag. – Cóż. Do zobaczenia wkrótce, mam nadzieję.

Drzwi Gildii Magów otwarły się na oścież i Ultus Veigh ruszył w podróż do Wiedźmiego Siedliska.


* * *

 

Ściany komnaty nie kryły żadnych dźwigni. Żadnych ukrytych przejść. Był tego pewien. Veigh spędził tu już niemal dzień i smród ciał szczurów i wielkich nietoperzy zaczynał dawać mu się we znaki.

– Dziewiątko, zlituj się, przecież musi tu gdzieś być! – warknął sam do siebie.

Podróż trwała przeszło tydzień i na szczęście poza kilkoma ulewami, przebiegała nad wyraz spokojnie. Z kontraktem w ręku nie miał problemu ze znalezieniem opanowanej przez kult, przysypanej czasem fortecy. Biedacy, mogliby długo jeszcze bawić się swoimi prymitywnymi kośćmi i wywarami, gdyby tylko nie przywołali Daedry. A to nie mogło ujść uwadze Gildii.

Choć mieli pośród siebie wielu wojowników, żaden nie stanowił dla Veigha wyzwania. Ich truchła rozkładały się w różnych miejscach lochu od dobrego tygodnia, a Ultus klął na czym świat stoi, bo rzekomej Daedry nigdzie nie było. Owszem, miał w zgromadzonych opodal wejścia łupach sole ogniste z Atronacha, ale to jednak pośledniejszy typ poczwary, niegodny aż takiego zainteresowania Gildii.

Fortecę otwierała ogromna, wielopoziomowa hala. Że taka budowla, zajęta przez byle szamanów, może ciągnąć się bez końca, przysypana górskim zboczem, świadczy chyba dobitnie o tym, jak stare jest Imperium. Już z pierwszego pomieszczenia można było ruszyć w cztery różne jej części, a pośród zaśniedziałych skarbców, obdartych komnat i miejsc kaźni trafił jeszcze na dwie niemal równie wielkie sale.

Loch, który teraz przeszukiwał, znajdował się na końcu kanału. Początkowo przegapił to przejście – nikomu nie pali się do nurkowania w cuchnącej sadzawce kultystów. I po co? Żeby tępić ostrze na kościach mrocznych gryzoni?

Właściwie było tylko jedno miejsce, którego jeszcze nie zbadał.

 

* * *


Andrasien z widoczną przyjemnością przesypywał żarzące się kryształy. Veigh dziwił się, że stary nie dostaje bąbli od oparzeń. Może chroniła go jakaś magiczna sztuczka?

– Sole ogniste. Dobry sposób by alchemią zyskać moc tarczy ognia. Ale oczywiście nie jedyny! – Starszy mag z równie wielką przyjemnością odczytywał myśli młodszego kolegi.

– Nie po taką lekcję przychodzę, Starcze.

– Ach tak, widziałem. Kontrakt na Ognistą Daedrę znów jest na tablicy. Rezygnujesz, Veigh?

– Po prostu jeszcze nie skończyłem. Potrzeba mi jedynie nowych środków.

– Środków magicznych, jak mniemam! – Stary mówił głośno, nawet nie próbując ukryć zadowolenia.

– Środków magicznych. – Veigh przytaknął bez wdawania się w sprzeczki. Ambicja nie pozwalała mu tak po prostu zrezygnować z misji, a choć kontrakt mógł być teraz dostępny dla dowolnego innego członka Gildii, ze swoją znajomością miejsca i drogi powinien ich wyprzedzić nawet jeśli zamarudzi nieco u Andrasiena.

– Potrzebuję opanować sztukę lewitacji.

 

* * *

 

Chwiejność, roztrzęsienie i niepokojąca pustka w klatce piersiowej – na tych objawach w ciele Veigh starał się nie koncentrować, kiedy niezdarnie wspinał się z magicznym nurtem ku sklepieniu głównej hali Wiedźmiego Siedliska. Ledwie wylądował na krawędzi okalającej kopułę półki, usłyszał ryk nie z tego świata.

Daedra biegła ku niemu i z każdym jej krokiem robiło się oraz goręcej.

Sięgnął miecza. Sparował pierwszy i drugi zamach szponów. Poczuł, jak rozgrzewa się rękojeść. Przeturlał się pod trzecim i ciął. Znów ryk i znów szpony tuż nad jego głową, tak ciepłe, że czuł swąd przypalanych włosów.

Pchnął jeszcze raz na oślep i odskoczył, z trudem łapiąc oddech. Powietrze wokół rozjuszonej bestii było zbyt gorące.

Ale Daedra kulała. Veigh uśmiechnął się w duchu i ruszył na przeciwnika, którego ciosy nie mogły go już teraz sięgnąć. Potwór wziął szeroki zamach, a człowiek pewnie prześlizgnął się obok, po czym mrok kopuły rozświetliła kula ognia i mężczyzną rzuciło o ścianę. Odbił się i sturlał ku krawędzi.

Kiedy spadał, nie czuł ani swądu spalonych włosów, ani smrodu spalonego ciała. Bardzo starał się poczuć chwiejność i roztrzęsienie, i nawet tę niepokojącą pustkę, zanim roztrzaska się o przedwieczne kafle hali.

 

* * *

 

– Prawdziwe Serce Daedry! – Skarbnik lokalnego oddziału Gildii Magów był pod dużym  wrażeniem. – To kontrakt z Wiedźmiego Siedliska, tak?

– Owszem.

– Wielka twierdza, kultyści i na dokładkę Daedra. Gratuluję.

– Dziękuję. Oczywiście na gratulacjach się chyba nie skończy?

– Tak, tak. Gratulacje i ciężka sakiewka.

– Wspaniale.

Przez dłuższą chwilę ważył w dłoni woreczek, po czym ruszył do wyjścia.

– Powiedz mi jeszcze… – zawołał za nim skarbnik. – Jakim sposobem radzisz sobie z tak ciężkimi kontraktami? Musiałeś pokonać nie tylko z potwora, ale też właściwie całą zgraję rozjuszonych prymitywów z żelazem w rękach!

Andrasien uśmiechnął się tajemniczo pod wąsem.

– Dyplomacja, mój drogi. Wiele rzeczy można załatwić dyplomacją.

 


 

Daggerfall ma już dwadzieścia lat. Po raz pierwszy gracze mogli zagubić się w jego świecie trzydziestego pierwszego sierpnia tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego szóstego roku.

W prezencie ode mnie grafomańska być może relacja z przygody, która, jeśli w ogóle się wydarzyła, to miała szansę zaistnieć tylko tam. W krainie zawiłych intryg, gdzie zadania należało wykonywać w terminie, niepowodzenie obniżało rangę w gildii, lochy ciągnęły się bez ładu i składu, a wybuchające zaklęcia bezlitośnie rzucały bohaterem po ścianach.

O urodzinach gry pamiętał Rock Paper Shotgun. Sam bym nie pamiętał, bo smakowałem Daggerfalla długo po Morrowindzie, a ogólnie też nie przywiązuję w życiu szczególnej wagi do dat.

Ale ciężko powiedzieć, czy pamięta o nich sama Bethesda. Ich profile społecznościowe milczą w temacie. O dziesięcioleciu Morrowinda pamiętali. Może Howard i spółka nie uważają, żeby warto było przypominać o tytułach, za które nie biorą już pieniędzy?

Paweł Kumor

Komentuj
(6)
Facebook Twitter Google Wykop
Udostępnij

  1. 17:51 01.09.2016
    ks.Ignacy

    Świetna gra i jej ogromny obszar do dziś robi wrażenie. Pamiętam recenzję tej gry w „Joysticku” Kazimierza Kaczora.

    Ukryj odpowiedzi()
    • gsg
      20:20 01.09.2016
      gsg

      I nie narzekał na bugi? Podejrzewam, że gdyby były w 96/97 dostępne jakieś media o zasięgu dzisiejszego internetu, gra byłaby „skandalem” na miarę No Man’s Sky.

      Choć może gracze zupełnie inaczej podchodzili wtedy do zawartości – kolega, który ogrywał Daggerfalla w jego czasie opowiadał mi, jak nie wiedział, że można korzystać z mapy i po prostu szlajał się po świecie z buta, tłukąc jakieś pająki. Z kolei Paweł Schreiber pisał kiedyś o próbach przypodobania się szlachcie w pałacach.

      Ukryj odpowiedzi()
      • Aferzysta
        22:04 01.09.2016
        Aferzysta

        A to nie jest tak, że Buggerfall w ’96 był naprawdę dobrą grą z ciekawym światem, mechaniką itp. itd., nie był bullshitem z masą niespełnionych obietnic na miarę NMS. Jedyne co IMO łączy go z NMS to fakt, że ogrom kiepsko zagospodarowanej przestrzeni potrafi zanudzić, co nie zmienia faktu, że daggerfallowe Tamriel robiło furorę w ’96, pomimo tego, że wielkie terytorium było źródłem wielkiego bugowiska.

        Zresztą, sporo RPG-ów cierpiało ówcześnie na bugi, w tym Baldury 🙂

        Ukryj odpowiedzi()
        • gsg
          22:28 01.09.2016
          gsg

          Inne czasy, brak hype’u, brak preorderów – może i nie byłby aż takim skandalem, ale niechlubne przezwisko Buggerfall nie wzięło się znikąd.

          Sam nie pamiętam, bo w domu miałem 286, katowałem Prehistorika 2, a pierwszą prasę tematyczną kupiłem rok później. Ale z tego co czytałem na TESowych forach, przyjęcie miał mieszane. Wersja dostępna dziś jest mocno połatana (co nie znaczy że idealna) – w pierwotnej mogły wystąpić bugi uniemożliwiające ukończenie gry. Jest na Poly jeden taki, który mi ostatnio przypominał, jak wystawił grze 1/10 za coś takiego.

          Dla mnie Zatoka Iliac z TESII robi furorę do dzisiaj (ktoś w ogóle próbował kiedykolwiek później robić podobną grę?), podobnie zresztą jak NMS (w które nie będę grał, bo surwiwale nie są moją filiżanką herbaty). Naiwna, straceńcza ambicja – coś czego Bethesdzie od dawna brakuje.

          Pisałem już zresztą, że kibicuję NMS, bo chciałbym znów zobaczyć takiego TESa:
          http://polygamia.pl/blog/the-skys-not-the-limit/

      • 17:24 02.09.2016
        ks.Ignacy

        Nie narzekał i ja też nie narzekałem a grałem w tę grę długie miesiące. Zdarzało się, że gra wywala się do Dosa, ale robiło się często save i bardzo nie przeszkadzało.
        Do NMS bym nie porównywał. NMS to coś jak Frontier Elite II

        Ukryj odpowiedzi()
        • gsg
          17:36 02.09.2016
          gsg

          Widać ciągnąca się za grą legenda, jak to legenda, pewne fakty wyolbrzymia. Chętnie poczytałbym recenzje sprzed dwudziestu lat, zamiast posiłkować się wspomnieniami z internetowych dyskusji. Szukałem nawet odcinka Joysticka o którym wspominałeś, ale chyba nikt nie zdecydował się zarchiwizować go na YT.

          Oczywiście w zestawieniu TESII z NMS nie chodzi mi o gameplay tytułów, a o trudne do okiełznania techniki proceduralnego generowania światów.

O Autorze

gsg

gsg

O mnie:
Gram w Soulsy, TESy, metroidvanie, indyki i różne starocie. Wiecie, slow-gaming (pisał o tym Paweł Kamiński ostatnio? "Patient gaming"), skoro w XXI wieku trendy jest być slow-cośkolwiek. Tylko ja byłem wcześniej (GSG, to ja, znaczy Gnuśny, czyli slow, c’nie?), więc WCALE NIE JESTEM JAKIMŚ HIPSTEREM OD GRANIA. Nie no, żarcik. Wiadomo, że to żadne slow-gaming. To wyprzedaż-gaming. Blog mógłby się nazywać gry z promocji, ale wstyd mi było słomy w butach. Kontakt: pawelkumor (at) outlook.com

Wróć do listy postów