Zmien skórke
Logo Polygamii

Blog - Świeże spojrzenie na gry. Może zbyt świeże...

24.10.2017

Znowu gry z WGW można było zobaczyć już wcześniej, na letnich targach.
Znowu w sobotę z trudem łapało się oddech pomiędzy kilkudziesięciometrowymi kolejkami.
Znowu przed sceną GRY-OnLine nie było krzeseł.
Znowu Nintendo pojawiło się na targach.
Znowu bawiłem się świetnie.

Zwłaszcza, że w tym roku „podbijałem kartę” codziennie – od 13 do 15 października, bo też nie musiałem przejmować się biletami (dziękuję za akredytacje organizatorom). Tym bardziej, zadanie ciągłego zajmowania mojej uwagi było znacznie trudniejsze. Już chyba zdradziłem, że chociaż w jakimś stopniu to zadanie zostało wykonane, ale brak żadnych rewolucyjnych zmian na Warsaw Games Week wiąże się brudem. O, tu, za uszami.

To ja może oprowadzę…?

Standardowo – 3 hale: jedna z kolejnym wielkim „X” do kolekcji w marketingu „XboX One X” (+ Ubisoft i Nintendo), druga dla sceny GoLa i straga… sklepików z pamiątkami (hol) oraz trzecia, w której dominowały Playstation i Cenega.

Aha. Zapomniałem o hali 4, która rok temu była niedostępna. W tej edycji okupował ją LifeTube Video Fest, wraz ze strefą gier planszowych. Youtubowa impreza teoretycznie była połączona z WGW, ale została bardzo, ale to bardzo źle oznaczona. Na tyle, że w relacji z pierwszego dnia dostarczonej przez organizatorów trzeba było przypomnieć, gdzie znajduje się hala 4. Dodatkowo, piątek (13th! Sto lat Jason) był dosyć luźnym dniem, a powierzchnia tego ogromnego pomieszczenia nie została w pełni wykorzystana – wiało pustką.

Na szczęście „jutuba”, już w następnym dniu frekwencja była przytłaczająca, więc zarówno strefa planszówkowa, jak i główna scena wyglądały tak jak powinny – zapełnione.

Ale zaczynam uciekać od tematu. Wyobraźcie sobie, że w ciągu tych trzech dni nie udało mi się ograć wszystkiego, nawet pomimo spędzenia w EXPO XXI ok. 15 godzin łącznie (w tym większość czasu to piątek, z kolejkami do atrakcji zredukowanymi do minimum). Z tego powodu, jeśli sami nie macie czasu na czytanie tego tekstu, zwracajcie uwagę na zaznaczone pozycje, w które grałem i opisałem dokładniej.

W każdym razie, przybyłem, bez mała 20 gier zobaczyłem, ale nie wszystkie zwyciężyłem. Większość z nich można było spotkać na E3 i Gamescomie, ale kto by chciał jeździć taki kawał by sobie w gierki pograć (no dobra – ja). Jak wiadomo, jedną z funkcji targów jest złapanie odbiorców i ograbienie ich ze wszelkich środków na koncie w taki sposób, żeby ofiary jeszcze miały z tego radochę. Dlatego, teraz wcielę się w takiego klienta (gdybym już nim nie był) i zostawię mój portfel pomiędzy stoiskami. Niech się biją o jego zawartość.

Hala 1 – Microsoft, Nintendo, Ubisoft

Microsoft:
No i co ja mam z wami zrobić… Forza Motorsport 7, PES 2018, Age of Empires: Definitive Edition i tyle. Może… Może po prostu zacznę, bo o dwóch ostatnich grach i tak nie mam co pisać – Pro Evo nie wiele zmieniło się od czasu demo (oprócz Neymara na materiałach promocyjnych, hłehłe), a AoM – nie wiele od 20 lat. Może trochę wypiękniało, ale gdyby ktoś ruszał trzon rozgrywki to musiałby się liczyć z wąglikiem w kopertach.

Forza jest jak zwykle rewelacyjnym symulatorem (chociaż w te od czasu FM4 gram nieczęsto), ale zdecydowanie coś poszło nie tak. Screen tearing, niska rozdzielczość i ciemnoszara oprawa graficzna jak w Driveclubie. Może to kwestia tego, że grałem na zwykłym „magnetowidzie”, a możliwe, że wpłynęły na to inne, nieznane mi czynniki. Niezależnie od przyczyny, odchodziłem od konsoli z obrzydzeniem (była też możliwość zagrania w bardziej cywilizowany sposób, z fotelem i kierownicą – tam gra wyglądała znacznie lepiej).

Ubisoft:

Tak jak wspominałem, nie podołałem wyzwaniu sprawdzenia każdego tytułu na WGW i chyba najbardziej ubolewam nad Transference, psychologicznym horrorze VR z Elijah Woodem. Na trailerach zapowiada się meta-grą z całkiem ambitną, wielopoziomową fabułą, a mnie nie chciało się poczekać 15 minut w kolejce. Szkoda.

Na osłodę: South Park: Fractured But Whole, które już jest dostępne w sklepach. Przyznam się, że nie grałem w pierwowzór od Obsidian Ent., a serial oglądam sporadycznie. W związku z tym, byłem zaskoczony, że gra może tak dobrze oddać klimat materiału źródłowego. Żartów nie będę tłumaczył, bo nie wypada, system walki jest przyzwoity – inspirowany kafelkową strategią turową, a warstwę RPG trudno ocenić po pierwszych 20 minutach gry. Jedyne co może się gryźć ze sobą, to system wydawniczy gier komputerowych i serialu. Nawet jeśli nowe części będą wydawane co rok (a uwierzcie mi – jest na to spora szansa), to nie dotrzyma to kroku Parkerowi i Stone’owi, którzy potrafią zmontować odcinki z dnia na dzień i dostarczać swoje satyryczne komentarze na bieżąco. Ano i na PS4 potrafiło klatkować, ale po premierze nie widzę, żeby ktoś narzekał.

Niewiele za to mogę powiedzieć o skrajnie proamerykańskich grach Ubisoftu Far Cry 5 i The Crew 2, które były mi obojętne (podobnie jak poprzednie części tych dwóch gier). Na komputerach Asusa znajdował się ten sam, dosyć krótki trial, na którego podstawie odbyła się prezentacja z tegorocznego E3.
Natomiast Far Cry 5 ciągle jest Far Cry’em i jak można się domyślić, jedynymi zmianami w rozgrywce są miejsce akcji oraz samolocik. Proszę się rozejść.

Przejdźmy do wisienki na torcie i popatrzmy na nowe Assassin’s Creed: Origins, któremu nawet udało się mnie oczarować. Zastałem Bayeka (ostatniego z Medjay – elitarnych zwiadowców służących faraonom) pośrodku uroczej pustyni, przywołałem wierzchowca (wielbłądy też są!) i ruszyłem poznawać Egipt u władzy Kleopatry VII Ptolemejskiej. I jak nie miałem szansy pomagać mojej przełożonej w ustabilizowaniu jej władzy, tuż po opuszczeniu tronu jej brata i męża (!) Ptolemeusza XIII, tak starożytny Egipt sam w sobie był wystarczająco zajmujący. Gdy dotarłem do pewnej odnogi Nilu, dałem się ponieść z prądem moją nową, ordynarnie przywłaszczoną łodzią. Po kilku minutach moja przewrotna moralność kazała mi zareagować na przemoc kapłana wobec dziecka z przybrzeżnej wioski. Mężczyzna usprawiedliwiał się domniemaną kradzieżą, ale okazało się, że to żołnierze Ptolemeusza zagrabili ten przedmiot. Szczerze, nie pamiętam co tak naprawdę musiałem odebrać z wojskowego statku i nie mam możliwości tego sprawdzić, ponieważ każdy pokaz w sieci skupia się na czymś innym. Na stoisku Ubisoftu pozostawiono graczy samych sobie, bo tak powinno się prezentować sandboxy.

Co do systemu walki: animacje są drętwe, a kolizje niedokładne, ale wreszcie jest inny i z tego powodu starałem się nie zwracać uwagi na jego przywary. Największą zaletą jest jego interaktywność i fakt, że moja pierwsza próba starcia z adwersarzami zakończyła się niepowodzeniem. Jest też dron, tzn. orzeł Senu, który, choć przydatny przy rekonesansie, ciągle jest stałym elementem Ubi-game, wepchniętym bez krztyny elegancji (ciągle nie wiem jak się zatrzymuje w miejscu i jak jest połączony z głównym bohaterem). Wracając do misji pobocznej – porównania do Wiedźmina 3 nie są bezpodstawne, bo sidequesty są dosyć złożone i po uwolnieniu chłopca z rąk kapłana, duchowny wyjaśnił sytuację atakując nas: okazało się, że ten był sojusznikiem Ptolemeuszy, a dzieciak faktycznie chciał ukraść artefakty. Może AC: Origins nie jest kandydatem do gry roku, ale zapewniam, że każdy wciągnie się w wir aktywności pobocznych. O ile nie wystraszą was błędy i optymalizacja – laptop Alienware, na którym grałem mógł mi posłużyć za ogrzewacz do rąk, a ciała przeciwników wnikały w podłoże i podejrzanie drgały.

Nintendo:
WGW to także świetna okazja dla Nintendo do promocji w Polsce, a ich stoisko cieszyło się sporym zainteresowaniem. Nic w tym dziwnego, bo rzeczywiście: Splatoon 2 z ruchowym sterowaniem, turowe Mario vs. Rabbids i genialny sandbox Breath of the Wild to unikalne gry i coś niespotykanego dla polskiej publiczności. Gry komputerowe praktycznie dla każdego, gdzie ten enigmatyczny „każdy” będzie się dobrze bawił, niezależnie od wybranego tytułu. No chyba, że…

…zagra w FIFA 18 na Switcha. Nie widziałem jeszcze dobrej piłkarskiej gry na handheldy, która dorównywałaby temu co możemy zobaczyć na dużych ekranach i w tym roku sytuacja się nie zmieniła. Zastrzegam, że to nawet nie jest kwestia grafiki, która jak na standardy HD wygląda nieźle. Kontrolery Nintendo po prostu nie pasują do sterowania zawodnikami, głównie przez swój rozmiar. Na domiar złego, gra ze sztuczną inteligencją to znowu koszmar, bo ta nawet na niższych poziomach trudności przetrzymuje piłkę za wszelką cenę (co poprawiono na konsolach ósmej generacji i PC-tach właśnie w tej odsłonie). Chyba nie doczekam się przenośnej gry piłkarskiej.
Co ciekawe, Nintendo było jedynym stoiskiem, które na banerach chwaliło się produkcją EA – FIFA 18 na innych konsolach była widoczna tylko na stoisku Manty i w boksie youtubera PLKD.

Dla uspokojenia zszarganych nerwów (zagrałem chyba 4 mecze na różnych poziomach trudności) podszedłem do stanowiska z Super Mario Odyssey i już teraz mogę uznać, że będzie kolejnym powodem do zakupu konsoli Nintendo. Pełne wykorzystanie możliwości Switcha, pomysłowe zagadki, absurdalny kapelusz hydraulika, który (uwaga: przechodzę na wyższy poziom abstrakcji) potrafi przechowywać osobowość Mariana. Nie wiem jak to działa, ale działa. Ogólnie, przechodząc całe stoisko Nintendo czułem się jak rozpuszczony bachor, kiedy zmieniałem co 20 minut swoją ulubioną zabawkę.

A skoro mowa o konsumpcjonizmie, to obok stał ogromny sklep MUVE z wyprzedażą takich gier, jak Rayman Legends i kompletna edycja Metro: Last Light Redux po 15 zł. Nie zabrakło również strefy z gadżetami i edycjami kolekcjonerskimi – Crix z kanału Kolekcjonerzy był wniebowzięty.

Hala 2 – GRY-OnLine.pl

Scena GoL’a, podobnie jak na Cracow Game Days, nie zawiodła. Koncert zespołu Percival Schuttenbach (w repertuarze: ścieżka dźwiękowa Dzikiego Gonu), KrokietKast na żywo w temacie skrzynek z lootem i mikropłatności (szkoda, że bez Ojca Makuły) i oczywiście możliwość porozmawiania z twórcami największego serwisu o grach w Polsce (zabrzmiało jakbym pisał materiał promocyjny). Co najważniejsze, krakowianie przygotowali pokazy gier na dużym ekranie i rozmowy z ich autorami (np. Ancestors od Destructive Creations) czego zdecydowanie brakowało na innych scenach. Organizatorzy muszą zrozumieć, że osoby, które przyszły na jeden dzień np. w sobotę, nie mają czasu stać 30 minut w długich kolejkach by pograć w dany tytuł 15 minut. Takie pokazy to klucz do zadowolenia tychże osób i nic by się nie stało, gdyby zostały wprowadzone w zamian za kilka mniej konkursów wiedzy o Call of Duty.

Hala 3 – Cenega, Sony, IMGN.PRO

Cenega:
O wilczym kamieniu mowa. To znaczy o pokazach. To znaczy o pokazie Wolfenstein: The New Colossus. Nie grałem w niego, ale prezentacja… Podobała mi się, a środki jakie w niej wykorzystano – jeszcze bardziej. Niby to szczegóły, ale ekran znalazł się w małym pomieszczeniu ochrzczonym słowem (trochę na wyrost) – „Kino”. Ekran duży, nie więcej niż 50 osób obok, świetna akustyka. Połączmy to z widowiskową i szybszą (względem The New Order) rozgrywką, oraz z genialną muzyką Micka Gordona (znany z: Doom 2016). Materiał źródłowy był wystarczająco wymowny, więc pokaz nie potrzebował prezentera. Dodam tylko, że fabuła prezentuje się trochę zbyt zwyczajnie, a łże-kaznodzieja Horton zapowiada się na kolejnego Świra Z Gry Komputerowej.
Warto także wspomnieć o kontrowersyjnym chwycie marketingowym jakim był specjalny pre-order gry z koszulką, dostępny w Polsce tylko przez te 3 dni na stoisku Saturna.

Poza tym, zagrałem w bardzo wciągającego Frostpunka (syndrom jeszcze jednego dnia obecny), baśniowy jRPG Ni No Kuni II: The Revenant Kingdom, oraz w Ancestors – klasycznego RTS’a, gdzie w rolach głównych występują europejscy przodkowie wielu nacji z północy – Anglosasi, Germanie, Wikingowie i oczywiście Słowianie. Warstwa taktyczna niczym się nie wyróżnia, ale starcia są wyjątkowo „fizyczne”. Kiedy bezmyślnie ruszasz miecznikami na piki adwersarzy, to najpewniej stracisz cały oddział (wcale tak nie zrobiłem). Skutki takich błędów, czy to przeciwnika, czy własnych można szybko zauważyć na bezbłędnych animacjach i fizyce w ruchu ciał. Zadziwiające jest to, jak przyzwoicie wygląda ta gra i jak przyjemnie spędziłem z nią czas, bo Destructive Creations dotychczas żerowało na kontrowersyjności (m.in. niemożebnie nudnym Hatred).

Dobre wrażenie również sprawiło na mnie Monster Hunter World. Uprzedzam, że gry z serii wydane na konsole Nintendo są mi kompletnie obce, ale za to przy Monster Hunter Freedom Unite na PSP spędziłem długie godziny. Chętnie bym tak zrobił z najnowszą grą Capcomu, która po raz pierwszy w historii serii zmierza na PS4, XONE i PC. Od zapowiedzi na tegorocznym E3 pomysł przeniesienia gry handheldowej na platformy stacjonarne wydawał się osobliwy, ale po chwili grania wyrobiłem sobie odmienne zdanie. Fundamenty rozgrywki składające się z polowań na potwory, crafting i robienie idealnych steków zostały urozmaicone dzięki mocy obliczeniowej stojącej za ósmą generacją konsol. Kraina wreszcie bliżej przypomina żywy ekosystem, niż jego makietę, lokacje nie są poszatkowane ekranami ładowania, a MHW wygląda pięknie. Z drugiej strony, ten trzon gry ulepszany od lat, ciągle jest złożony i po prostu dziwny dla europejskiej publiczności. Na stoisku Monster Huntera brakowało kilku osób do wytłumaczenia zasad gry, bo łapiąc za pada od PS4 zwiedzający nurkowali po uszy w zbieractwie i mechanikach łapania największych potworów. Widziałem jak po 5 minutach kolejne osoby odbijały się od gry, szczególnie, że polskiej wersji też zabrakło. Mimo kiepskiej organizacji, to będzie jeden z najlepszych Monster Hunterów, czekam z niecierpliwością.

A stoisko wydawnicze Cenegi zawierało jeszcze więcej atrakcji, ale już je sobie odpuściłem, dlatego tutaj macie listę:

  • Dragonball Fighter Z
  • Lego Marvel Super Heroes 2
  • Sonic Forces
  • Project Cars 2
  • Śródziemie: Cień Wojny
  • Total War: Warhammer II

Sony:
Zachwyt wirtualną rzeczywistością zdążył osłabnąć przez rok, a PSVR usunęło się w cień – na „goglach” można było zagrać w Farpointa i Bravo Team. Ja wybrałem drugą opcję, ale szybko tego pożałowałem. I nie mam na myśli nudności, bo z moim błędnikiem jesteśmy na „ty”. Kontroler Playstation przeznaczony dla FPSów w wirtualnej rzeczywistości może i jest funkcjonalny, ale jego działanie pozostawia wątpliwości. Wiem, że to pewnie kwestia kalibracji, ale strzelanie i poruszanie się (od osłony do osłony) zależy od niego, a obsługa nie potrafiła jej okiełznać. Zwłaszcza, że liniowy fragment Bravo Team w ogóle nie wymagał umiejętności i uwagi gracza, a wizualnie, walka na moście była po prostu szara.

Do atrakcji na PS4 należały jeszcze: Destiny 2 (a ja ciągle uważam, że to nudniejsze stylistycznie Borderlands jest), Gran Turismo Sport (podstawka + dosyć ograniczony tryb VR) oraz bitwy w przestrzeni kosmicznej Star Wars Battlefront 2, które może nie pozwalają na infiltrację krążowników od środka, lecz ich warstwa taktyczna przynajmniej trochę zbliżyła się do pierwowzoru od Pandemic.

A z racji tego, że nowa gra Davida Cage’a zbliża się wielkimi krokami tooo… mogliśmy zagrać we fragment rozgrywki Detroit: Become Human z E3 2016 (specjalnie podkreśliłem, żeby nikt nie miał wątpliwości jak marketing stoi w miejscu). Wcielamy się w androida spełniającego rolę detektywa, który ma uratować dziewczynkę z rąk drugiej, zbuntowanej maszyny. Klasycznie, pojawia się pytanie o to ile jest pierwiastka ludzkiego w androidzie co w dosyć oklepany i prymitywny sposób wywiera wrażenie. Jak wygląda rozgrywka – można się domyślić, jeśli grało się chociażby w Heavy Rain. Jaki by nie był mój odbiór takiej formy rozgrywki, dobrze jest przekonać się na własnej skórze, że to ile zrobimy ma wpływ na zakończenie sekwencji (oprócz liczonej procentowo szansy na powodzenie misji). Ja tylko uratowałem dziewczynkę, a sam spadłem z „usterką” na ulice Detroit, śnić o elektrycznych owcach (ok. 80%), ale już towarzyszący mi BartekGM musiał bezradnie patrzeć na „śmierć” wadliwego androida z rąk policyjnych snajperów (99%).

IMGN.PRO:
Nie oczekiwałem wiele po stoisku z indykami na tak dużej imprezie, ale okazało się, że polski wydawca, jako jeden z niewielu, wiedział co wystawia na WGW 2017.

Spędziłem aż 40 minut z Seven: Days Long Gone, kiedy u mojego boku stał nieco zestresowany, ale przygotowany do tłumaczenia wystawca. To już zalicza się na plus, ponieważ sam prawdopodobnie poruszałbym się po wyspie więziennej Peh jak we mgle. Chociaż nawet z przewodnikiem, post-apokaliptyczny świat z odradzającym się społeczeństwem nie należy do najgościnniejszych. Zaczynając od podstaw, głównym bohaterem jest złodziejaszek Teriel (o zbliżonym charakterze do E. Kenwaya z AC: Black Flag), opętany przez swojego nowego towarzysza – ducha Artanaka, reprezentanta dawnej cywilizacji. Przy takim opisie gry łatwo dostać uczucia déjà vu, prawda? Jednak to wyspa Peh gra pierwszoplanową rolę i jest naprawdę duża – wzdłuż, wszerz oraz wertykalnie. Przy takiej wielopoziomowości przydatny jest system free-running, który, nawet jeśli nie wprowadza zmian do formuły znanej z Dying Light, to wystarczy, że odbywa się z perspektywy izometrycznej. Trochę się zdziwiłem, kiedy świeżo po trafieniu do tej kolonii karnej mogłem pójść gdzie tylko chciałem. Przesadzam? Nie, chociaż Peh jest podzielone na strefy, a do każdej potrzebna jest przepustka. Przepustka lub odpowiednia droga. Praktycznie z marszu, za radą wystawcy, przekradłem się obok strażników do drugiego dystryktu, którzy i tak później zaczęli mnie gonić, więc wykorzystałem magię Artanaka do „mignięcia” (takiego z Dishonored), skoczyłem ze zniszczonego mostu na skały i wylądowałem w dolinie wypełnionej trującym gazem. Żeby po niej się przemieszczać potrzebowałem maski przeciwgazowej, której oczywiście nie posiadałem. Mam nadzieję, że takie będzie całe Seven. Mieszanka tego co znamy z popularnych gier akcji i przyczynowo-skutkowy ciąg problemów do rozwiązania przy takiej eksploracji poza prawem.

A to nie wszystko, bo oprócz minimalistycznego survivalu Symmetry oraz ETS 2 na „ciężkim sprzęcie”, dostępna była platformówka My Memory of Us osadzona w fikcyjnym getcie, zarządzanym przez zmechanizowanych okupantów. Prowadzimy dwie postacie – nieśmiałego chłopca i rezolutną dziewczynkę. Gracz rzadko kiedy steruje obojgiem jednocześnie – tylko, gdy oboje trzymają się za ręce. W dużej mierze, na tym będą polegać zagadki logiczne i zręcznościowe – wykorzystywaniu mocnych stron tej jakże słodkiej pary. No, ale czy będzie słodka, czy jednak nie, o tym zadecyduje ciężki klimat oraz dwuznaczność w infantylnie narysowanym świecie. Bohaterowie bowiem, odziedziczyli kilka cech Vault-Boya z serii Fallout, a przez kolejne poziomy będą się przewijać postacie inspirowane znanymi osobami z czasów okupacji niemieckiej w Polsce. Nie będzie to przedstawione dosłownie, ale chyba każdemu uda się rozpoznać Janusza Korczaka, a możliwe, że też innych (przeglądając materiały promocyjne zwróciłem uwagę na człowieka fotografującego ślub w getcie. Scena była tak wymowna, że od razu skojarzyłem go z Henrykiem Rossem). Myślę, że odbiór będzie zależał od tego, w jakim stopniu widz będzie zaangażowany emocjonalnie w losy dzieci, których spojrzenie na wojnę może stać się tylko tanim chwytem.

Podsumowanie

Powoli kończąc, zastanawiam się co zrobiło na mnie największe wrażenie. Jeśli chodzi o strefę, wskazałbym na rozbudowaną Cenegę z masą nowych tytułów i wybitnym Monster Hunter World, chociaż Seven: Days Long Gone i Assassin’s Creed Origins mają przewagę w postaci tegorocznej daty premiery. Niemniej jednak, całej trójce wróżę powodzenie wśród graczy (tobie też, Super Mario Odyssey, ale od kilku miesięcy rwę sobie włosy z głowy, że nie kupiłem jeszcze Switcha).

Dużo stoisk ominąłem, bo zdążyłem się nauczyć, że WGW to sztuka selekcji. Dobrze, że dzięki sąsiadującemu LifeTube’owi nie brakowało także towarzystwa (na którym także należało dokonać selekcji…), ponieważ siłą takich imprez jest szansa na spotkanie się. Szczególnie, że gry w dużym stopniu przyciągają różnego rodzaju introwertyczne stwory. Ponad 33 tysiące stworów! Nie mam wątpliwości, o przyszłość WGW, bo to warszawski gamescom, jedyny taki w Polsce. Brakuje tylko tego pierwiastka E3, z większą ilością pokazów. Oby za rok.

jezuchrystemantaalemieliścieirytującegoprezentera
Komentuj
(0)
Facebook Twitter Google Wykop
Udostępnij