Zmien skórke
Logo Polygamii

Blog - Blogblogblogblog

29.08.2016

I nie skończę tego „hitu”. Zbyt dużo ciekawych gier wychodzi, bym miał zmuszać się do grania w coś na siłę i igrać z naturalnym cyklem snu.

No Man’s Sky największym rozczarowaniem roku? Rozmiary klapy faktycznie robią wrażenie, a mam przeczucie, że prędzej czy później Hello Games będzie musiało szukać argumentów mogących zbić oskarżenia o kłamstwa w kampanii reklamowej. Może dlatego firmy tak chętnie zwracają nabitym w butelkę graczom pieniądze – czują pismo nosem.

Hype train się wykoleił, ale ja nie do końca rozumiem trwanie w nim do samej katastrofy. No Man’s Sky nawet w formie obiecanej przez Murray’a zawsze było niedookoreśloną efemerydą. Grą zbudowaną z obietnic, której konkretów mogliśmy się jedynie domyślać.

Rozczarowanie? Ok, ale mnie bardziej boli fakt, że nie mam już sił do pewniaka wśród pewniaków – sequela pięcioletniego arcydzieła. Deus Ex powrócił i rozczarował mnie jak nic innego w tym roku. Nie miałem co do niego wątpliwości. Był skałą, na której oprzeć miał się powakacyjny wysyp hitów. Tymczasem został sprawcą dwóch sytuacji, przytrafiły mi się po raz pierwszy od nie pamiętam kiedy.

Najpierw zasnąłem. Nie mówimy tu o finale całonocnej nasiadówy. Zamknąłem roboczego laptopa, zjadłem obiad, pograłem kilka godzin i… zasnąłem z padem w rękach w którymś z wielu wirtualnych mieszkań, przy lekturze jednego z wielu maili znalezionych na jednym z wielu laptopów.

Pragnienie Pragi

Odpalając grę po raz pierwszy, przysiągłem sobie, że koniec sezonu indyczego, zwanego też ogórkowym, potraktuję poważnie – najwyższy dostępny poziom trudności i mocne postanowienie maksymalnego wczucia się w świat. Bunt Ludzkości miałem za sobą, wiedziałem, na co się piszę. Deus może wyglądać jak gra akcji na materiałach promocyjnych, ale to przede wszystkim RPG z krwi i kości, tak?

Wow – pomyślałem wchodząc do stacji praskiego metra wejściem dla „naturalsów”, co skończyło się wylegitymowaniem przez oficera policji i opryskliwymi uwagami pozbawionych wszczepów pasażerów. Zacząłem czuć na skórze mrowienie sugerujące, że płytka prędko nie wyskoczy z napędu. Eidos przyłożył się do stworzenia reaktywnego świata, który zamiast tłem będzie źródłem interakcji wciągających mnie na amen. RPG co się zowie!

Gdybym wtedy wiedział, że kilka chwil później będę okradał bagażniki radiowozów na oczach policjantów, bez krępacji zabierał sprzedawcom leżące przed nimi palmtopy z tajnymi hasłami otwierającymi sejfy na zapleczu, czy skakał po parapetach, włamując się gdzie popadnie, często wcześniej ustawiając pod nimi „schodki” z koszy na śmieci czy kartonów. Rzeczy nie do pomyślenia w Assassin’s Creed, w tym erpegu z krwi i kości przechodziły bez jakiegokolwiek komentarza.

Gdy pozbawiłem przytomności oprycha grożącego sklepikarzowi, jego kumpel stojący przed sklepem nie zareagował. Gdy kilka godzin później wracałem do tego miejsca i on, i jego śpiący kolega wciąż byli w tych samych miejscach. Świat cuchnie sztucznością i nie umiem przymknąć na to oczu. Nie w tej grze. Nie w sytuacji, w której przypadkiem (tyle multitooli, że żal nie złamać kolejnego zamka na drzwiach) włamałem się do mieszkania jednej z ważniejszych fabularnie postaci. Potem zhackowałem jej komputer i wyciągnąłem z korespondencji kilka wniosków.

Ja – Maciek Kowalik. Adam Jensen niczego nie odnotował. Żeby było śmieszniej, po kilku godzinach fabuła nakazała mi włamanie się do tego samego miejsca. Jensen nijak nie zareagował. Trzeba było iść tam jeszcze raz, znowu przeczytać te maile i… i niestety nie był to ostatni raz, gdy ja coś wiedziałem, Jensen powinien to wiedzieć, ale nie umiał połączyć faktów i przedstawić ich w formie opcji dialogowej. Choć może to i lepiej, bo na te ostatnie przykro się patrzy i jeszcze gorzej się ich słucha. Włączyłem sobie napisy, żeby móc szybko przewijać scenki, by oszczędzić sobie bólu związanego z okropnymi akcentami i modelami postaci. Erpeg co się zowie…

Deus, deus, kosmateus

W poprzedniego Deusa grałem „po cichu”. We wszystkie gry z opcją wyboru staram się najpierw grać po cichu, ale bez strategii zapisz i ładuj, gdy coś pójdzie nie tak. Improwizowanie, gdy plan idzie się kochać, też sprawia mi frajdę, Sam Fisher mi świadkiem.

Wspomniałem, że wybrałem wyższy poziom trudności? Wcale tego nie odczułem. Zaryzykuję (bo pamięć mam dobrą, ale krótką) stwierdzenie, że w Buncie Ludzkości przekradanie się przez poziomy wymagało więcej zachodu niż w sequelu, w którym szyb wentylacyjny czy dziura w płocie, względnie wada konstrukcyjna ściany znajdują się tak blisko siebie, że zakrawa to na kpinę. Nawet gdyby gracz dość szybko nie miał możliwości rozwinięcia hakowania, siły czy wysokości skoku do poziomu, który zapewnia mu komfortowy wjazd wszędzie, gdzie chce. Zwykle miałem też przy sobie wystarczającą ilość części do stworzenia multitoola radzącego sobie z zabezpieczeniami, których nie mogłem złamać.

ds

W Buncie kręcił mnie każdy punkt Praxis. Tutaj po kilku godzinach nie wiedziałem na co je wydawać. Bynajmniej nie dlatego, że nie wiedziałem, na co się zdecydować. Ot, miałem już wszystko, co było mi potrzebne do skradania. Eksperymentalne wszczepy nie były mi potrzebne (może poza zdalnym hakowaniem radia czy tv, bo przecież tak trudno Jensenowi zapukać w ścianę czy zagwizdać, żeby odwrócić uwagę strażnika). Ba, miałem to już w poprzedniej grze. Do jasnej cholery, ten element gry w Rozłamie Ludzkości nie został wzbogacony nawet na jotę.

Z aktywnych zdolności korzystałem tylko z widzenia przez ściany i niewidzialności. O tej ostatniej często zresztą zapominałem, przez system sprawnego przekradania się od osłony do osłony. A może przez fakt, że nawet w miejscu zamachu bombowego na dworcu, chcąc zbadać go dokładniej, mogłem spokojnie korzystać z hydraulicznego wysięgnika jakieś 15 metrów od zabezpieczających miejsce funkcjonariuszy. Albo ściągać ich elektrowstrząsami, jeśli tylko nikt nie patrzył (pal licho, że trafiony wydawał z siebie odgłosy, które powinny wybudzić kilka mieszkań dookoła). Na rozwalenie ściany też nikt zbytnio nie reagował.

Kilka chwil po daniu nura w kolejną misję fabularną potężny obuch nabity ćwiekami układającymi się w napis „deja vu” pieprznął mnie w tył głowy. Pięć lat dzielące premiery obu gier zniknęło, czułem się, jakbym grał czterdziestąktórąś godzinę w Bunt Ludzkości. Tylko już nie tak świeży, równie nieszczególny wizualnie i łatwiejszy do przejrzenia. Z fabułą, która może zapowiadała się dobrze, ale nie motywowała do działania tak jak w pierwowzorze. Sztuczny świat nie pozwalał wzbogacić dialogów. Liczba osób, z którymi dało się pogadać i tak była mocno ograniczona.

Nie, dzięki

I wtedy stała się druga z zapowiadanych wyżej rzeczy. Pewna pani (którą zresztą bardzo chciałem przesłuchać na okoliczność kilku maili, które sugerowały, że nie jest tym, kim się wydaje, ale nie mogłem, bo Jensen to pała), zapytała czy coś dla niej zrobię. Chciała dać mi nową misję poboczną. Zanim zdążyłem pomyśleć, kliknąłem odpowiedź odmowną.

Przepraszam, ale mam inne rzeczy do zrobienia„. I to jest moja opinia o Deus Ex: Rozłam Ludzkości.

Plus taki, że na Allegro szybko poszedł.

Komentuj
(20)
Udostępnij

  1. jurget
    16:42 29.08.2016
    jurget

    Zaoszczędzone na tym kupsztalu hajsy wydałem na jutrzejszego pewniaka – God Eater 2 na Vitę. Polecam taki styl życia.

  2. 18:05 29.08.2016
    sosiker

    Ja nawet Buntu Ludzkości nie zdołałem przejść. Jakoś mnie te małe korytarzyki i „plastikowość” designu nie przekonały.

    Ukryj odpowiedzi()
  3. gsg
    18:50 29.08.2016
    gsg

    Ciekawe to o tyle, że moją ulubioną jest seria, która nie zmieniła się niemal wcale od 2009. Czyli Soulsy. A wychodzą od współczesnego Deusa częściej.

    Wiem na pewno, jako ostatnie przechodziłem w tym roku Demonsy – różnią się o tyle, że są nieco łatwiejsze i level design jeszcze aż tak nie rządzi. Ale mechanizmy rządzące walką niemal identyczne. Poza tym przypominałem dzisiaj na grupie na fejsie, że w większości gier FromSoftware bohater leveluje na prawie tych samych liczbach – osiągnięcie umownego poziomu do PVP to w Demonsach i pierwszych i trzecich Soulsach praktycznie tyle samo dusz.

    Jak to jest? A może już pierwszy współczesny Deus był słaby?

    Ukryj odpowiedzi()
    • 21:57 29.08.2016
      FoxyWolfGame

      Gry RPG muszą ewoluować, a Deus niestety stoi od 5 lat w miejscu.
      Poza tym jeśli gram w Wiedźmina 3 i Geralt przy przyjmowaniu Questa jest w stanie powiedzieć „sorry ale już tam byłem, masz przedmiot i dawaj złoto”, a rok później Adam Jensen tego nie potrafi ( w zamkniętym hubie i z kilkukrotnie mniejszą liczbą questów) to coś jest nie tak.

      Soulsy natomiast są pewnego rodzaju niszą więc nie ma się co dziwić, że po tylu częściach ludzie wciąż chcą w to grać.

    • Maciej Kowalik
      22:08 29.08.2016
      Maciej Kowalik

      Współczesny czyli Bunt? Mechanika skradania była uproszczona, ale żeby to samo serwować po pięciu latach, w jeszcze bardziej uproszczonej wersji? Nie porównujmy tego do Soulsów, bo trzeba by wspomnieć, że jedną z wad Buntu były outsource’owane starcia z bossami (jeśli nie grałeś w stylu Rambo), które w Rozłamie „naprawiono” wycinając bossów. Piszesz o mechanizmach rządzących walką, bo tym Soulsy stoją. Deus niekoniecznie. A tak dosłownie, to IMHO Bunt Ludzkości w tym momencie jest równie dobrą grą, co Rozłam. Fabularnie pewnie ciekawszą. Co w kontekście czasu, który upłynął, nie wystawia nowej odsłonie dobrego świadectwa.

    • gsg
      22:48 29.08.2016
      gsg

      @Maciej
      No właśnie – czyli czym stoją Deusy? Ja grałem tylko w demo jedynki za małolata. Wiem, że to jedna z bardziej szanowanych serii rpgów, ale właściwie jedynie pamiętam, że strzelałem.

      Nie porównuję tych gier jako takich, zastanawiam się po prostu co tu robi robotę, że pewne bliźniaczo podobne gry działają z roku na rok, a inne dla niektórych przestają mimo dłuższej przerwy.

      Uproszczenia, brak konsekwencji i immersji (przestawianie śmietników musiało być fajną mechaniką do implementacji, ale zabrakło obok projektanta, który by ocenił na ile to pomoże w nurkowaniu w świat). Może to jednak nie są równie dobre pozycje? Niewiele robi lepiej, a sporo gorzej?

      @FoxyWolfGame
      Dobry przykład, mój wgląd w sprawy wzrasta! Toż nawet leciwy Skyrim pozwalał wybrać od razu opcję dialogową „słuchaaaaaj, przypadkiem zwiedziłem już grobowiec twoich przodków i tu masz pierścień który przekazujecie jako zaręczynowy, który opacznie mamuśce został na palcu w trumience”.

      Ukryj odpowiedzi()
      • Maciej Kowalik
        07:42 30.08.2016
        Maciej Kowalik

        Gdyby Mankind Divided wyszedł rok po Buncie, byłby taką klasyczną repetą. Pięć lat później miałem jednak większe oczekiwania, a dostałem prawie to samo. Wtedy możliwość zaliczania misji na kilka sposobów robiła robotę, świat był ciekawy i chyba nie tak łatwy do przejrzenia. Wszczepami Jensena bawiłeś się po raz pierwszy.

  4. yesman
    21:42 29.08.2016
    yesman

    Ciekawi mnie skad sie wziela panujaca wszech opinia ze Bunt Ludzkosci to jest ‚arcydzielo’

    Zgarnalem kilka lat po premierze na przecenie, ogralem do konca i obiektywnie stwierdzam, ze to taka gra ‚w porzadku’ – 7-8/10, ale na pewno nie ‚arcydzielo’

  5. 08:07 30.08.2016
    Blue__

    Czytam to i mam wrażenie, że opisujesz HR. Włamujesz się tam do mieszkania kolesia, który siedzi w środku i on nic, kradniesz mu kartę z kredytami która leży przed nim – on nic. Dostajesz misję od barmana – masz mu przynieść 250 kasy od dłużniczki, wejście do baru kosztuje 1000, nie dają Ci karty żeby wejść – super deal ;). Możesz bramkarza walnąć z piąchy(nie będzie trzeba płacić) – będzie spał do końca gry, nikt nie zwróci na niego uwagi i o nic nie zapyta. Takich debilizmów jest w tej grze na każdym roku. „Spraw by 2 gangsterów mi się nie naprzykrzało” – uśpiłem ich, ani me ani be rozmowy nie było, wiec nawet nie wiedzą za co i po co, naprzykrzać się nie będą bo uśpienie dla mechaniki nie jest różne od zabicia. Gra też punktowo premiuje to dawanie z piąchy, więc najlepszym sposobem na full punktów jest przechodzenie cichaczem i walenie wszystkich z piąchy. Tylko że fabularnie to się nie klei, cały posterunek policji walniesz z piąchy (po co? dlaczego? ciiicho że to bez sensu ), gra nawet nie odnotuje że coś się stało, świat żyje z całym uśpionym posterunkiem policji. Do tego miasto klonów i średnia grafika. Jak pisałem że Deus jest kiepski w momencie premiery, wszyscy mi mówili, że się nie znam. Deusem rządzi klimat, cyberpunku jest mało, a ten nawet opowiada w miarę fajną historię, ale ta gra nie gra fabularnie z mechaniką, nie klei się i ciągle wali ci plaskaczem w twarz mówiąc „immersja na bok – patrz znów robisz jakiś debilizm”.

    Ukryj odpowiedzi()
  6. 19:31 30.08.2016
  7. 22:35 30.08.2016
    gulash

    W Bunt nie grałem, ale poprzednik też był prosty na trudnym jeśli się skradałeś. Miał też ten sam problem z umiejętnościami – jeżeli grało się po cichu to w połowie gry miałeś wszystkie przydatne umiejętności.

  8. 23:09 30.08.2016
    lecho

    Zacznijmy od początku: od kiedy którykolwiek Deus Ex to „RPG z krwi i kości”? 😀

    Ukryj odpowiedzi()
    • lukaszsa
      07:45 31.08.2016
      lukaszsa

      Jest RPG z krwi i kości. (Role playing game) odgrywasz rolę tajnego agenta, który ma pewne cechy osobowościowe. Statystyki tez ma. One określają jego umiejętności. RPG nie oznacza, że musi to być świat fantasy i koniecznie używanie broni białej. Fakt najlepszym Deusem jest 1 a HR i MD mają dużo głupotek, ale przyjemność z grania sam i tak mam spora chociaż jedna rzecz mnie wkurzyła to, że włamuje się do komputerów w mojej jednostce a wszyscy mają to gdzieś:)

      Ukryj odpowiedzi()
      • 08:26 31.08.2016
        lecho

        Wiesz, sami twórcy mówili wprost, że oni nie robili erpega, tylko miks erpega, akcji i skradanki. Oczywiście my tu, w internecie, jak zwykle możemy próbować wiedzieć lepiej 😉

      • 08:28 31.08.2016
        lecho

        A, i PS. nie wszyscy mają to gdzieś: jeśli hakowałeś komputery i pod koniec gry porozmawiasz z Changiem (szef IT) to on Ci wprost powie, że jego zdaniem w firmie jest kret i że Ty jesteś na celowniku, bo włamujesz się do komputerów współpracowników myśląc, że nikt tego nie widzi 😉