Zmien skórke
Logo Polygamii

Blog - Walkthrough, czyli na Piechotę przez gry

23.09.2016

Okej, to już wiadomo, że Forza Horizon 3 rządzi. Bo nawet jeśli na to nie wygląda – w jednym tygodniu wystawiliśmy aż dwie maksymalne noty, ja Forzie, Maciu PES-owi – u nas „piąteczki” wpadają rzadko. Zazwyczaj raczej zaniżamy polską średnią, są z nas zgredy. Ale nigdy nie idziemy na skróty i mamy prawdziwych speców w swych dziedzinach, może taki tego powód. Co nie zmienia faktu, że rok 2016, jak ogólnie jest kalendarzem małych lub średnich rozczarowań, dla wyścigów był niesamowity. Czas przeszły, bo to raczej temat zamknięty. Gran Turismo „będzie, jak będzie”, na horyzoncie zaledwie gry motorowe, straszna nisza. Dwie piątki w jednym roku! (Dirt Rally też zgarnął maksa) Czyli w grudniowej Trzydziestce Najlepszych zobaczymy wyścigi, które nie będą Mario Kartem. Wiecie, obok Dark Souls III, Uncharted czy (nadal trzymam kciuki) The Last Guardian. Oczywiście, że to niespodzianka. Ale jestem dumny, bo to moi podopieczni przecież.

Oddaliłem się od tematu, wiem. Jesteśmy na blogach, więc spoko, musiałem się nacieszyć. Wróćmy do trzeciego Horizon. Naczelny zadał w tym tygodniu fajne pytanie – czy można do „trójki” wskoczyć, jeśli nadal ma się „dwójkę” na kupce wstydu lub z tabliczką „rozkopane i kopane, bo nieskończone”? Gry wyścigowe to inwestycje na wzór sportówek lub FPS-ów, są dużo bardziej żywotne niż inne gatunki, nawet jeśli łupie się wyłącznie w singlu. Taki Driveclub, gdy uzbroiłem go we wszystkie dodatki, zajął mi około stu pięćdziesięciu godzin. Grałem z przyjacielem, który nie wylewa za kołnierz, okej. Ale nawet gdybym odjął jedną trzecią przez spożywany procent, wynik pozostaje oszałamiający. Już podstawki bywają monstrualne. „Deelceki” potrafią pozbawić życia towarzyskiego.

Ja sam „dwójkę” mam rozdziubaną. Zaliczona kariera, kilka pobocznych pierdół, ale morze zaległości, w tym dodatkowa wyspa, która pojawiła się na zasadzie „niwimkidy”. A trochę wstyd jest, bo gra dwuletnia. Szczęśliwie zaliczyłem jeszcze kilka intensywnych sesji na początku września, nim Magik Maciu podesłał mi „a się uśmiejesz” maila z kodem na „trójkę”. A zatem jeszcze zanim zagrałem w najlepszą arcade’ówkę od czasów MotorStorma (a wcześniej Burnout Paradise, a jeszcze wcześniej Midnight Club 3). No i nagle, zgodnie ze słusznym przeczuciem Naczelnego, łupałem te dwadzieścia godzin, a teraz stoję przed „dwójką” i myślę, czy będę chciał jeszcze w nią grać.

Nie w tym roku, przyznam szczerze. Jeżeli będę miał wolny czas (na przykład jak nastąpi wielkie starcie Battlefielda z CoD-em, a ja będę siedział jak ten Spider-Man z memów), wrócę tylko do „trójki”, żeby w końcu wypracować to magiczne 100%, najlepiej przed pierwszym dużym dodatkiem. Nie wyobrażam sobie już ubogiej namiastki offroadu, jaką miałem w Horizon 2. Nie wyobrażam sobie też braku pojazdów terenowych, moich figlarnych buggy w szczególności. I precz z tym bogatym gnojem, który rządził Festiwalem („jesteś najlepszy… zaraz po mnie”). Jam szefem. I najlepsi po mnie są koledzy z innych redakcji, bo zatrudniłem ich do zespołu.

Jak pisałem już w recenzji, „dwójka” borykała się z pewnymi problemami jeszcze przed 27 września 2016 roku. Była strasznie schematyczna. Co teraz powinno stać się już nie przeszkadzajką, a pewną barierą. Wiecie, wypijcie sobie trzy razy którąś z popularniejszych whisky, a przed wypłatą (wiadomka) wróćcie do towaru „z Biedry”. Można, oczywiście, ale poczucie degradacji doskwiera.

forzahorizon21

To kwestia dość osobliwa w tym gatunku, bardziej adekwatna w przypadku licencjonowanych coroczniaków (WRC, F1). Bo erkejdówki często stawiają na zróżnicowanie. Ktoś mógł zakochać się w Burnout Paradise, ale powrót do „trójki” czy Revenge nadal wypadał pysznie, bo obie posiadały wyraźne, wyróżniające cechy. Cztery MotorStormy (wliczam spin-off z PSP, bo lubię) na prowadzenia wysuwały zawsze środowisko; w obliczu technologicznie potężniejszego Pacific Rim „jedynka” wcale nie truchlała, bo miała swój kanion i Slipknota w ścieżce dźwiękowej. Nawet nielubiane zazwyczaj Need for Speedy pod tym względem zrobiły dużo, a Rivals, z klimatem niebezpiecznie podobnym do Hot Pursuit, odcinało się swoim hazardowym gameplayem.

A teraz takie starcie: w lewym narożniku Forza Horizon 2, w prawym Forza Horizon 3. Model jazdy. Ten sam, w „trójce” podciągnięty po prostu wyżej. Środowisko. Kurczę, naprawdę chciałbym napisać, że nie znalazłem dróg rodem z Lazurowego Wybrzeża w Australii. Ale znalazłem. Klimacik. Ten sam, bo Forzowy Festiwal prowadzony jest przez stały zarząd. Zmieniają się tylko lokalni szefowie i ich asystenci, a Ty jesteś zdecydowanie mniej irytujący niż Twój poprzednik. Muzyka. Przez ogrom wykupionych kawałków – podobna. W sensie że – lubiliście stację Horizon Pulse, to nadal będziecie jej słuchać. Chyba że gust muzyczny Wam się zmienił. Zawartość. W Horizon 3 wszystkiego dużo więcej, bo dochodzą przecież klasy stricte terenowych pojazdów. I mapa zalana po prostu wydarzeniami.

Paradoksalnie, sądzę, że w starciu z Horizon 3 lepiej będzie sobie radził po latach pierwowzór. Nie chciałbym od razu Wam „dwójki” zabraniać. Po prostu jedno zmartwienie obudziło we mnie istne tsunami rozkminy i takie są jej wnioski. Horizon 2 smakuje o wiele lepiej, gdy nie ma się jeszcze w kontekście sequela. Posiada swoje gargantuiczne otwarcie (pierwszy kwadrans spędzony w grze to chyba moje osobiste top pięć momentów okołościganych), swoje urocze, europejskie miasteczka (o! takich nie zobaczycie w Australii!) i odrobinkę zbyt podobny ogólny zapaszek.

Na własnym przykładzie mogę za to przysiąc, iż nawet po gwałtownym naćpaniu się „dwójką”, nowa wchodzi jak marzenie. Doświadczenie nie nudzi, bo za chwilę wrzuci Was na szuter i zaczyna się odlot. Jeżeli jesteście moimi naczelnymi i zastanawiacie się, czy nie skończyć najpierw wizyty na włosko-francuskim wybrzeżu, nie róbcie tego. To znaczy nie zastanawiajcie się! Tylko rzeczywiście skończcie, poczujcie sytość. Bo w drugą stronę ta podróż by Was rozczarowała. Świeżakom w temacie polecam to samo, ale ich już może za mocno kusi trailerowa wizja gigantycznych skoków na pustyni. Nie osądzam, tego zwiastuna miał już dosyć każdy z moich znajomych. (niczego nie żałuję!)

Zaczynam się zastanawiać, w jakim kierunku powinna pójść seria, żeby zachować poczucie świeżości. Wiem, herezja, przecież jeszcze premiery nie było. Ale nie pisałem tego w recenzji, mimo pewnego sygnału. Z muzycznego podwórka, bo przed pismakowaniem o grach szwendałem się po okołorockowych redakcjach, zabrałem termin „syndrom drugiej płyty”. Gdy podziemny zespół nagle urywa genitalia w całym środowisku i po dwóch latach, zmuszony kontraktem, musi nagrać jakąś inteligentną kontynuację swojej rewolucji. Właśnie przypomniałem sobie o grupie Interpol – oni nigdy nie uciekli spod cienia debiutu (skądinąd genialnego). I Playground po Forzie Horizon 3 stanie przed swoistą odmianą syndromu drugiej płyty. ZA JAKIŚ CZAS, ja wiem, Miśki. No ale stanie. I cóż wtedy?

Tylko ja uważam, że najlepszą odpowiedzią byłoby „no i śnieg”? Alaska. 11/10, lajf czendżyn ekspirienc, danke.

Heh, czujecie, jak pociąg hajpu drży? Tak się dzieje, gdy embargo ustawiają za wcześnie. Już za kilka dni widzimy się w Australii. Puśćcie wodze wyobraźni przy tworzeniu własnych wydarzeń (można je nazywać według własnego widzimisię!), pokażcie, że naród nasz jak lawa. Et cetera.

Adam Piechota

Komentuj
(1)
Facebook Twitter Google Wykop
Udostępnij

  1. Bartezoo
    12:31 26.09.2016
    Bartezoo

    Czytasz mi w myślaćh, taką Alaska na przykład? I wyscigi w zaprzęgach psów? 11/10 za innowacyjność!