Zmien skórke
Logo Polygamii

RecenzjeBlade Runner 2049 – recenzja filmu. Piękno niedoskonałości

Nie wierzcie tym, którzy mówią, że Blade Runner 2049 to film doskonały.

Facebook Twitter Google Wykop

To film, który ma problemy. Ma je dlatego, że nie jest tylko bezpieczną, zachowawczą kopią oryginału, jak wiele współczesnych sequeli hitów sprzed lat. Jest czymś oryginalnym, nowym i dlatego pod pewnymi względami będzie wzbudzał kontrowersje. I bardzo dobrze – Blade Runner musi trochę „uwierać”.

Kontynuacja skazana na porażkę

Kontynuacja „Łowcy androidów” nigdy nie była dobrym pomysłem. Wiedział o tym jej reżyser, Denis Villeneuve, wiedział Ryan Gosling, który wciela się w niej w główną rolę, wiedział powracający Harrison Ford. Villeneuve powtarza zresztą w wywiadach, że kiedy pierwszy raz usłyszał o planach producenta, pomyślał: „Cóż za cudowny, fascynujący, zły pomysł”. A jednak jakoś się udało.

Udało się chyba przede wszystkim dlatego, że Blade Runner 2049 nie próbuje odtworzyć oryginału, powtórzyć tego, co w nim wyszło, a wykorzystuje jego podstawy do opowiedzenia zupełnie nowej historii z nieco inaczej położonymi akcentami. Oczywiście odwołuje się do starego „Łowcy androidów”, ale przede wszystkim koncepcyjnie, nie pod względem konstrukcji fabuły czy postaci. Po raz kolejny jest to więc historia o istocie człowieczeństwa, nieco rozszerzona przez wprowadzenie tematu sztucznej inteligencji i większemu niż w oryginale naciskowi na rolę wspomnień.

Bez spoilerów

To, co jest całkowicie nowe, to scenariusz. Przede wszystkim cieszy, że opowiadane wydarzenia mają sens. Widz rozumie, dlaczego świat przedstawiony zmienił się tak, jak się zmienił, co dzieje się z bohaterami, dlaczego fabuła toczy się tak, a nie inaczej. Nie ma tu tego uczucia obcowania z jakimś tanim, fanowskim dziełem bez pomysłu. Blade Runner 2049 potrafi też zaskoczyć, ale i bez tanich sztuczek czy wyciągania królika z kapelusza.

Stąd trochę problem z pisaniem o tej historii. Chciałoby się wyjaśnić, dlaczego działa ona tak dobrze, ale wymagałoby to zdradzania jej szczegółów albo przynajmniej zarysu. A to taki film, że nie chce się przyszłemu widzowi mówić nawet drobnego detalu. Już w pierwszych 10 minutach robi coś tak sprytnego i ciekawego, że chce się powiedzieć pod nosem: „ej, dobre!”. Niby to sam początek, ale nie zdradzę, o co chodzi. Fajnie jest pozwolić zrobić to samemu reżyserowi.

Blade Runner 2049 potrafi zaskoczyć.

Później jest jeszcze kilka innych zaskoczeń i niespodzianek. Nie wszystkie są może tak dobre, ale dzięki nim film ogląda się z faktycznym zainteresowaniem. Działa on bardzo dobrze na poziomie samego opowiadania historii. Widza autentycznie interesuje, co będzie dalej, pasjonuje go poznawanie kolejnych wydarzeń. Scenariusz to obok zdjęć największa siła tego filmu.

Bo oczywiście zdjęcia są tak dobre, jak wszyscy mówią. Blade Runner 2049 to uczta dla oczu, co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości. Wygląda też przy okazji odpowiednio brudno i autentycznie – nie ma tu tej sztuczności czy sterylności, która pojawia się przy nadużywaniu przez twórców efektów komputerowych.

Piękno niedoskonałości

Uczta dla oczu

A problemy? Jest ich kilka. W paru miejscach film Villeneuve’a popełnia błąd, za który krytykowana jest pierwsza wersja oryginalnego Blade Runnera. Wydaje się tak bardzo obawiać, że widz może czegoś nie zrozumieć w natłoku informacji, że zaczyna ustami bohaterów wykładać mu wszystko kawa na ławę. Ni z tego, ni z owego tłumaczą oni sobie zawiłości sprawy, pojawia się tu nawet monolog niemal jak z Jamesa Bonda, w którym czarny charakter obwieszcza w szczegółach swój złowrogi plan. Widz mógłby się tego wszystkiego domyślić sam.

Jared Leto, wcielający się w szefa firmy, tworzącej nowych replikantów, jest zresztą fatalny przez cały film. Jego przerysowany, komiksowy złoczyńca w ogóle nie pasuje do reszty. Pojawia się może w dwóch czy trzech scenach i są to zdecydowanie najgorsze fragmenty całości. Szkoda, bo reszta obsady, z Ryanem Goslingiem na czele, robi tu fenomenalną robotę. Harrison Ford nie jest jedynie rekwizytem, jak w „Przebudzeniu mocy”, a postacią z krwi i kości. Świetnie widzieć go w końcu w tak dobrej zawodowej formie.

Jest też tego nowego Blade Runnera strasznie dużo. Nie chodzi nawet o długość (prawie 3 godziny), ale o liczbę wątków, tematów, motywów, za które się chwyta. Być może skorzystałby na odrobinie umiaru ze strony reżysera. Ale też jest dzięki temu monumentalny. Pod jego koniec widz czuję, że przeszedł z jego bohaterami długą drogę i w znakomitej większości było warto.

Bardziej ludzki niż ludzie

Wszystkie niedoskonałości i wady Blade Runnera 2049 w pewnym sensie dodają mu jakości. Bo pokazują, że reżyser chciał zrobić film „jakiś”, nie jedynie postawić ołtarzyk oryginałowi. Nie bał się zrobić pewnych rzeczy po swojemu, spróbować czegoś nowego. I nawet jeżeli nie zawsze to działa, to nadaje filmowi tak potrzebnego charakteru.

Jest tego nowego Blade Runnera strasznie dużo.

A kiedy przychodzi mu się zmierzyć z oryginałem w kluczowym miejscu – w samym zakończeniu, które siłą rzeczy będzie musiało być porównywane do słynnego finału pierwowzoru – to robi to w najlepszy możliwy sposób. Wychodząc z kina trudno nie pokiwać głową z uznaniem.

Dominik Gąska

  1. PentaStar
    16:50 08.10.2017
    PentaStar

    Ostatnio nadrabiałem zaległości w postaci Ghost in the Shell i byłem bardzo zawiedziony, jak potraktowano tę ekranizację względem wyśmienitej animacji. Mam nadzieję, że w najbliższy wtorek z Blade Runnerowskiego seansu wyjdę w lepszym nastroju.

    Ukryj odpowiedzi()
    • rhbk
      21:33 08.10.2017
      rhbk

      Aktorski GitS był fatalny (poza niezłą warstwą wizualną) i obrażał inteligencję widza. BR 2049 to zupełne przeciwieństwo. Choć sam sens istnienia tego sequela jest dość dyskusyjny (poza oczywistym aspektem finansowym), to przynajmniej efekt końcowy jest satysfakcjonujący. Nie uzyska na pewno tak kultowego statusu jak pierwowzór, ale nadal jest to kawałek dobrego kina.

  2. 10:54 09.10.2017
    ryslaw

    Jared Leto fatalny? Może, ale na pewno nie w tym filmie. Moim zdaniem był doskonały.

  3. 11:01 09.10.2017
    rorkdcr

    szanuje, szczególnie za część o spoiler free. Tak powinno się pisać recenzje gier

  4. jakubek278
    16:02 13.10.2017
    jakubek278

    Ja sie lekko wzruszylem kiedy na koncu uszlyszlem „Tears in Rain”. Sequel na ktory nikt nie czekal okazal sie godny pierwowzoru. A to sie ceni.

  5. 03:00 14.10.2017
    cantorre

    Sadzac po opiniach bede jedynym, ktoremu film sie nie podobal, ale co tam.
    Moim zdaniem film w 100% bazuje na motywie z jedynki, czyli ukazaniu, ze androidy sa bardziej „ludzkie” niz sami ludzie. Zgodze sie tez, ze robi to po swojemu, za co naleza sie brawa. Ale to koniec dobrych rzeczy, jakie mozna o tym filmie powiedziec (no ok, jeszcze dwie, ale o nich na koncu).
    Przede wszystkim fabula jest maksymalnie rozwleczona (a to nawet nie byla wersja rezyserska!). Umowmy sie – w filmie chodzi o odnalezienie pewnej osoby. Akcja dzieje sie, nie przesadzajac, w pieciu lokacjach, i zwyczajnie kreci sie w kolko. Ustalanie faktow, ktore zliczyc mozna na palcach jednej reki, wymieszane jest z usilnymi staraniami pokazania, jakie te androidy sa ludzkie, ale o tym za chwile. Prawdziwy „smaczek” filmu, czyli bunt maszyn, wylania sie dopiero pod koniec. O ile ciekawszy bylby ten film, gdyby to bylo glownym watkiem, a poszukiwania tylko dodatkiem.
    Ciekawa sprawa jest inteligencja androidow. Chyba, ze to tylko glowny bohater ma zwarcie, i nie wie, ze policyjny sprzet jest sledzony z centrali, przez co doprowadza wszedzie za soba antagonistow. Styl walki androidow tez jest pierwszych lotow. Otoz (jak to juz niejednokrotnie zreszta pokazal nam terminator) najskuteczniejsza metoda walki androida z androidem, jest walenie glowa w sciane (przez ktora, nawiasem mowiac, kazdy android przechodzi, jak przez powietrze) oraz wbijanie noza w ramie/udo, co finalnie nie przynosi zadnych efektow. Majstersztyk.
    Kontynujac watek emocji ukazanych na sile zauwazyc trzeba, ze androidy to straszne mazgaje. Co i rusz ktorys placze! Nie zawsze jest jasne dlaczego, ale skoro ludzie placza, to i my (androidy) tez. Milosc do hologramu? Prosze bardzo!. Moim zdaniem wizjonerski film moglby ukazac „androidowe” emocje, cos innego, niz ludzkie, a nie zwykla kalke. Ogladajac film w kinie mialem ochote przytulic wszystkie androidy, takie byly slodziutkie i kochane. No, poza glownym bohaterem, bo gdy juz jestesmy przy emocjach, to Ryan Gosling, aktor jednej twarzy, moglby co najwyzej zagrac zepsutego androida. W sumie nie byl do konca sprawny, zeby nie powiedziec, niepelnosprawny (umyslowo), ale o tym juz napisalem wyzej.
    Na koniec wad zostawilem sobie sprawe najciekawsza. Bo oto fabula (jedynki i dwojki) miedzy innymi mowi o tym, ze androidy sa wykorzystywane przez ludzi do tam roznych celow. Ale… gdzie ci ludzie? Przez caly film (w miescice) poznajemy tylko jednego czlowieka! Wszyscy inni to roboty. To dla kogo oni pracuja i przede wszystkim przeciwko komu sie buntuja? Nawet ten jeden czlowiek, ktory tam zyl, to go zabili. To chyba nie ma juz ludzi, nie?

    Podsumowujac powyzsze, jesli komus nie chcialo sie czytac, to film jest do bani. Ale obiecalem dwa pozytywy! Pierwszy to oczywiscie zdjecia – kazde ujecie to prawie majstersztyk. Fajnie sie to oglada. A drugie, to zakonczenie. Zeby nie zakonczenie, szedlbym do kas po zwrot pieniedzy, a tak, to faktycznie kilka watkow spielo sie w calosc i faktycznie ostatnia scena zacheca do klasniecia w dlonie z okrzykiem „dobre!”. Caly film jednak moglby trwac 30 min zamiast 3h i nic by nie stracil.