Zmien skórke
Logo Polygamii

RecenzjeBlackwood Crossing – recenzja. Indie Darko

Ktoś tu bardzo stara się opowiedzieć ambitną historię.

Facebook Twitter Google Wykop

Blackwood Crossing jest indykiem trwającym jakieś trzy godziny. Niektórym grom tyle zajmuje zaprezentowanie wszystkich mechanik, łatwo się więc domyślić, że mamy tutaj do czynienia przede wszystkim z interaktywną opowieścią.

Platformy: PC, PS4, Xbox One
Producent: PaperSeven LTD
Wydawca: Vision Games Publishing LTD
Data premiery: 05.04.2017
Wymagania: Core i3-550 2.5ghz; 4 GB RAM; Nvidia GeForce 460 lub wyżej z 1 GB
Graliśmy na PS4. Grę do recenzji udostępnił producent, zdjęcia pochodzą od redakcji.

Rozgrywka jest bardzo klasyczna – poruszamy się naszą postacią w perspektywie pierwszej osoby po korytarzowym świecie, rozwiązując od czasu do czasu proste zagadki z wykorzystaniem bardzo skromnego ekwipunku. Kilka razy zdarzy się też wybrać ton, w jakim wypowiemy jakąś kwestię, ale nie ma to wpływu na to, co dzieje się na ekranie. Twórcy mają konkretną historię, którą chcieli nam opowiedzieć i jej się trzymają. To nią oddycha ta gra.

Wcielamy się w Scarlett, rudowłosą nastolatkę, która jedzie pociągiem ze swoim młodszym bratem Finnem. Nie potrzeba dużo czasu, by zorientować się, że opowieść bardzo szybko wjeżdża – niejako dosłownie – na metaforyczne tory pełne baśniowości i czystego surrealizmu. Dziecko z ogromną głową królika, jakby żywcem wyrwane z planu reboota „Donniego Darko”, to zaledwie początek – choć bardzo istotny dla tajemniczej fabuły skupiającej się na urokach dzieciństwa oraz relacji Scarlett i Finna – rodzeństwa, które wiele lat temu zostało osierocone.

Po przejściu gry myślami ruszyłem do szerszych refleksji: czy growym historiom powinniśmy stawiać niższą poprzeczkę niż tym z kina czy książek? Bo o ile Blackwood Crossing opowiadało mi teoretycznie zgrabną, niejednoznaczą opowieść, złapałem się na tym, że miejscami trochę ją usprawiedliwiam tym, że to gra. A nie powinno się tak robić. Być może gdybym poznał ten tytuł kilka lat wcześniej, przed takimi dziełami jak Night in the Woods, Firewatchem, Life is Strange, Gone Home czy That Dragon, Cancer, być może wtedy Blackwood Crossing bardziej by mnie poruszyło. Ale nasze medium ma to do siebie, że się nieustannie rozwija, stawia nowe kamienie milowe i przesuwa granice. I recenzowana tutaj gra, choć jest ambitna i próbuje opowiedzieć subtelną, ciekawą historię, pozostaje już gdzieś bardziej z tyłu.

Poznając meandry życia Scarlett i Finna, trudno nie odnieść wrażenia, że wiele scen jest po prostu poprawnych, jakby wyjętych z podręcznika „Wzruszająca scena w trzy minuty” albo „Jak naszkicować portret psychologiczny rozmarzonego, wrażliwego chłopca z wielką wyobraźnią”. Tak, Finn ma roztrzepaną czuprynę i czerwoną pelerynkę, jest infantylny i wymyśla niesamowite światy oraz zabawy. Teoretycznie powinien być ciekawym dzieckiem, ale w praktyce cechy jego charakteru bywają nachalnie eksponowane, a tym samym nieco sztuczne. Istnieje bardzo cienka granica między życiowym sznytem a drewnianym drygiem, poruszającą sceną a nadętym patosem. Autorzy idą po tej granicy, stawiając stopy i po jednej, i po drugiej stronie; sprawiają, że przez większość czasu trudno naprawdę zaangażować się w odkrywaną przed nami tajemnicę.

Finn ma też oczywiście swój domek na drzewie

Jedynym momentem zanurzającym mnie po uszy w świecie Blackwood Crossing było pomysłowe zakończenie, podczas którego autentycznie się wzruszyłem. Przez resztę czasu natomiast bardziej brodziłem. To nie jest zła historia; ale mogłaby być lepiej opowiedziana.

Królik nie jest jedyną postacią wagarującą od nagrywania nowego "Donniego Darko"

Istnieje bardzo cienka granica między życiowym sznytem a drewnianym drygiem, poruszającą sceną a nadętym patosem

Na pochwałę zasługują z pewnością aktorzy, którzy przekonująco wcielili się w swoje postacie. Wrażenie mogą zrobić też niektóre obrazy fundowane nam przez twórców – taki, dajmy na to, porośnięty drzewami przedział kolejowy jest naprawdę pobudzającą wyobraźnię wizją. Szkoda tylko, że po wszystkich lokacjach poruszamy się powolnym spacerkiem, przy którym chód w Everybody’s Gone to the Rapture wydaje się niemal sprintem. Irytuje też nieprecyzyjne sterowanie, które sprawia, że na przedmioty/postacie, z którymi można wejść w interakcję, trzeba najeżdżać kursorem w odpowiednim punkcie. Poza tym nie spodziewajcie się graficznych fajerwerków; jest co najwyżej poprawnie. Ale za dwoje pracuje za to świetna, nieco filmowa ścieżka dźwiękowa, która odpowiednio akcentuje wszystkie wydarzenia. Na wyróżnienie zasługuje szczególnie motyw z głównego menu.

Blackwood Crossing rozpoczyna się obiecująco, bez ostrzeżenia wtrącając gracza w środek dziwacznych wydarzeń. Potem na zmianę przynudza i intryguje, aż po trzech godzinach kończy się bardzo ładnym akcentem. To z pewnością ciekawa gra… no, to na pewno ciekawa historia, która niestety miejscami prowadzona jest nieporadnie, próbując zbyt mocno być „artystyczną”, zamiast po prostu pokazać ludzi w życiowych sytuacjach. Chciałem uwierzyć w dziwy Finna, ale miejscami chłopak bywał trochę zbyt natrętny. A poza swoimi słowami i obrazami, nie miał mi za wiele do zaoferowania.

Patryk Fijałkowski

ZAGRAĆ?
MOŻNA
3.0