Zmien skórke
Logo Polygamii

PolecamyBaby Driver – recenzja filmu. Jak na nowo zakochać się w pościgach samochodowych

Nowy film Edgara Wrighta to pozycja obowiązkowa nie tylko dla fanów kina akcji.

Facebook Twitter Google Wykop

Baby Driver to wybitny dowód na to, że nieważne o czym, ważne jak. Na pierwszy rzut oka nic nie wydaje się tu szczególnie oryginalne. Przestępcza szajka, współpracujący z nią niezwykle sprawny kierowca, napady, pościgi, strzelaniny. Zarysu fabuły filmu domyślicie się po 10 minutach jego oglądania. I w niczym to nie przeszkadza. Bo cała wartość jest tu w sposobie realizacji, w tym jak ta historia jest opowiedziana.

Duże dziecko

Podobnie jak w rewelacyjnym „Scotcie Pilgrimie”, Edgar Wright wrzuca tu w jakimś sensie niedojrzałego bohatera w sam środek spraw, które go przerastają. Fakt, że Baby (doskonały Ansel Elgort) jest postacią od samego początku dużo bardziej sympatyczną od Scotta, niewiele tu zmienia. Nadal centralną osią filmu jest zestawienie spraw poważnych  z postrzeganiem ich przez bohatera, który wydaje się nie pasować do całej reszty.

I dzięki temu kontrastowi z jednej strony rzeczy straszne nigdy nie są naprawdę straszne. Przemoc, śmierć, okrucieństwo, towarzyszące działaniom tytułowego bohatera i jego szajki zamknięte są w fantastyczną umowność, niepozwalającą traktować tego wszystkiego zbyt serio. Z drugiej strony ta swoista nierealność pomaga zaakceptować wszystko, co serwuje nam reżyser.

Świetnie nakręcone sekwencje strzelanin i pościgów przetykane są momentami bardzo ludzkimi.

Muzyczna ucieczka

Baby cierpi na przypadłość sprawiającą, że musi praktycznie przez cały czas słuchać muzyki z przenośnego odtwarzacza. Podobno pomaga mu to w niezwracaniu uwagi na szum, który słyszy w uszach. Mniejsza o to, w trakcie seansu tego nie kwestionujemy. Ważne, że muzyka towarzyszy mu w każdym momencie życia, stając się nieomal kolejnym z bohaterów filmu. Słyszałem porównanie do „Strażników galaktyki” – jest ono dość trafne, ale Wright idzie tu jeszcze dalej od Gunna.

Reżyser unika sztampy.

„Baby Driver” to więc nie tylko film nakręcony pod playlistę – to również film, w którym do tej playlisty zsynchronizowane są poszczególne sceny. W rytm muzyki zamykają się drzwi samochodów, pracują wycieraczki, odgłosy broni automatycznej pełnią funkcję perkusji. Nie pamiętam, kiedy ostatnio taką czystą, dziecięcą frajdę z oglądania obrazów i słuchania dźwięków sprawiały mi sceny akcji w kinie.

Jak to również u Edgara Wrighta, wszystkie te świetnie nakręcone sekwencje strzelanin i pościgów przetykane są tu momentami bardzo ludzkimi. Jest w głównym bohaterze pewna nieporadność, życiowa niezręczność, która sprawia, że ciężko mu nie kibicować – nie tylko podczas napadów, ale również, gdy próbuje poderwać dziewczynę w kawiarni. Bo oczywiście jest i dziewczyna.

Moment ciszy

Tak jak reżyser unika sztampy w ogranym temacie filmu gangsterskiego, tak postać kreowana przez Elgorta, sprawnie balansując między fachowcem od brudnej roboty a nieporadnym życiowo dużym dzieckiem, potrafi tchnąć powiew świeżości w wydawałoby się typową opowiastkę o miłości. To plus świetna chemia między aktorami pozwala widzowi wsiąknąć i w ten romans, nawet jeżeli i on przebiega wzdłuż ścieżek dawno już wydreptanych przez kino.

Kiedy więc Baby rozmawia Deborą, to nie widzimy kolejnej hollywoodzkiej fantazji o wielkiej, prawdziwej miłości. Widzimy kogoś niepasującego do tego świata, kto w końcu poznał osobę, z którą jest w stanie nawiązać jakąś więź. Kto by nie chciał być na jego miejscu?

To nie tylko film nakręcony pod playlistę – to również film, w którym do tej playlisty zsynchronizowane są poszczególne sceny.

Przy tym wszystkim „Baby Driver” to przede wszystkim świetne, rozrywkowe kino. Na pewno nie film doskonały. Zmieniając tonację i przesuwając akcenty momentami gubi rytm.  Trochę też nie wie, kiedy się skończyć, serwując nam swego rodzaju minipowtórkę z „Powrotu króla” (to już? To teraz?). Ale to drobnostki przy ładunku czystej kinowej radości, jaką zapewnia podczas seansu.

Dominik Gąska

  1. Aimagylop
    11:36 10.07.2017
    Aimagylop

    A recenzja tego filmu jest na portalu o grach bo? Pytam z czystej ciekawości.

    Ukryj odpowiedzi()
    • Paweł Olszewski
      14:39 10.07.2017
      Paweł Olszewski

      Bo recenzje filmów potrafią się lepiej czytać od recenzji gier.

      Ukryj odpowiedzi()
      • Aimagylop
        09:38 11.07.2017
        Aimagylop

        Ponieważ nie mogłem wygooglać żadnych informacji na temat gry na podstawie filmu to zacząłem robić diagramy ze zdjęciami i sznurkami, jak prawdziwy stereotypowy detektyw, i wyszło mi że z grami ten film ma wspólnego tyle co reżyser który zrobił adaptację komiksu który został zaadaptowany na grę. Tak więc myślałem że coś mi umknęło i faktycznie, nie pomyślałem, że chodzi po prostu o ilość wyświetleń portalu.

        Ukryj odpowiedzi()
        • 14:41 11.07.2017
          Dominik Gąska

          Nie no, to brzmi zwariowanie, co piszesz, ale można to inaczej przedstawić – Edgar Wright to reżyser bardzo mocno osadzony w „nerdowej” kulturze, Scott Pilgrim to film nie tylko „zaadaptowany na grę”, ale jeden wielki hołd dla gier wideo. Są powody, żeby recenzja jego filmu pojawiała się na portalu dla graczy. 😉

          A poza tym to po prostu bardzo dobry film.

      • Ptaszor
        22:42 11.07.2017
        Ptaszor

        Jest dużo rzeczy, które potrafią się lepiej czytać od recenzji gier. Czy to oznacza, że trzeba się na nie decydować?
        Słyszałem, że James przechodzi do Bayernu. HIT! KLIK!

        Ukryj odpowiedzi()
        • Paweł Olszewski
          10:51 12.07.2017
          Paweł Olszewski

          Nie trzeba, ale można, jeżeli wiąże się to jakoś z grami, czy jak to Dominik określił, kulturą „nerdową”. Na piłce się nie znam, nie mam pojęcia czy ten transfer jest ważny. Ale jeżeli dany piłkarz, powiedzmy był/będzie na okładce PES-a/FIFY, a do tego można znaleźć jakąś fajną grową ciekawostkę która się z nim wiąże (vide „zamaskowany” Lewandowski kupujący PS4 w dniu premiery), to czemu nie? Szukanie takich ciekawostek i ich opisywanie to fajna sprawa.

          Jest dużo rzeczy o grach, które potrafią się lepiej klikać niż recenzje gier. Na przykład tabloidowe pisanie o grach, co – mam nadzieję widać na Polygamii – nie oznacza, że trzeba się na nie decydować 😉